WŚRÓD KSIĄŻEK
Lektor
Ukraińskie rozliczenia
Jurij Andruchowycz: OSTATNIE TERYTORIUM. ESEJE O UKRAINIE – „Świętych krów mamy więcej niż Hindusi – pisał Jurij Andruchowycz, poeta i prozaik ukraiński, rocznik 1960, w eseju „Ave, »Chrysler«”, ogłoszonym w 1994 roku na łamach miesięcznika „Suczasnist’”. – To zboczenie w kierunku postumentu, bryły, skamieliny, zbrązo- i zbonzowienia, smętnie zwisających wąsów i zmarszczonych krzaczastych brwi, jawi mi się jako coś w rodzaju dziecinnej religii narodowej. Można z niej tylko wyrosnąć. Ale można też nie wyrosnąć. Zakrzepnąć, pogrążyć się w marazmie. (...) Największym grzechem, niezatartym piętnem na skórze Bu-Ba-Bu pozostanie na zawsze nasza próba roztopienia tej bryły – bryły przaśnej, niedouczonej powagi, przykrywającej wszystko, co ukraińskie”.
Co jednak oznacza dziwny skrót użyty w poprzednim zdaniu? Zacytujmy znów Andruchowycza, tym razem jego szkic „Czas i metoda” z 1997 roku: „W kwietniu 1985 w dość fantasmagorycznym mieście Lwowie powstało zjawisko o – na pierwszy rzut oka – szamańskiej nazwie Bu-Ba-Bu. W rzeczywistości nazwa ta stanowi skrót od trzech pojęć, które można spotkać wszędzie w estetyce: burleska, bałagan (pochodzi z języka starohebrajskiego, gdzie oznacza »chaos«, u nas jednak [tj. na Ukrainie] funkcjonuje przede wszystkim w sensie »jarmarcznej budy z widowiskami i rozrywkami«), a także bufonada. Te właśnie trzy kluczowe zasady obrało dla siebie trzech młodych wtedy jeszcze poetów – Wiktor Neborak, Saszko Irwaneć i ja, mający tu dziś honor wszystko to mitologizować”.
Karnawałowo-błazeńskie, prowokacyjne występy i akcje grupy Bu-Ba-Bu zdobyły rozgłos i stały się wyrazistym znakiem obecności nowego nurtu we współczesnej literaturze ukraińskiej. Jurij Andruchowycz jest najbardziej u nas znanym przedstawicielem tego nurtu. „Ostatnie terytorium” to czwarta jego książka po polsku – wcześniej wydano powieści „Rekreacje” i „Moscoviada” oraz tomik esejów „Erz-Herz-Perc”; publikowano też jego wiersze, a w Wydawnictwie Czarne ukazała się „Moja Europa. Dwa eseje o Europie zwanej Środkową”, dwugłos Andruchowycza i Andrzeja Stasiuka.
t
Bunt trzech młodych poetów przeciw szarości i płaskości oficjalnego nurtu literatury ukraińskiej („Nie mówię tu – zastrzega się Andruchowycz – o garstce znakomitych nazwisk, którymi zachwycaliśmy się i zachwycamy. Mówię właśnie o stanie ogólnym, bo to był koszmar”) zrodził się jeszcze pod rządami sowieckimi i był wyzwaniem rzuconym totalitaryzmowi, anarchiczną próbą wybicia się na wolność i samookreślenia. Zniknięcie Imperium i powstanie niepodległego państwa ukraińskiego nie unieważniło jednak pytań o tożsamość; przeciwnie, nabrały one dramatyzmu. „Ostatnie terytorium” to w znacznej części rozliczenie z nowym czasem, świadectwo rozczarowań i szukanie punktów oparcia w świecie, który zdaje się pogrążać w chaosie.
Znajdziemy w tej książce frapujące odczytanie „gry nawarstwień” Stanisławowa-Iwanofrankiwska, rodzinnego miasta autora, oraz „małą intymną urbanistykę” Lwowa i Kijowa. Znajdziemy też relację z prywatnej lektury otoczonego narodowym kultem Tarasa Szewczenki, wraz z katalogiem jego wizerunków sporządzanych na swój użytek przez rozmaite obozy ideologiczne. Odległa historia czy też własne wspomnienia stanowią jednak niemal zawsze tło dla diagnozy współczesności.
