WŚRÓD KSIĄŻEK
Lektor
Choroba złej pamięci
Günter Grass: IDĄC RAKIEM
– ukazanie się tej książki w początku lutego bieżącego roku stało się sensacją – bardziej polityczną niż literacką – i przyniosło ogromny sukces; w pierwszym tygodniu sprzedano 250 tysięcy egzemplarzy, w ciągu miesiąca nakład sięgnął pół miliona. Do sukcesu przyczynił się tygodnik „Der Spiegel”, poświęcając nowej powieści Grassa okładkę i główny materiał numeru, i rozpoczynając tym samym publiczną debatę nad jej przesłaniem. Debata przeniosła się poza granice Niemiec; w „Tygodniku” w numerze z 10 marca opublikowaliśmy artykuł Joachima Trenknera „Spóźnione wyznanie Güntera Grassa”, a także opis reakcji angielskich, francuskich i czeskich.
Trenkner napisał, że książką o tragedii statku „Wilhelm Gustloff”, zatopionego wraz z dziewięcioma tysiącami uchodźców z Prus Wschodnich i Pomorza w styczniu 1945 roku na Bałtyku przez sowieckie torpedy, niemiecki noblista „złamał tabu, które kiedyś sam tworzył” i przybył z odsieczą tym, którzy prowadzą dziś w Niemczech kolejną debatę historyczną – tym razem „debatę odciążającą”. Przez kilkadziesiąt lat zachodnioniemiecka lewica na czele z Grassem „lekkomyślnie nazywała rewizjonistą każdego, kto wskazywał na wojenne i powojenne cierpienia Niemców” i strzegła konsensu zabraniającego przeciwstawiać te cierpienia zbrodniom niemieckim. Gdy teraz autor „Blaszanego bębenka” zawarty kiedyś konsens wypowiada, Niemcom „łatwiej jest czuć się nareszcie – także – ofiarami”.
*
Po kilku miesiącach mamy już „Idąc rakiem” („Im Krebsgang”) po polsku, w tłumaczeniu niezawodnego Sławomira Błauta. Niewielka powieść wpisana jest w dotychczasowe dzieło Grassa i nawiązuje wprost do „Trylogii gdańskiej” poprzez postać Tulli Pokriefke. Tulla, jak czytamy w „Psich latach”, urodziła się 11 czerwca 1927 w Gdańsku-Wrzeszczu. Na kartach „Kota i myszy” dziewczynka „z nogami jak patyki” obserwuje grzeszne zabawy chłopięcych bohaterów. W księdze drugiej „Psich lat” staje się adresatką listów swego kuzyna Harry’ego Liebenaua i jedną z głównych bohaterek. Jak dowiadujemy się z „Idąc rakiem”, nastoletnia Tulla w zaawansowanej ciąży – której sprawcą mógł być właśnie Harry – znalazła się wraz z rodzicami na pokładzie „Wilhelma Gustloffa”. Ocalała jako jedyna z rodziny, a synek Paul przyszedł na świat w szalupie ratunkowej.
I właśnie ów pogrobowiec katastrofy będzie narratorem kolejnej opowieści. Opowieści, której głównym tematem jest pamięć historyczna. Gdy się od niej odwracamy, trwa przyczajona, by wypłynąć w okaleczonej i zdeformowanej postaci. To przypadek Tulli Pokriefke, jej syna Paula i wnuka Konny’ego.
Tulla osiadła po wojnie we wschodniej strefie, w Schwerinie, śladem ojca wyuczyła się stolarskiego fachu, została przodownicą pracy i członkiem Partii. Paul na krótko przed zbudowaniem muru przedostał się do Berlina Zachodniego, nie spełnił jednak nadziei pokładanych w nim przez matkę. Drugorzędny dziennikarz, terminował najpierw w pismach koncernu Springera, potem w lewicowym „taz”, by na koniec „na żołdzie agencji prasowych ćwiczyć się w zwięzłości”. Konsekwentnie odpychał od siebie wspomnienia Tulli, aż wreszcie wynalazek internetu sprawił, że historia „Gustloffa” powróciła do niego, dosyć okrężną drogą, za to w sposób bardzo dramatyczny.
*
„Klikaniem myszy ściągałem infosy do wykorzystania lub do wyrzucenia, dla fantazji bądź z nudów zacząłem przeskakiwać z jednego chatroomu na drugi i reagować na najbardziej niedorzeczne maile, przez krótki czas gościłem też na dwóch, trzech pornosites, a wreszcie po chaotycznym surfowaniu natknąłem się na witryny, gdzie tak zwani przedwczorajsi, ale i świeżo upieczeni młodzi naziści dawali upust swojej tępocie na stronach nienawiści. I nagle – biorąc nazwę statku za słowo poszukiwane – wyklikałem właściwy adres: »www.blutzeuge.de«. Świadek krwi – męczennik. Jakieś »Kamractwo Schwerin« ogłaszało gotyckimi literami gromkie hasła. Same pamiętliwe kawałki. Chciało się bardziej śmiać niż rzygać”.
Co jednak łączy Schwerin – miasto, w którym po wojnie osiadła Tulla Pokriefke – z tragedią na Bałtyku? Otóż tutaj właśnie urodził się Wilhelm Gustloff. Sumienny urzędnik bankowy, w 1917 roku wysłany został dla ratowania płuc do Szwajcarii, a wyzdrowiawszy, został działaczem partii nazistowskiej i jako landesgruppenleiter werbował przebywających w tym kraju Niemców i Austriaków; w 1936 roku zastrzelił go w szwajcarskim uzdrowisku Davos żydowski student David Frankfurter. Zabójca po procesie trafił do więzienia w Chur, imię Gustloffa zaś nadano w 1938 roku reprezentacyjnemu parowcowi organizacji „Kraft durch Freude” („Siła poprzez radość”), zajmującej się w nazistowskich Niemczech organizowaniem wypoczynku dla klasy pracującej. Tuż przed wybuchem wojny rodzice Tulli, Erna i August Pokriefkowie, zdążą jeszcze odbyć z grupą mieszkańców Wolnego Miasta rejs na „Gustloffie” i zaznać jego luksusów...
Wraz z narratorem i uczestnikami internetowych czatów pogrążamy się w zawiłym splocie życiorysów: Wilhelma Gustloffa, jego zabójcy Davida Frankfurtera, urodzonego w rumuńsko-ukraińskiej rodzinie w Odessie Aleksandra Marinesko (kapitana sowieckiej łodzi podwodnej, która storpedowała „Gustloffa”), wreszcie samego Paula. I wraz z Paulem dokonujemy odkrycia, że za internetową stroną „www.blutzeuge.de” kryje się... jego syn Konny. Po rozwodzie rodziców wychowywany przez matkę, inaczej niż ojciec okazał się chętnym słuchaczem opowieści babki Tulli, a młodzieńcze pragnienie oddania sprawiedliwości ofiarom tamtego dramatu przerodziło się w obsesję złączoną z fascynacją nazizmem i podlaną antysemickim sosem. Bezkarna zrazu internetowa gra – rozmowa z nieznanym rówieśnikiem, który utożsamił się z zamachowcem Frankfurterem – któregoś dnia dramatycznie się urealni...
*
Ten splot wątków i motywacji chwilami jest aż za gęsty, narracja w swej zmienności przypomina istotnie klikanie klawiszem komputerowej myszki, jakby ktoś wywoływał na ekranie temat za tematem i fakt za faktem. Postać Konny’ego pozostaje dla nas zamknięta w równym co najmniej stopniu, jak dla jego ojca. Surowy i powściągliwy opis ostatnich godzin „Gustloffa” robi za to znaczne wrażenie. „Zdanie matki odnoszące się do wszystkiego, co jest nie do opisania: »Szłów na to ni mam...« mówi to, co ja mętnie myślę. Nie próbuję zatem wyobrażać sobie grozy i wtłaczać okropności w wymuskane obrazy, jakkolwiek mój pracodawca naciska teraz na mnie, żebym przedstawiał jeden po drugim pojedyncze losy, żebym z epicko zamaszystym spokojem i wytężoną intuicją zatoczył wielki łuk i w ten sposób, słowami horroru, oddał sprawiedliwość rozmiarom katastrofy”.
Kimże jednak jest ów „pracodawca”? To... sam Grass. Czyniąc siebie jedną z postaci, wprowadza element dystansu, a równocześnie może zabrać głos nie łamiąc powieściowych reguł. „Właściwie to każdy wątek akcji spleciony czy choćby luźno związany z Gdańskiem i okolicą powinien by być jego rzeczą – relacjonuje Paul monolog „pracodawcy”. – Do niego zatem i do nikogo innego należałoby zdanie sprawy ze wszystkiego, co się tyczy statku, dlaczego tak został nazwany i jakim celom służył po wybuchu wojny, a także opowiedzenie w krótszej czy dłuższej formie o zagładzie na wysokości Ławicy Słupskiej. Zaraz po ukazaniu się opasłego tomiska »Psich lat« zwaliła się na niego cała ta materia...”. Niczego takiego nie napisał; „to jego zaniedbanie, godne ubolewania, co więcej: to jego porażka”. Jednak w połowie lat 60. miał dosyć przeszłości, a ciśnienie teraźniejszości było tak wielkie... „Potem dodał jeszcze, że przykro mu z powodu mojego syna, ale nie mógł wiedzieć, że za złowieszczą homepage »www.blutzeuge.de« kryje się wnuk Tulli, chociaż dla nikogo nie powinno być zaskoczeniem, że Tullę Pokriefke jako babkę stać na tego rodzaju potomka. Zawsze ciągnęło ją do skrajności, a jest, jak widać, nie do zdarcia”. Pobrzmiewa w tym ton samokrytyki, świadomość porażki i poczucie bezradności wobec odnawiania się historycznego zła. Dlatego ostatnie słowa narratora brzmią: „To się nie kończy. To się nigdy nie skończy”. (Polnord. Wydawnictwo „Oskar”. Gdańsk 2002, s. 208. Książka wydana w ramach „Dzieł” Güntera Grassa pod redakcją Sławomira Błauta i Joanny Konopackiej.)
|