WŚRÓD KSIĄŻEK
Lektor
Smutek schyłku wieku
Italo Svevo: STAROŚĆ – w marcu 1905 roku dwudziestotrzyletni James Joyce przyjechał do Triestu, adriatyckiego portu w granicach monarchii austro-węgierskiej, by pracować jako nauczyciel angielskiego w miejscowym oddziale szkoły Berlitza. Dwa lata później wśród jego uczniów znalazł się Ettore Schmitz – o dwadzieścia lat starszy od Joyce’a dyrektor firmy produkującej antykorozyjną farbę do kadłubów statków.
Joyce, który ukończył właśnie opowiadanie „Zmarli”, arcydzieło zamykające tom „Dublińczycy”, nie krył przed uczniami swoich literackich zainteresowań. Ośmielony tym Schmitz zwierzył mu się któregoś dnia, że i on próbował pisać, a nawet wydał pod pseudonimem dwie powieści, przemilczane jednak przez krytykę. Joyce przeczytał obie książki i odniósłszy je na następną lekcję, jak pisze jego biograf Richard Ellmann „z właściwą sobie pewnością siebie oświadczył: Czy pan wie, że jest pan nie odkrytym pisarzem?”.
Komplementy irlandzkiego nauczyciela zachęciły triesteńskiego przemysłowca, by wrócić do literatury. Dzięki temu powstało jego najważniejsze dzieło: wydana w 1923 roku powieść „Zeno Cosini”. Ponieważ krytyka włoska i tym razem milczała, Schmitz (publikujący jako Italo Svevo), zwrócił się o pomoc do mieszkającego już w Paryżu Joyce’a. Za jego sprawą entuzjastyczny artykuł o powieściach Sveva napisał Benjamin Crémieux; wkrótce we Włoszech w podobnym duchu zabrał głos poeta Eugenio Montale. Blisko sześćdziesięcioletni już Schmitz uznany został za jednego z nowatorów europejskiej prozy. Zmarł w roku 1928, nie ukończywszy ostatniej książki.
Po polsku mieliśmy dotąd pierwszą („Jedno życie”) i trzecią powieść Sveva, teraz otrzymaliśmy środkową, tę, która
zdaniem Joyce’a, zawierała fragmenty, „których Anatol France lepiej by nie napisał”. „Starość” („Senilitŕ”) ukazała się w roku 1898 i opowiada banalną właściwie historię miłosną; istotniejsze jednak niż intryga fabularna jest tutaj analityczne studium postaci. Przede wszystkim postaci bohatera, Emilia
Brentani: ten urzędnik i niespełniony pisarz cierpi na „chorobę woli” i układa swoje życie najchętniej w wyobraźni. Protagoniści powieści Sveva otwierają bowiem w literaturze włoskiej, jak pisze w posłowiu do „Starości” jej tłumaczka Halina Kralowa, „cały poczet antybohaterów, którzy, zajęci nieustanną analizą własnego wnętrza, pozwalają życiu przejść obok”.
Na przeciwległym biegunie znajduje się przyjaciel Emilia, rzeźbiarz Stefano Balli. Jako artysta także nie odniósł sukcesu, dysponuje za to wielkim zasobem energii witalnej, której Emilio zupełnie jest wyzbyty. Dlatego jego romans z piękną i próżną Angioliną musi skończyć się źle. Zresztą, jak zauważa Kralowa, „Angiolina, nawet wtedy, gdy Emilio trzyma ją w ramionach, jest istotą złożoną przede wszystkim ze wspomnień i
wyobrażeń bohatera. Chwila obecna jest prawie zawsze odniesieniem do tego, co było i co być może w przyszłości”. Drugą z postaci kobiecych jest siostra Brentaniego, Amalia, cicha, szara i bierna, jakby z góry skazana na klęskę. Tłem zaś – mieszczański Triest. Miasto – pisze tłumaczka – „staje się jednym z bohaterów opowieści. Istnieje na kartach książki poprzez swoje parki, ulice i uliczki, port i stocznie... dopasowuje się do nastroju bohatera, sekunduje mu chmurnym niebem i deszczem, wiatrem i słońcem”. (Czytelnik, Warszawa 2002, s. 224.)
Magia pierwszego zdania
Vidiadhar Surajprasad Naipaul: NASZA ULICA – we „Wstępie do autobiografii” Naipaula z tomu „Rozjaśnić tło”, którym wydawnictwo Noir sur Blanc rozpoczęło edycję dzieł ubiegłorocznego noblisty, znajduje się fragment opowiadający o narodzinach Naipaula-pisarza. Oto przybysz z Trynidadu, po studiach w Oksfordzie, na które wyjechał dzięki rządowemu stypendium, przybywa do Londynu i znajduje dorywcze zatrudnienie w karaibskiej sekcji BBC. I właśnie w pokoju redakcyjnym, na wysłużonej maszynie do pisania wystukuje magiczne pierwsze zdanie pierwszego opowiadania: „Każdego ranka po przebudzeniu Hat siadywał na poręczy werandy z tyłu domu i krzyczał przez płot: »Co się tam dzieje, Bogart?«” To zdanie – zapis ułamkowego wspomnienia – od razu narzuciło zdanie następne: „Bogart przewracał się na łóżku i mruczał tak cicho, że nikt nie słyszał: »A co się dzieje, Hat?«”.