W szkicu „Czarnobyl, mafia i ja” diagnoza ta przybiera formę wyjątkowo odważną i ostrą. „Obraz mojego kraju czy »młodego państwa« – jak go u nas nazywają przedstawiciele władzy, licząc zapewne na pobłażliwość w ocenie ich działalności – jest zupełnie niepociągający – pisze Andruchowycz. – Jeżeli Ukraina w ogóle zasługuje na jakąś uwagę, to przede wszystkim zawdzięcza to łańcuchowi komponentów negatywnych... Obraz Ukrainy to obraz wczorajszego więzienia przerobionego w pośpiechu na targowisko-dworzec. Prawo rządzące w więzieniu nadal tu obowiązuje, ponieważ prawem więzienia jest bezprawie”. I dodaje nie bez ironii: „Zresztą nawet lubię te dawno już nieoświetlane ulice i zaułki naszych miast, te straszne, przeżarte alkoholem nocne kawiarnie, te ciasne, przesiąknięte papierosowym dymem bufety w naszych superwolnych pociągach, te bazary i sklepiki kontrolowane jedynie przez rekieterów. Te gęby, paszcze, mordy i ryje – kobiece, męskie i na pół dziecięce, tę wielką nocną integrację pijanego narodu, fontanny hojności, miłości, przychylności – tak, oto my – wielka rodzina, mafia: bracia i siostry”. Do tego „zrujnowane krajobrazy, z których każdy przypomina taki mniejszy Czarnobyl” i „powszechna lumpenizacja wszystkiego i wszystkich: tandetna rosyjska muzyka, ogolone głowy, spirytus przemysłowy, wybuchy epidemii cholery i brutalności”. To oczywiście tylko powierzchnia, choć widoczna aż nazbyt wyraźnie. Czy jednak, pyta autor, „istnieją jeszcze jakieś głębsze pokłady, czy w ogóle cokolwiek ocalało? A co pozostaje ukraińskiemu pisarzowi w czasach, kiedy marzeniem przeciętnego Ukraińca jest porzucić tę ziemię na zawsze, ten kraj, którego nie żal? Czy i ja miałbym go porzucić? Zmienić język? Przestać pisać?”.
Pytanie o zmianę języka wydaje się niebezzasadne, zważywszy niewesołe konstatacje zawarte z kolei w „Próbie dezinformacji”, w której pisarz stara się na użytek hipotetycznego zagranicznego rozmówcy przedstawić współczesną narodowo-językową i polityczną geografię swego kraju. Nadzieja zdaje się tkwić jedynie w nieobliczalności Ukrainy – „kraju baroku”, w którym „wszystko jest szalenie skomplikowane, bardzo niejednoznaczne, a jednocześnie na tyle ze sobą powiązane, że wszelkie związki tracą sens...”.
t
Powtórzmy: co pozostaje ukraińskiemu pisarzowi, który ma coraz mniejszą publiczność, a jego język „przestaje być narzędziem komunikacji, staje się fortecą, a ściślej mówiąc, muszlą?”. „Sądzę, że nie tak znów mało – odpowiada Andruchowycz – pozostaje dobrze pisać. Rola pisarza nie zmienia się nawet w zlumpenizowanym społeczeństwie, gdzie nie ma miejsca na idee, bo niepodzielnie panują instynkty”. I kończy – cytuję raz jeszcze szkic „Czarnobyl, mafia i ja” – tak: „Moja nowa powieść jest tuż-tuż: gromadzę w domu czysty papier, cierpliwość, czas, ironię, miłość, przeistaczam się w nasłuchiwanie... Nowa epoka jest jak nowa powieść. Trzeba mieć odwagę ją zacząć”. A w tekście „Czas i miejsce albo moje ostatnie terytorium” wyznacza granice swoich pisarskich włości, zbierając pozytywne wyróżniki określające kształt bliskiej mu postmodernistycznej czy raczej po-modernistycznej krainy.
Ale mocniejsze jeszcze zakończenie ma wspomniany już szkic o Szewczence („Shevchenko is OK”). Oto autor podczas pobytu w Nowym Jorku otrzymuje zaproszenie do nocnej kawiarni poetyckiej w dzielnicy portorykańskiej. „Nigdy nie zapomnę tej atmosfery – dziesiątki twarzy, dziesiątki odcieni skóry, cała planeta, serce Nowego Jorku, niesamowita wolność, zdobyta wreszcie przez tych potomków niewolników”. Wywołany na podium, Andruchowycz recytuje – w angielskim przekładzie – wiersz Szewczenki o Kozaku Jamajce, zdobywając poklask u ciemnoskórej publiczności.
„Później, kiedy piłem trzecią butelkę piwa (co i rusz ktoś mi kupował następne i dziękował), wezwano mnie do tutejszego patriarchy. Stary siwy Portorykańczyk, król poetów, założyciel i patron kawiarni, zewsząd otoczony przez młodziutkie mulatki z tutejszej bohemy, wyszczerzył w uśmiechu swe pożółkłe od dymu cygar zęby i powiedział mi coś takiego, od czego powinienem natychmiast wytrzeźwieć. »Listen – rzekł na całą szerokość swego równikowego uśmiechu – Taras Shevchenko is my favourite poet. And I also know yob tvayu mat’!«
Miał mi oznajmić dwie miłe rzeczy – i oznajmił.
Chwała ci, ojcze nasz, Tarasie, myślałem w oszołomieniu. Ty wiecznie stoisz nad nami i spoglądasz na nas z góry”... (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2002, s. 150. Seria „Europa Środkowa”. Przełożyły: Ola Hnatiuk, Katarzyna Kotyńska, Lidia Stefanowska. Układ tekstów: Filip Modrzejewski.)
|