WŚRÓD KSIĄŻEK


Lektor





 Nowy Różewicz

Tadeusz Różewicz: SZARA STREFA – autor „Niepokoju” przeżywa lata niezwykle twórcze: ledwie rok minął od ukazania się „nożyka profesora”, a już otrzymaliśmy następny tom wierszy. Mniej jednolity w tonie niż „nożyk”, zawiera za to rozmaite niespodzianki. 
Zacznijmy od tej, która książkę zamyka, od „Appendixu” – czyli dialogu z Leopoldem Staffem. Pośmiertnej kontynuacji dialogu poetów dwóch pokoleń, który zaczął się w roku 1947, wkrótce po powojennym debiucie młodego Różewicza, spotkaniem zainicjowanym przez Janinę Mortkowiczową, i zaowocował wielorako: przyjaźnią, korespondencją, później też tomem „Kto jest ten dziwny nieznajomy”, zawierającym wiersze Staffa w wyborze i układzie Różewicza.
„Szanowny i Kochany Przyjacielu – zaczyna teraz swój list Różewicz – nazywałem Pana, zawsze z respektem i miłością, »Starym Poetą«... ale zajrzałem do »kalendarium« i okazało się, że jestem już starszy od Pana o rok, a może dwa lata! Tak więc mogę teraz mówić o »Poldku« jako o młodszym bracie...”. Role się odwróciły: teraz Różewicz, z perspektywy swojego doświadczenia, może napisać własną wersję późnych wierszy Staffa z „Dziewięciu muz”. „Nie jest to jakiś »komentarz«, to takie przekomarzanie się poetów przyjaciół, którzy z latami dojrzeli do pogodnego uśmiechu” – tłumaczy autor. Choć ten uśmiech podszyty jest często smutkiem.
A co znajdziemy w pierwszej, właściwej części książki, tej przed „Appendixem”? To kolejny rozdział wielkiego poetyckiego rozrachunku Różewicza: z epoką, w której dane mu było żyć, z własną biografią, z poezją, ze sztuką, z zagadką człowieczej egzystencji, której strażniczkami są „cztery szare niewiasty / Brak Bieda Troska Wina”. Z bezszelestnie upływającym życiem, które powraca do stanu owej pierwotnej zupy, co dała początek ewolucji na naszej planecie; tyle że jest to teraz „zupa śmierci”. Ze współczesnością, portretowaną zjadliwie, jak w wierszach „dodatkowe korzyści z książek”, „Zła muzyka (uwagi na marginesie festiwalu piosenki)” („zła muzyka to wiatry / wypróżniającego się demona”) czy „budowanie wieży Bubel”. Ze swymi rówieśnikami-kombatantami („krew przelewana kiedyś / za wolność równość niepodległość / za Boga Honor i Ojczyznę / przelewana jest teraz / z pustego w próżne / przez dwieście związków (...) staruszkowie z butnymi / minami w rogatywkach / bardzo rogatych / i opadających spodniach / walczą ze sobą / oko za oko / ząb za ząb”). Jest tu poetyckie pożegnanie z Moniką Żeromską (Wilga”) i niezwykły wiersz o Dobrym Papieżu Janie zainspirowany jego nieudanym pomnikiem wzniesionym we Wrocławiu jeszcze za głębokiego peerelu („jest taki pomnik / na Ostrowie Tumskim / smutny opuszczony / pomnik Dobrego Papieża...”).
Bowiem starość to dla Różewicza czas powrotów, repetycji, ogląadnia rzeczy i spraw jakby od nowa. Jak w wierszu bez tytułu, opatrzonym mottem z „Zórz wieczornych” Konwickiego („Było, minęło [...]. Najlepiej byłoby zwariować”.): 

I znów zaczyna się
przeszłość

najlepiej byłoby zwariować
masz rację Tadziu
ale nasze pokolenie nie wariuje
do końca 
ma oczy otwarte

nam nie potrzeba zawiązywać oczu
nam niepotrzebne są raje
różnych wiar sekt religii

z przetrąconym grzbietem 
czołgamy się dalej

tak Tadziu przy końcu
musimy przeżyć wszystko
od początku


(Wydawnictwo Dolnośląskie, s. 114. Okładka według projektu Autora, z wykorzystaniem akwareli Zbigniewa Paluszaka „Ziemia i niebo”. Redakcja i opracowanie graficzne: Jan Stolarczyk.)