„Pierwsze zdanie mówiło prawdę – wspomina dalej Naipaul. – Drugie było zmyśleniem. Lecz dla mnie – pisarza już! – razem dokonały czegoś nadzwyczajnego. Choć pomijały wszystko – miejsce akcji, czas historyczny, narodowe i społeczne cechy przedstawianych ludzi – jednocześnie o wszystkim »przebąkiwały«; przywoływały świat ulicy. Razem, jako zdania i słowa, wytyczyły rytm, wartkość, które zadecydowały o całej reszcie”.
Ulica, tytułowa Miguel Street (w obecnym polskim przekładzie tytuł zmieniono), znajduje się w Port-of-Spain, stolicy Trynidadu, i tworzy specyficzny mikroświat, który poznajemy w kolejnych odsłonach oczami dorastającego narratora. Książka jest bowiem zbiorem opowiadań: każde stanowi zamkniętą całość, razem jednak tworzą cykl, wzajemnie się uzupełniając i wprowadzając na scenę kolejne postaci. O tym, jak mieszają się tutaj prawda ze zmyśleniem, przeczytać można we „Wstępie do autobiografii”. Równocześnie pamiętać trzeba, że „Miguel Street”, niezależnie od autentyczności egzotycznych realiów, wpisuje się w silną w prozie anglosaskiej tradycję zbiorowego portretu lokalnej społeczności, by wspomnieć choćby „Miasteczko Winesburg” Sherwooda Andersona.
Uliczka w Port-of-Spain odzwierciedla kolonialny tygiel Trynidadu, w którym potomkowie murzyńskich niewolników sąsiadują z Białymi i Hindusami. O tym jednak dowiadujemy się tylko mimochodem, gdy kwestia pochodzenia czy koloru skóry którejś z postaci staje się z jakiegoś powodu istotna dla przebiegu akcji. Ważniejsze jest co innego: ta prowincja prowincji wegetująca na marginesie wielkiego świata, bardziej prowincjonalna od miasteczka w Ohio, przemienia się pod piórem Naipaula w scenę, na której odgrywa się rozmaite role przewidziane od wieków w teatrze świata. „Obcy człowiek mógł przejechać Miguel Street i skwitować wszystko jednym słowem: »zaułek«, bo niczego więcej nie dostrzegał – czytamy w opowiadaniu „Pirotechnik”. – Ale my, mieszkańcy, traktowaliśmy naszą ulicę jako rozległy świat, w którym każdy różni się od pozostałych. Człeku był wariatem, George – głupcem, Wielka Stopa – łobuzem, Hat – mąciwodą, Popo – filozofem. Morgan był błaznem”.
Portretowane postacie, wyraziste, czasem zabawne lub groteskowe, czasem liryczne czy niemal tragiczne, jak poeta „C. Wordsworth” czyli „Czarny Wordsworth”, mają za tło dyskretnie zaznaczone realia, które pozwalają opowieść osadzić w czasie: na przykład zbudowanie bazy amerykańskiej na wyspie i wzmianki o wojnie. „Nie wiem, czy pamiętacie, w którym roku nakręcono »Casablankę« – mówi narrator w pierwszym opowiadaniu. – Właśnie wtedy fama o Humphreyu Bogarcie rozniosła się lotem błyskawicy po całym Port-of-Spain i setki mężczyzn naśladowały styl filmowego twardziela”. Ale historia przechodzi obok, Bogart z
Port-of-Spain w niczym nie przypomina bohatera „Casablanki” i w ogóle wszystko jest trochę na niby, jak Młodzieżowy Klub Literacko-Towarzyski przy Miguel Street (oddział Związku Młodzieży Trynidadu i Tobago), założony przez samozwańczego nauczyciela Titusa Hoyta. Dlatego „Nasza ulica” kończy się tak jak niemal wszystkie książki o młodzieńczej inicjacji w świat: pożegnaniem.
„Zostawiłem ich wszystkich i ruszyłem prężnym krokiem do samolotu, nie oglądając się za siebie, patrząc tylko na własny cień z przodu, na karła tańczącego po płycie lotniska”. To ostatnie słowa „Miguel Street”. Po blisko trzydziestu latach, we „Wstępie do autobiografii” Naipaul dopowie: „Uznałem, że aby zostać pisarzem – dokonać tej szlachetnej rzeczy – muszę wyjechać. W rzeczywistości, aby móc pisać, musiałem powrócić. To był początek poznawania samego siebie”. (Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2002, s. 264. Przekład: Robert Sudół.)
|