WŚRÓD KSIĄŻEK
Lektor
TWARZE ŚWIATA, ŹRÓDŁA OPOWIEŚCI
Vidiadhar Surajprasad Naipaul: ROZJAŚNIĆ TŁO. DWIE OPOWIEŚCI – ubiegłoroczny laureat literackiego Nobla urodził się w 1932 r. w hinduskiej rodzinie osiadłej na Trynidadzie. Na tej karaibskiej wyspie, położonej na południowym krańcu archipelagu Małych Antyli, zamieszkałej pierwotnie przez Indian Arawaków, w XVI wieku skolonizowanej przez Hiszpanów, w końcu XVIII wieku przejętej przez Brytyjczyków, a od 1962 roku niepodległej, przybysze z Indii – sprowadzeni na początku XX wieku jako robotnicy kontraktowi – stanowią dziś około 41 proc. ludności i sąsiadują z potomkami murzyńskich niewolników, hiszpańskich i angielskich kolonizatorów oraz chińskich imigrantów.
Do dziejów swojej rodziny powraca Naipaul w pierwszej części powstałego w latach 80. dyptyku. „Wstęp do autobiografii” to wspomnienie o Trynidadzie jego dzieciństwa i przybyszach z Indii żyjących w zawieszeniu pomiędzy wspomnieniem rodzinnego kraju i przyniesionymi stamtąd tradycjami a światem nowym. To także hołd oddany ojcu, dziennikarzowi lokalnej gazety z Port-of-Spain, który, ograniczany w swych zawodowych ambicjach przez prowincjonalne otoczenie, poniósł życiową klęskę, przekazał jednak synowi „lęk przed unicestwieniem”, dający się zwalczyć jedynie wiernością swojemu powołaniu. To wreszcie również, a raczej przede wszystkim, opowieść o narodzinach pisarza.
Jest rok 1955, młody Naipaul, po studiach w Oksfordzie, na które wyjechał dzięki stypendium, znalazł się w Londynie i zarabia jako „wolny strzelec” w Karaibskiej Sekcji BBC. I tu właśnie, w wiktoriańsko-edwardiańskich wnętrzach dawnego hotelu Langham będącego siedzibą rozgłośni, na wysłużonej redakcyjnej maszynie do pisania wystukuje któregoś dnia pierwsze zdanie pierwszego opowiadania. Zdanie to było zapisem wspomnienia z Port-of Spain. Drugie, które za nim przyszło, stanowiło już wytwór imaginacji. „Pierwsze zdanie mówiło prawdę – pisze Naipaul. – Drugie było zmyśleniem. Lecz dla mnie – pisarza już! – razem dokonały czegoś nadzwyczajnego. Choć pomijały wszystko – miejsce akcji, czas historyczny, narodowe i społeczne cechy przedstawionych ludzi – jednocześnie o wszystkim »przebąkiwały«... Razem, jako zdania i słowa, wytyczyły rytm, wartkość, które zadecydowały o całej reszcie”. Obrazy tkwiące w pamięci przemieniają się w pisarskie tworzywo, stają się jądrem krystalizacji opowieści, która rządzi się już własnymi regułami, powraca jednak w końcu do źródła, oddaje bowiem sprawiedliwość pierwotnemu doświadczeniu, znajdując dlań właściwe słowo.
„»Wstęp do autobiografii« – tłumaczy autor – jest relacją, z perspektywy człowieka w średnim wieku, o początkach twórczości. »Krokodyle z Jamusukro« natomiast ukazują pisarza w późniejszym stadium rozwoju, skupionego na jednym aspekcie swojego rzemiosła: podróżach, poszerzaniu wiedzy o świecie, otwieraniu się na nowych ludzi i nowe więzi”. Celem podróży odbytej w początku lat 80. było Wybrzeże Kości Słoniowej – kraj w Afryce Zachodniej, dawna kolonia francuska, w której od uzyskania niepodległości w 1960 roku do swojej śmierci (1993) władzę sprawował prezydent Félix Houphuët-Boigny. Pod autorytarnymi rządami zorientowanego na współpracę z Zachodem przywódcy Wybrzeże Kości Słoniowej osiągnęło wewnętrzną stabilizację i stosunkowo niezłą sytuację gospodarczą, zwłaszcza w porównaniu z sąsiadami, takimi jak Gwinea czy Liberia, dając pracę licznym imigrantom.
Rodzinna osada przywódcy, Jamusukro, przekształcona została w nową stolicę kraju. „Prezydent zawsze myślał perspektywicznie – pisze Naipaul – a jego plany dotyczące Jamusukro są bardzo rozległe. Chciałby, żeby przeobraziło się ono w jedno z wielkich miast Afryki czy nawet całego świata. Grunt wyrównano, a przyszłą metropolię okalają aleje szerokie jak autostrady. Na ujarzmionych nieużytkach postawiono ekstrawaganckie, niekiedy zachwycające budynki”. W kilka lat po podróży Naipaula Jan Paweł II poświęcił w Jamusukro kościół Matki Bożej Pokoju, największą świątynię na kontynencie afrykańskim, wzorowaną na rzymskiej Bazylice św. Piotra.
Jednak to nie zapędy dyktatora ani mechanizmy władzy są głównym tematem „Krokodyli...”. To raczej dalszy ciąg odsłaniania procesu twórczego, dla którego inspiracją staje się tym razem podróż. „Każde z odwiedzonych miejsc było inne, każde ukazywało się w nowy sposób. Na początku zawsze czyhała groźba fiaska – niczego nie znajdę, nie porwie mnie pasmo przypadkowych zdarzeń i spotkań... Lecz szczęście mi dopisywało; być może było to moją zasługą. Po początkowym okresie napięcia niezmiennie następowała chwila, gdy nowe miejsce wpuszczało mnie, a pewne zdarzenia (dotąd lekceważone) nabierały sensu”. Za doświadczeniem przychodzi zrozumienie i to z niego dopiero rodzi się opowieść.
Opowieść o podwójnym świecie, w którym „sen o ultranowoczesności służy dawnej Afryce”, nabiera rysów faraońskich, a obok pola golfowego znaleźć można basen z żywymi krokodylami – totemicznym symbolem. „Metropolia, dobrodziejstwo władcy dla jego ludu, to wszystko należało do świata dziennego, świata pracy i rozwoju. Rytuał karmienia krokodyli – symbolizujący moc docierającą do prezydenta z samej ziemi – był częścią nocy, nieprzerwanie niweczącej rzeczywistość dnia”. A także opowieść o ludziach w tym świecie zabłąkanych: jak Arlette i Andrée, przybyszki z Karaibów.
Andrée, urodzona na Gwadelupie, pracuje na miejscowym uniwersytecie, sekretarzuje panu Niangoran-Bouah, antropologowi. Ów badacz komunikacji za pomocą „mówiących bębnów” jako świadectwa dziejów i tradycji plemiennych, który dla swej dyscypliny wymyślił nawet osobną nazwę, „drummologie” (za sprawą dyskretnej autorskiej ironii postać ta nasuwa chwilami nieodparte skojarzenia z Lemowskim profesorem Dońdą...) – także stanowi znak owej niepokojącej podwójności. Arlette tłumaczy autorowi, że „życie w Afryce i rozumienie tutejszej obyczajowości burzą wszystkie dotychczasowe wyobrażenia człowieka”. Dlatego nie odnajdą się tutaj panie z nowojorskiego Harlemu, amerykańskie Murzynki pragnące nawracać Afrykanów i rojące sobie, że to Afryka jest ich prawdziwą ojczyzną. Jej granice pozostaną dla nich nieprzekraczalne.
(Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2002, s. 208. Przełożył Robert Sudół.)
Vidiadhar Surajprasad Naipaul: ZAKRĘT RZEKI
– kiedy w ubiegłym roku ogłoszono decyzję noblowskiego jury, niektórzy polscy dziennikarze okazywali znaczne zaskoczenie. Tymczasem nazwisko Naipaula powinno być im znane, jako że pisarz ten jeszcze w latach 70. doczekał się szeregu polskich przekładów, i nie przeszkodziło w tym jego konserwatywne raczej nastawienie, za które bywa dziś atakowany na Zachodzie, o czym pisali w „Tygodniku” (nr 42/2001) Jerzy Jarniewicz i Tadeusz Jagodziński.
Oficyna Noir sur Blanc rozpoczęła właśnie edycję dzieł Naipaula, a drugim tytułem serii – obok omówionej wyżej dylogii autobiograficznej, którą po raz pierwszy przedstawiono polskiemu czytelnikowi – jest znana już u nas znakomita powieść „Zakręt rzeki”. Nie bez racji porównywana z prozą Conrada – Jarniewicz nazwał ją „nową wersją »Jądra ciemności«” – toczy się w nienazwanym z imienia afrykańskim państwie, położonym w głębi kontynentu. Jej bohaterem jest młody Hindus, z rodziny osiadłej od wieków na wschodnim wybrzeżu Afryki, który kupuje od współplemieńca sklep w jednym z miast tego państwa, wzniesionym kiedyś przy zakręcie wielkiej rzeki, i rozpoczyna życie kupca, mając u boku syna dawnej niewolnicy swej rodziny.
Choć można tu odnaleźć reminiscencje losów Ugandy pod rządami Amina, Naipaulowi chodziło wyraźnie o szerszą, bardziej uniwersalną panoramę postkolonialnego świata: zrujnowanego, niepewnego swej tożsamości i pozbawionego porządkującej zasady. „Musieliśmy żyć w tym świecie, bo nie było innego” – mówi w pewnej chwili Selim. Oszczędna, klasyczna narracja, w jaką ujęta została jego opowieść, uwypukla zarówno dramatyzm opisywanych wydarzeń, jak i pesymistyczne przesłanie całości.
(Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2002, s. 410. Przełożyła Maria Zborowska.)
|