 
Ostatni tom „Pism”

Gustaw Herling-Grudziński: BIAŁA NOC MIŁOŚCI. OPOWIADANIA – dwunasty tom „Pism zebranych” Herlinga, zamykający tę edycję, zawiera jego utwory ostatnie: opowiadania z lat 1997–2000, powieść „Biała noc miłości” (z podtytułem „Opowieść teatralna”) i dwa odcinki „Dziennika pisanego nocą”, które nie zdążyły wejść do tomu jedenastego. 
Osiem z dziewięciu opowiadań („Sny w pięknym Morodi”, „Legenda o nawróconym pustelniku”, „Ofiarowanie”, „Zima w zaświatach”, „Wariacje na temat Wielkiej Ucieczki”, „Zielona Kopuła”, „Schronisko Lunatyczne” i „Zjawy Saraceńskie”) znalazło się wcześniej w „Opowiadaniach zebranych”, a „Podzwonne dla dzwonnika” i „Biała noc miłości” wydane były osobno i o wszystkich tych książkach pisałem w niniejszej rubryce. Dlatego zatrzymam się na „Dzienniku”, który był zawsze najbardziej osobistą formą wypowiedzi Herlinga-pisarza. W ostatnich latach więcej w nim było doraźnych polemik i personalnych uszczypliwości, jakby rzeczywistość, zwłaszcza polska, nie spełniając oczekiwań autora „Wieży” wywoływała w nim narastające poczucie goryczy. W tych dwóch ostatnich odcinkach odnalazłem więcej z dawnego Herlinga, przenikliwego obserwatora surowego w sądach, nie zatrzymującego się jednak bez potrzeby na bieżących konfliktach.
Jeśli spór – to o sprawy podstawowe, jak ewolucja nowej Rosji („Po publicznym skompromitowaniu »ideologii«, po orgii nomenklaturowego złodziejstwa pozostaje już tylko rosyjska licytacja nacjonalistyczna w otoczeniu majaków imperialnych” – diagnoza bezlitosna, oby nie do końca słuszna). Jeśli rewizja literackich ocen – to najboleśniejsze dla samego autora, niegdyś „żeromszczyka”, przyznanie, że autor „Przedwiośnia”, kandydat do nagrody Nobla, który po śmierci żegnany był przez tłumy ludzi, „dziś umiera po raz drugi, nawet w swoim rodzinno-gimnazjalnym mieście”, a jego książki coraz szybciej martwieją. I jeszcze kolejna odsłona fundamentalnego sporu o stosunek do komunizmu (na marginesie wspomnienia o Piotrze Potworowskim), i ciepłe słowa o zmarłym w styczniu 2000 roku amerykańskim tłumaczu Ronaldzie Stromie.
Przede wszystkim zaś: poruszający opis oglądanej w telewizji Mszy Przebaczenia, którą 12 marca 2000 odprawiono w Bazylice Świętego Piotra. „Zapalono kolejno siedem świateł, na znak siedmiu grzechów Kościoła w jego historii (krucjaty i Inkwizycja, antyjudaizm, brak jedności chrześcijańskiej, spory i walki etniczne, przymusowe nawrócenia, krzywdy dzieci, dewaluacja kobiet), prosząc o przebaczenie. Jan Paweł II wiązał Mea Culpa siedmiu kardynałów głosem wyjątkowo czystym i mocnym. Było to niewątpliwe apogeum w historii obecnego pontyfikatu oraz apogeum w życiu Karola Wojtyły. Jego twarz nie zdradzała triumfu, Jan Paweł II nie należy do papieży triumfalistycznych. Wyrażała natomiast spokój i szczęście wypełnienia powziętego od dawna planu. Wspaniała była scena, gdy wstał, podszedł do wielkiego krucyfiksu z XIV wieku, objął Ukrzyżowanego za nogi i z dołu w górę spojrzał w Jego twarz, jakby szukał w niej aprobaty”.
Zastanawiając się nad reakcjami opozycji kurialnej niechętnej podobnym gestom oraz idei, która za nimi się kryje, Herling pisze mocno: „spełnił się fakt, którego według mnie nie będzie można odwrócić. Według opozycji osłabia on Kościół. Ja pamiętam zdanie Simone Weil, że nie ma większej siły niż ta, która wyrasta ze słabości. Gdyż poddawana jest codziennej próbie, codziennej i nieskończonej. Kościół, pchnięty przez Jana Pawła II, wszedł na nowy tor »oczyszczenia«. Czy zdoła rozładować zagrożenia i niebezpieczeństwa nowego stulecia? Tego nie wiemy. Stało się jednak coś dotychczas niewyobrażalnego”. Dziś te zdania czyta się niby testament pisarza, który nieustannie powracał do podstawowych pytań chrześcijaństwa i w którego opowiadaniach doczesne formy istnienia Kościoła objawiały wciąż swoje niedoskonałe oblicze... (Czytelnik, s. 420. Tom, jak całość „Pism”, pod redakcją Zdzisława Kudelskiego, z notą biobibliograficzną, notą o autorze oraz indeksem osób. Na okładce tym razem fragment „Koncertu” Tycjana.)

 





 

 

 

 

 

Nr 41 (2779), 13 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl