WŚRÓD KSIĄŻEK


Lektor





 Dach słów

István Kovács: LUSTRO DZIECIŃSTWA – ostatnie tygodnie upłynęły pod znakiem Nobli, zwłaszcza zaś najbardziej wyczekiwanego spośród nich – literackiego. Jury sztokholmskie po raz kolejny sprawiło niespodziankę, przyznając nagrodę Imre Kertészowi, autorowi „Losu utraconego”, autobiograficznej opowieści o wojennych losach chłopca z Budapesztu, który z racji żydowskiego pochodzenia trafia do Auschwitz, a potem Buchenwaldu. Wypada się z tej decyzji cieszyć potrójnie: raz, że wyróżniono pisarza naprawdę wybitnego, dwa, że po raz kolejny przypomniano w ten sposób światu doświadczenie naszej części Europy, trzy – że wzrośnie zainteresowanie literaturą węgierską, którą noblowskie jury dotąd pomijało. 
Wzrośnie, miejmy nadzieję, także i w Polsce. W latach PRL przetłumaczono u nas sporo ważnych węgierskich książek, od XIX-wiecznej klasyki po współczesność, a „Antologia poezji węgierskiej”, przygotowana dzięki śp. Gracji Kérenyi, wciąż może służyć za wzór, jak interesująco pokazać czytelnikowi bogate, a nieznane mu dotąd zjawisko. Jednak po 1989 roku na rynek zalany powodzią prozy anglosaskiej trudno było już wprowadzić nowych przedstawicieli mniejszych literatur. Najpopularniejszy dziś na Węgrzech pisarz, Péter Esterházy, pozostaje u nas – wyjąwszy jedną niewielką książkę – nieznany. 
Ostatnio sytuacja zmienia się na lepsze. Pośmiertna sława Sándora Márai dotarła i do Polski. Wydawnictwa Pogranicze i Czarne specjalizują się wręcz w literaturach Europy Środkowej i Wschodniej, Węgrów nie pomijając. Wydawnictwo W.A.B. wydało „Los...” Kertésza na kilka miesięcy przed sztokholmskim werdyktem i teraz zapowiada dwa następne tytuły tego pisarza. Na rozpoczynających się właśnie krakowskich targach książki Węgry są „tematem przewodnim”. A w Czytelnikowskiej serii prozy ukazało się „Lustro dzieciństwa” Istvána Kovácsa.

*
Kovács (rocznik 1945) – poeta, prozaik, tłumacz i historyk, obecnie konsul Republiki Węgier w Krakowie, ucieleśnia najlepsze tradycje polsko-węgierskiej przyjaźni. W 1999 roku wydano u nas jego najważniejsze dzieło naukowe, za które w roku ubiegłym otrzymał nagrodę im. Henryka Wereszyckiego i Wacława Felczaka: imponującą monografię „Polacy w węgierskiej Wiośnie Ludów 1848–1849” (Oficyna Wydawnicza Rytm). 
„Książka – pisał w posłowiu jej tłumacz Jerzy Snopek – jest wynikiem brawurowego połączenia ognia z wodą: wszelkich rygorów poznania naukowego z ogromną dozą empatii, wizji, intuicji moralnej. Znalazło to wyraz w stylu. Drobiazgowe relacjonowanie suchych faktów jest dopełniane, a niekiedy częściowo zastępowane, barwną opowieścią, metaforą, quasi-fabularyzacją... Kovács niczym demiurg kreuje wielu szeregowych bohaterów, wydobywając ich z nicości zapomnienia”. Jest bowiem „w jednakiej mierze artystą i uczonym”, służy równocześnie dwóm muzom: Kaliope i Klio. 
Potem ukazała się u nas jeszcze biografia generała Bema („Józef Bem – bohater wiecznych nadziei”, Rytm 2002), której polska edycja poszerzona została i uzupełniona w stosunku do oryginału. Wcześniej poznaliśmy Kovácsa-poetę („Księżyc twojej nieobecności”, Wydawnictwo Literackie 1991, z posłowiem Bohdana Zadury). Teraz jego autobiograficzna proza przenosi nas na powojenne Węgry.
Dzieciństwo – czyli matryca wyrytych w pamięci uczuć i obrazów, bez udziału naszej woli kształtujących potem nasze życie. Matryca dla każdego inna, choć mechanizm inicjacji jest z reguły podobny. Oswajanie świata, mozolne odczytywanie tajemnego kodu rzeczywistości, badanie otaczającego nas obszaru, który z dnia na dzień staje się rozleglejszy. Ciekawość i lęk, pasja poznania i gorycz pierwszych porażek.
„Naiwna” narracja małego Istvána, wychowywanego najpierw na wsi u babki, potem w ośrodku sanatoryjnym, gdzie jego matka pracuje jako telefonistka, rozwija się zgodnie z logiką rozwoju dziecięcej świadomości. Właściwe tej świadomości poczucie bezczasu i kłopot z interpretacją narastającego strumienia faktów sprawiają, że świat odbity w „Lustrze dzieciństwa” jest zrazu tylko gęstym splotem doznań zmysłowych i dopiero stopniowo zarysowuje się przed nami jego historyczne i społeczne tło. Tło dramatyczne: z jednej strony pamięć niedawnej wojny, a także historycznej klęski, jaka dotknęła Węgrów po roku 1918, z drugiej – stalinizm i wymuszona „przyjaźń” węgiersko-radziecka.

