WŚRÓD KSIĄŻEK
Lektor
POCHWAŁA RÓŻNORODNOŚCI
Claudio Magris: MIKROKOSMOSY – „Głosy rozlegają się, mieszają, cichną, słyszysz je za plecami, kierując się w głąb sali, szum morskiej kipieli. Fale dźwięku zanikają niby kółka z dymu papierosowego, ale gdzieś przecież jeszcze są. Są cały czas, świat pełen jest głosów, jakiś nowy Marconi mógłby wynaleźć aparat, zdolny wychwycić je wszystkie, nieskończony zgiełk, nad którym śmierć nie ma władzy...” To fragment pierwszego rozdziału „Mikrokosmosów”, którego bohaterką – jeśli to właściwe słowo – jest triesteńska kawiarnia San Marco. Magris opowiada dalej o pewnym pisarzu, który z kawiarnianego szumu uczynił materię jednej ze swoich powieści. „Mikrokosmosy” to także rodzaj aparatu wychwytującego głosy świata – czy może raczej odczytującego historyczny palimpsest, jaki tworzą ludzkie losy krzyżujące się i nakładające na siebie w pewnych szczególnych miejscach, w mikrokosmosach pogranicza.
*
Magris (rocznik 1939), triesteńczyk, włoski germanista, który zdobył uznanie wydaną przed czterdziestu laty pracą o „Micie habsburskim we współczesnej literaturze austriackiej”, wypracował specyficzną formułę prozy z pogranicza eseju i opowieści fabularnej, wyrafinowanej kompozycyjnie, gęstej od faktów i zaludnionej postaciami, których biografie tworzą niejako poszycie lasu wielkiej historii. Tak było w tłumaczonym już na polski „Dunaju”, relacji z długiej podróży wzdłuż biegu wielkiej rzeki, a zarazem w głąb dziejów rozwijających się tam kultur. W „Mikrokosmosach” (wydanie włoskie 1998) panorama jest mniej rozległa, mamy za to poczucie, jakby rozpostarto przed nami mapę niezmiernie szczegółową. „Świat wprawdzie znamy już w całości, wiele bowiem książek opis jego nam przedkłada, trudno natomiast znaleźć jedną choćby Prowincję właściwie opisaną” – to pierwsze motto „Mikrokosmosów” zaczerpnięte z osiemnastowiecznego włoskiego autora. Najwidoczniej Magris postanowił rzucić mu wyzwanie.
Jego Prowincją są pograniczne rejony północy Włoch. Obok Triestu – niektóre rejony Friuli i Piemontu, laguna Grado, położony już w Słowenii i porośnięty wspaniałym lasem masyw Nevoso czyli Snežnika, należące dziś do Chorwacji wyspy w Zatoce Kwarnerskiej na Adriatyku: Cherso/Cres i Lussino/Lošinj, Antholz w Południowym Tyrolu czyli Górnej Adydze... Mozaika nazw, przemieszanie języków. „Cherso, Crepsa, Crexa, Chersinium, Kres, Cres – nazwy łacińskie, iliryjskie, słowiańskie, włoskie. Daremne poszukiwanie etnicznej czystości sięga najdalszych korzeni, wykłóca się o etymologię i pisownię w gorączkowym pragnieniu sprawdzenia, do jakiego plemienia należała stopa, która jako pierwsza stanęła na białych plażach i podrapała się o jeżynowe ciernie w gęstych, śródziemnomorskich zaroślach, jakby to było świadectwem większej autentyczności i dawało prawo posiadania tych turkusowych wód i tych niesionych wiatrem zapachów” – ironizuje Magris. Gdy pisał te słowa, wojna na Bałkanach przypomniała o złowrogich sensach pojęcia „czystości etnicznej”. Tymczasem, jak dobitnie stwierdza w innym miejscu, „każda czystość etniczna prowadzi do pojawiania się rachityzmu i chorobliwego wola”; przykładem nazizm, który „dokonując zagłady milionów Żydów, okaleczył cywilizację niemiecką i zniszczył, być może na zawsze, cywilizację środkowoeuropejską”.
Wyspy w Zatoce Kwarnerskiej przypominają nie tylko o wielowiekowej tradycji nakładania się kolejnych warstw kulturowych, ale i o próbach radykalnego uporania się z tą tradycją, a także o zbrodniach dwudziestowiecznych totalitaryzmów. Na Arbe (Rab) podczas II wojny Włosi pod nadzorem oficerów niemieckich utworzyli obóz, w którym zginęło wielu Słowian i Żydów. Pobliski Goli Otok, Naga Wyspa, zyskała złowrogą sławę kilka lat później: w łagrowym piekle znaleźli się pospołu jugosłowiańscy staliniści (bo Tito zerwał ze Stalinem) i ustasze, a także „monfalconesi”, czyli włoscy robotnicy, którzy po wojnie dobrowolnie osiedlili się w Jugosławii, by wnieść swój wkład w budowę nowego ustroju. Niedawno zaś reżim Tudjmana próbował rozbić osobliwą, wielowarstwową tożsamość Cherso i Lussino, „osłabić adriatycki autonomizm demokratyczny, niechętny autorytarnemu i ciemiężącemu centralizmowi rządu chorwackiego”.
*
„Mikrokosmosy” to wielka pochwała kultury policentrycznej; przecież, pisze Magris, „każdy punkt może stanowić centrum świata”. To także pochwała płodnej różnicy, a zarazem przestroga przed „kultem różnic nie kochanych już jako konkretne przejawy tego, co uniwersalne i ludzkie, ale czczonych jako wartości absolutne i przeciwstawianych sobie nawzajem”, przed „Europą lokalnych partykularyzmów i szowinizmów” i obsesją granicy. Obsesja ta więzić może także i tych, którzy z partykularną i szowinistyczną tradycją walczą, jak pisarze w Tyrolu Południowym. Owszem, twierdzi Magris, „dopóki istnieje agresywna i wpływowa, posępna ideologia Heimatu, muszą być poeci, którzy proponują, żeby upiec tyrolskiego orła; bez wątpienia to oni są prawdziwymi dziedzicami owego orła”. Lepiej jednak, dodaje, by pisarze ci stali się „trochę – tylko trochę – mniej południowotyrolscy, czyli mniej antypołudniowotyrolscy”...
Ulubieni bohaterowie Magrisa zachowują wewnętrzną wolność i poczucie formy, trwają pośród sprzecznych prądów spoglądając na Historię z ukosa i z dystansu, jak ów niedźwiedź na obrazie spoczywającym na poddaszu w pewnym słoweńskim miasteczku. Niedźwiedź zabity został podczas polowania w lasach Nevoso/Snežnika, leży teraz przy ognisku, gdzie świętują sukces myśliwi. Jednym z nich jest przywódca Jugosławii Josip Broz Tito, drugim – czołowy słoweński komunista Edvard Kardelj. „Niestety – ubolewa Magris – jest też Kavčič, przywódca, który popadł w niełaskę zaraz po tym, jak obraz został ukończony, i dlatego dzieło to nie zostało należycie wyeksponowane, a wręcz musiało być usunięte”. Nic więc dziwnego, że półotwarte oko zwierzęcia zdaje się kpiąco obserwować swoich zabójców...
Wróćmy jeszcze na chwilę do triesteńskiej kawiarni, od której rozpoczęliśmy wędrówkę; u Magrisa staje się ona obrazem idealnego świata. „San Marco, peryferia historii, to prawdziwa Kawiarnia, wyróżniająca się konserwatywną wiernością i liberalnym pluralizmem swoich bywalców. Pseudokawiarniami są te, w których koczuje jedno plemię, nieważne, czy eleganckich dam, dobrze zapowiadających się młodzieńców, alternatywnych ugrupowań czy nowoczesnych intelektualistów. Wszelka endogamia jest toksyczna; także college, uniwersyteckie kampusy, ekskluzywne kluby, klasy pilotażowe, zebrania polityków i sympozja poświęcone kulturze stanowią negację życia, które przypomina raczej port morski. W San Marco triumfuje krwista i pełna życia różnorodność. Stare wilki morskie, studenci szykujący się do egzaminów i obmyślający miłosne strategie, szachiści obojętni na wszystko wokół, niemieccy turyści zaciekawienie tabliczkami, które upamiętniają wielkie i małe sławy literackie, siadujące niegdyś przy tych stolikach, milczący czytelnicy gazet, wesołe kompanie mające słabość do bawarskiego piwa albo verduzza, czerstwi starcy ubolewający nad upadkiem obyczajów, przemądrzali kontestatorzy, niezrozumiani geniusze, jakiś durny yuppie, korki strzelające na wiwat...”
*
„Podróż, podobnie jak opowieść – jak życie – oznacza pomijanie. Czysty przypadek prowadzi do jednego brzegu i każe ominąć drugi” – czytamy w rozdziale „Laguny”, gdzie natura, historia, poezja, pojedyncze ludzkie losy i prywatna pamięć narratora tworzą splot szczególnie kunsztowny. Wydobywając pewne wątki tej niezwykłej książki, pominąłem z konieczności inne. Nie wspomniałem, że zamyka ją „Sklepienie”, krótka wizyjna proza odmienna charakterem od pozostałych rozdziałów. Zacytowałem wcześniej pierwsze motto; czas przytoczyć i drugie, wraz ze „Sklepieniem” daje ono bowiem nowy klucz do odczytania całości. To sławny fragment z Borgesa, tutaj w przekładzie Zofi Chądzyńskiej: „Człowiek postanawia odmalować świat. Przez lata będzie zaludniał przestrzeń obrazami prowincji, królestw, gór, zatok, okrętów, wysp, ryb, pokoi, instrumentów, gwiazd, koni i ludzi. Na chwilę przed śmiercią odkryje, że ów cierpliwy labirynt linii jest podobizną jego własnej twarzy”.
(Czytelnik, s. 246. Przełożyły Joanna Ugniewska i Anna Osmólska-Mętrak.)
|