*
Ojciec Istvána nie zobaczył nigdy syna. „Uczucie mojego ojca trwało całe życie. Żył krótko. 2 listopada 1944 rodzice przysięgli sobie dozgonną wierność. W dzień zmarłych. Między jednym a drugim bombardowaniem. Trzy miesiące później mojego ojca zabrał wagon nie kończącego się pociągu jadącego na Syberię... Mama szybko straciła nadzieję. Wystarczyło, że kilka razy wyszła do pociągu z powracającymi do domu jeńcami wojennymi. Wszystkie przywoziły wiadomość o śmierci ojca”. Teraz chłopiec czuje obawę przed pojawieniem się ojczyma, w czym utwierdza go... lektura „Davida Copperfielda”. I szuka swojego miejsca wśród sprzecznych i niejasnych sygnałów, jakie płyną w jego stronę ze świata dorosłych. 
Zamknięta sanatoryjna społeczność także odzwierciedla dokonujące się wokół przemiany, choćby poprzez obecność portretów „najwierniejszego ucznia Stalina”. „No to kim jest ten łysy na ścianie?” – pyta István matkę, która łączy właśnie kolejną rozmowę telefoniczną. „On nie jest łysy... och, przepraszam, nie mówię do towarzysza, już łączę z towarzyszką personalną... to żaden łysy... ale towarzysz Mátyás Rákosi! I żebyś mi się nigdy nie odważył przy kimś powiedzieć, że jest łysy... Numer zajęty, nie mogę połączyć... To dobry człowiek... Wciąż rozmawia... Nasz wódz... Proszę odłożyć słuchawkę... On nam mówi, co i jak mamy robić... Już dzwonię...” „Czyli jest takim wójtem. Wójtem całego kraju”. „Tak. Ale nie nazywaj go przy kimś wójtem. Wystarczy zapamiętać, że jest naszym ukochanym wodzem. Naszym ojcem... Już łączę... Albo najlepiej nic o nim nie mów przy ludziach... Nie ma go, wyszedł... Butlę z tlenem? Łączę z dyżurnym instrumentariuszem... Dowiesz się od pani nauczycielki, co trzeba o nim mówić... i kim jest”.
Istotnie, szkoła stanie się dla Istvána kolejnym szczeblem wtajemniczenia. Zarówno w skomplikowane relacje wewnątrz uczniowskiej społeczności, jak i w wyrazisty ideologicznie wizerunek świata, gdzie Tito jest teraz „psem łańcuchowym kapitalizmu”, a poddane jego tyranii jugosłowiańskie dzieci cierpią, zsyłane przymusowo do kopalń. Na tym wizerunku pojawiają się jednak coraz wyraźniejsze pęknięcia: za sprawą rozmów z kolegami, nowych lektur, wciąż żywych wątków narodowej tradycji. Ostatnie sceny „Lustra dzieciństwa” to już rok 1956 i powstanie węgierskie, które dla narratora staje się nowym początkiem, zarazem realnym i symbolicznym. „Wyruszam w stronę miasta, rozcinanego błyskami wystrzałów. Zapomniałem, jak się nazywam, gdzie się urodziłem i gdzie mieszkam. Zapomniałem numery telefonów. Panieńskie nazwisko matki. Tyle ze mnie zostało? Kim jestem? Otwartą książką? Którą można ocenzurować, lecz na próżno? Niech będę księgą: biografią dziecka. Taką jak biografia każdego człowieka. Jeśli on też jest mną”.

*
Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do początku, do sceny, gdy matka Istvána zabiera go z domu babki, miejsca pierwszych wtajemniczeń. To pierwszy z końców świata, jakie dane mu będzie przeżyć: babkę widzi wtedy po raz ostatni. „Idziemy na stację. We troje. Trzymam babcię za rękę, z wielkim przejęciem. Ja towarzyszę jej w ostatniej drodze. Ona odprowadza mnie w drogę ku nieskończoności. Budynek stacji jest większy od naszego domu. Wygląda tak, jak gdyby bramkę piłkarską obudowano murem, a całość przykryto dachem. Daleko hen dym formuje w górze obłok w kształcie piłki. Stoimy obok gęstej topoli. Jej liście drżą, jak gdyby jakaś dłoń pod ziemią poruszała drzewem. Pociągu tym razem się nie boję. Boję się tylko tego, dokąd mnie wiezie. Jeszcze ją widzę. Zwielokrotniałą w tęczowych kłębach dymu. Budynek stacji powoli zaczyna się cofać. Jego dach odcina się czerwienią od korony topoli podzwaniającej liśćmi. Przestała machać. Wspinam się na palce. Czemu odwraca głowę i patrzy na miejsce, gdzie przed chwilą stałem. Dlaczego spuszcza głowę, zamiast patrzeć na mnie? Kulę się w otwartych drzwiach pociągu. Nade mną same obce twarze. Rozmawiają, pochylając się ku sobie. Tworzą nade mną dach słów.” (Czytelnik, Warszawa 2002, s. 196. Przełożyła Anna Górecka.) Lektor

 





 

 

 

 

 

Nr 43 (2781), 27 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl