Kościół
wobec molestowania seksualnego
„TP” nr 14/2002, 7
kwietnia
Arcybiskup Juliusz Paetz
mówił o oskarżycielach „bez nazwiska, bez imienia i bez
twarzy”
Oto rozmowa z jednym z nich
Świadectwo
KS.
TOMASZ WĘCŁAWSKI
ADAM KAMIŃSKI: – Ojciec
Święty przyjął rezygnację Metropolity Poznańskiego z urzędu.
Co oznacza ta papieska decyzja? Czy rozstrzyga o prawdziwości
stawianych Arcybiskupowi zarzutów?
KS. TOMASZ WĘCŁAWSKI: – W oficjalnym komunikacie Stolicy
Apostolskiej nie powiedziano nic więcej, jak tylko to, że
Ojciec Święty przyjął rezygnację Metropolity Poznańskiego.
Rozumiem, że decyzję tę podjęto „z wielką rozwagą i
odpowiedzialnością, w trosce o prawa wszystkich” –
jak to 23 lutego br. zapowiedział rzecznik Stolicy
Apostolskiej.
– Ksiądz Arcybiskup Juliusz Paetz napisał list do
wiernych Archidiecezji, w którym stwierdza: „Zaprzeczam
wszystkim faktom podawanym w mediach i jednocześnie zapewniam
Was, że jest to nadinterpretacja moich słów i zachowań”.
Podobny sens miała jego wypowiedź w Wielki Czwartek w Katedrze
Poznańskiej. Czy Ksiądz Profesor, działając w tej sprawie,
zawsze był pewien jego winy? Może rzeczywiście Metropolita
dopuścił się jedynie niewinnych gestów, źle
interpretowanych przez otoczenie oraz przez media, jak zawsze
żądne sensacji?
– Nie jest mi łatwo o tym mówić. W całej tej sprawie
nie zamierzałem wypowiadać się publicznie. Przyjąłem i
konsekwentnie stosowałem zasadę, że do czasu jej rozwiązania
nie udzielam żadnych wypowiedzi mediom. Jest to zatem moja
pierwsza publiczna wypowiedź na ten temat – podkreślam:
pierwsza. Czuję się w sumieniu zobowiązany otwarcie i
publicznie powiedzieć, co się stało. Powiem wyłącznie o
rzeczach, o których wiem, a nie o takich, których się jedynie
domyślam.
I muszę z całą odpowiedzialnością dodać jeszcze jedno: nie
mówię jedynie we własnym imieniu. Występuję jako rzecznik
osób, które sprawa dotknęła bardziej bezpośrednio i o wiele
boleśniej niż mnie samego, które jednak same nie chcą
wypowiadać się w mediach. Wiem, że jestem do takiej
wypowiedzi uprawniony.
NA DRODZE EWANGELII
Dla mnie sprawa zaczęła się jesienią 1999 roku. Poinformował
mnie o niej rektor Seminarium poznańskiego ks. Tadeusz Karkosz.
On z kolei pewnego dnia dowiedział się o sytuacji, jaka w żadnym
wypadku nie powinna mieć miejsca w relacjach biskupa z
klerykiem. Okazało się bardzo prędko, że nie była to jedyna
taka sytuacja. Problem w Seminarium był już w tym momencie
bardzo głęboki. Ja jestem poprzednikiem obecnego rektora
Seminarium, rozmawialiśmy więc o tym, co robić. Wszystko, co
następnie w tej sprawie wespół z nim zrobiłem, służyło
temu, aby położyć kres tego typu nagannym sytuacjom. Działo
się to na drodze wskazanej przez Ewangelię: od rozmowy w
cztery oczy, przez szukanie pomocy u osób odpowiedzialnych, aż
po powiedzenie o całej sprawie Kościołowi. Wiele osób stale
modliło się też i pościło w tej sprawie – i zapewne będą
to czynić nadal.
Bardzo dbaliśmy o to, aby rzecz nie przedostała się do prasy.
Ubolewam, iż do tego doszło. Skądinąd jednak, znając
mechanizmy działające w świecie – nie dziwię się, że
prasa w końcu się tym zajęła. To oczywiste: dzieje się coś
niepokojącego, więc media zaczynają się tym interesować i
zbierać materiały. To nie była przecież sprawa, o której
wiedziała jedna czy dwie osoby. Seminarium jest dużą wspólnotą,
w której coś tak istotnego trudno ukrywać.
– O co konkretnie chodziło?
– Kleryk, o którym wspomniałem, został zaproszony
indywidualnie przez Księdza Arcybiskupa do jego rezydencji i
tam pojawiły się pewne gesty, które zostały przezeń
odebrane jako sygnały homoseksualne i wywołały odruch
obrzydzenia. Młody człowiek wrócił roztrzęsiony i z płaczem
powiadomił o tym ojca duchownego w Seminarium. Ojciec duchowny
doradził mu poinformować rektora. Jak wspomniałem, okazało
się, że nie było to jedyne tego rodzaju zdarzenie. Ksiądz
Arcybiskup pod różnymi pretekstami zapraszał kleryków za pośrednictwem
rektora Seminarium, który niczego nie podejrzewał. Do rektora
dotarło wtedy, że jest przez kleryków podejrzewany o współdziałanie
w czymś, co nie powinno mieć miejsca.
Ksiądz rektor Karkosz zwrócił się wtedy o radę do biskupów
pomocniczych. Wysłuchali go, ale w niczym nie pomogli. W tej
sytuacji rektor na początku grudnia 1999 zdecydował się na
osobistą rozmowę z Księdzem Arcybiskupem. Ujawnił przed nim
swoją wiedzę i stanowczo poprosił o natychmiastowe
zaprzestanie tego typu działań. Arcybiskup długo milczał, po
czym zapytał: „I co? Mam wyciągnąć z tego
wnioski?” Padła odpowiedź: „Tak!”
WYDARZYŁY SIĘ RZECZY NIEDOPUSZCZALNE
– Czy postępowanie Arcypasterza zmieniło się?
– Nie. Podobne fakty znów się powtarzały, a wiedza
o nich rozszerzała się. Do Księdza Arcybiskupa udał się
prof. Maciej Giertych, słynący ze swej odwagi cywilnej, a
zarazem cieszący się wielkim zaufaniem wielu ludzi Kościoła.
W lutym 2000 r. doszło do ich rozmowy i profesor powiedział
Arcybiskupowi wprost, że występuje w imieniu katolików świeckich,
którzy sobie nie życzą, aby dochodziły do nich takie
informacje o ich pasterzu i jego relacjach z seminarzystami.
Ponieważ sprawa dotyczyła studentów Uniwersytetu, o tym, co
się stało i o moich działaniach w tej sprawie, informowałem
także jego rektora, prof. Stefana Jurgę.
– Jak dużą grupę kleryków objęły te zaproszenia
ze strony Metropolity?
– Choć chodziło o kilkanaście osób, to wiedzieli o
tym niemal wszyscy klerycy, co fatalnie wpływało na atmosferę
w Seminarium, a także roznosiło się po diecezji.
– Jak często Ksiądz Arcybiskup zapraszał kleryków?
– Nie mam tu jednoznacznej odpowiedzi. Ksiądz
Arcybiskup zobowiązywał kleryków do zachowania tych odwiedzin
w tajemnicy. Podczas wizyt proponował różne prezenty. Tym, których
zapraszał, podawał prywatny numer telefonu komórkowego.
Telefon ten służył do umawiania się z Arcybiskupem, z pominięciem
wszystkich pośredników. Metropolita proponował też klerykom
natychmiastowe przejście na „ty”.
Mimo takiej tajemniczości wiem, że wydarzyły się rzeczy
niedopuszczalne. Relacje niektórych osób dotkniętych działaniami
Księdza Arcybiskupa zawierają szczegóły, o których nie chcę
mówić publicznie dla dobra wszystkich pokrzywdzonych, łącznie
z Księdzem Arcybiskupem. Dlatego nie należy się dziwić, że
najbardziej boleśnie dotknięci klerycy i księża nie
wypowiadają się na ten temat osobiście i publicznie. Wobec
tego, co przeżyli, mają tym większe prawo do zachowania w
dyskrecji swoich imion i przeżyć. Ale informacje te pod przysięgą
przedstawili w świadectwach złożonych Nuncjuszowi
Apostolskiemu i delegatom Ojca Świętego. To nie są rzeczy, które
można określić jedynie jako „nadinterpretacje”.
– W mediach pojawiły się informacje, że watykańskie
śledztwo w sprawie Arcybiskupa Poznańskiego nie znalazło
dowodów jego winy. Ponoć w Watykanie uważa się, że
Arcybiskupowi można zarzucić tylko pewne „niewłaściwe”
zachowania.
– Klerycy i kapłani dotknięci działaniami Księdza
Arcybiskupa złożyli zaprzysiężone zeznania na ręce
osobistych delegatów Ojca Świętego. Ojciec Święty nie
komunikuje światu wyników tego rodzaju badań za pośrednictwem
przecieków z „dobrze poinformowanych źródeł watykańskich”,
a już na pewno nie za pośrednictwem takich gazet jak „La
Repubblica”, na którą w związku z tym się powoływano.
Uważam za nieodpowiedzialne zarówno publikowanie tego rodzaju
przecieków, jak też nakierowanie sensacyjnego zainteresowania
mediów na liturgię Wielkiego Czwartku w poznańskiej Katedrze.
Nie bardzo rozumiem, na czym opiera się rozróżnienie
„winy” i „niewłaściwego zachowania”.
Jeśli ktoś, kto ponosi wielką odpowiedzialność publiczną,
zachowuje się tak, że jego działania odbierane są jako
niestosowne albo wprost gorszące, zaciąga tym samym publiczną
winę.
SPRAWA SUMIENIA / DO RĄK WŁASNYCH
– Jakie były kolejne działania mające na celu ochronę
studentów Seminarium?
– Wraz z ks. Karkoszem wybraliśmy się do jednego z
biskupów pomocniczych. Zaproponowaliśmy, aby biskupi
pomocniczy poszli do Księdza Arcybiskupa na rozmowę –
ewentualnie wraz z grupą księży zorientowanych w problemie.
Wyraziliśmy też gotowość uczestniczenia w takiej grupie.
Biskup stwierdził, że musi to skonsultować z pozostałymi
biskupami, po czym odpowiedział, że nie ma takiej potrzeby.
Po tej bezskutecznej próbie, pod koniec sierpnia 2000 r. w
grupie księży i osób świeckich zdecydowaliśmy napisać list
do Stolicy Apostolskiej. Zwracaliśmy w nim uwagę na sytuację,
jaka powstała w Archidiecezji, i na zagrożenie skandalem
medialnym. Osobiście pojechałem z tym listem do Rzymu. Wiadomość
została przyjęta bardzo poważnie. List był zaopatrzony w
podpisy osób odpowiedzialnych, włącznie z podpisem rektora
Seminarium.
Tak się złożyło, że podczas tej podróży spotkałem kard.
Josepha Ratzingera, prefekta Kongregacji Nauki Wiary. Kiedy
postawił mi pytanie, po co o tej porze wybrałem się do Rzymu,
szczerze powiedziałem mu o celu mojej wizyty. Informację przyjął
z wielką powagą. Kardynał zaprosił mnie wtedy na rozmowę do
swojego biura, jednakże wówczas rozmowa ta okazała się niemożliwa.
W gronie autorów listu spodziewaliśmy się rozwiązania sprawy
zimą 2000/2001. Gdy to nie nastąpiło, a pojawiło się
kolejne świadectwo kleryka o nagannym postępowaniu Księdza
Arcybiskupa, w marcu 2001 poprosiłem kard. Ratzingera o rozmowę.
Gdy zapytałem, co robić, Kardynał odpowiedział: proszę
napisać do kard. Angelo Sodano, sekretarza stanu Stolicy
Apostolskiej. Wówczas wraz z rektorem Seminarium napisaliśmy
taki list. Po trzech tygodniach zwrócił się do nas Ksiądz
Arcybiskup Józef Kowalczyk, Nuncjusz Apostolski, zapraszając
na rozmowę. Poprosił podczas niej o przekazanie w formie
pisemnej zeznań osób poszkodowanych. Na początku maja 2001
zawiozłem do nuncjatury kilka świadectw i osobiście wręczyłem
je Księdzu Arcybiskupowi Kowalczykowi. Byłem przekonany, że
sprawa zostanie dokładnie zbadana i że zapewne dojdzie do
konfrontacji pomiędzy Arcybiskupem a osobami, które złożyły
zeznania. Tak się nie stało.
W sierpniu 2001 r. pojawiła się pierwsza publikacja na ten
temat w „Faktach i Mitach”. Choć to antykościelne
pismo nie jest wiarygodne, był to ostateczny sygnał, że
– mówiąc obrazowo – „zupa jest
rozlana” i coś trzeba zrobić. Wielu oczekiwało, że
sprawa tej publikacji zostanie wyjaśniona na drodze sądowej.
Archidiecezja Łódzka, która wygrała proces z „Faktami
i Mitami”, pokazała, że to jest możliwe.
We wrześniu 2001 ks. rektor Karkosz odbył na własną prośbę
ponowną rozmowę z Księdzem Arcybiskupem prosząc go o
ograniczenie kontaktów z klerykami. Ksiądz Arcybiskup przystał
na te warunki Rektora.
W tym samym czasie postanowiliśmy zwrócić się do delegacji
polskich biskupów udających się do Rzymu na zgromadzenie
Synodu Biskupów. Tematem synodu była właśnie posługa
biskupa. List ten nie był interwencją w sprawie Księdza
Arcybiskupa Paetza, ale był zwróceniem uwagi na ten rodzaj
problemu w Kościele. W jednym zdaniu informowaliśmy o tym, co
nas skłoniło do prośby o zastanowienie się nad sprawą
obrony Kościoła lokalnego przed szkodami wyrządzanymi mu
przez jego biskupa. List ten w podwójnej kopercie z dopiskiem
„sprawa sumienia / do rąk własnych” otrzymało
czterech delegatów Konferencji Episkopatu – Księża
Arcybiskupi: Tadeusz Gocłowski, Józef Michalik i Henryk Muszyński
oraz Ksiądz Biskup Antoni Pacyfik Dydycz. Kopia listu została
wysłana do Nuncjusza Apostolskiego w Warszawie.
– W jaki sposób ten list został wykorzystany?
– Trudno mi powiedzieć. Od Księdza Arcybiskupa
Michalika dostałem kartkę z zapewnieniem, że powierza tę
sprawę Panu Bogu w modlitwie. Natomiast Nuncjusz Apostolski
kopię tego listu przesłał do Księdza Arcybiskupa Paetza.
Arcybiskup wezwał sygnatariuszy listu, by potwierdzili
autentyczność swoich podpisów pod tym listem. Niedługo potem
poznańscy biskupi pomocniczy napisali do tych samych adresatów
list dyskredytujący nasze działania.
CZY MUSIMY TO PODPISYWAĆ?
– Gazety pisały o „ważnej osobie z
Krakowa”, która zawiadomiła Ojca Świętego. Dla znawców
procedur kościelnych wydaje się to dość nieprawdopodobne.
Ojciec Święty jest przecież regularnie informowany o
wszystkich ważnych problemach przez swoich współpracowników.
– „Ważna osoba z Krakowa” informowała Ojca
Świętego dwukrotnie – w październiku i listopadzie
2001.
Tak się złożyło, że w październiku był we Włoszech również
Ksiądz Arcybiskup Paetz. W dwa dni po jego powrocie z Rzymu
zostało nagle zwołane nadzwyczajne zebranie księży dziekanów,
na którym zwrócił się on do nich o braterską pomoc:
„wobec ataku na jego osobę i Kościół” –
dając do zrozumienia, że chodzi o teksty z „Faktów i
Mitów” sprzed dwóch miesięcy. Zostawił zebranych z
biskupami pomocniczymi, a ci z kolei przedstawili dziekanom
przygotowany wcześniej tekst oświadczenia. Mówiło ono, że
od pewnego czasu pewna grupa osób w diecezji rozpuszcza pomówienia
na temat Księdza Arcybiskupa. Jego zasługi są powszechnie
znane. Biskupi pomocniczy i dziekani wyrażają swą pełną
solidarność z pomówionym. Wzywają do modlitwy za osoby, które
ze złej woli lub wprowadzone w błąd rozpowszechniają takie
wiadomości.
Jeden z dziekanów zapytał: „Czy my musimy to podpisywać?”
i usłyszał odpowiedź: „Tak!” – wraz z
zapewnieniem, że chodzi o obronę przed atakiem prasowym, a nie
o rozstrzygnięcie zarzutów wobec Księdza Arcybiskupa. Wszyscy
obecni podpisali, a nieobecnych następnego dnia odwiedzali
biskupi pomocniczy, zbierając i od nich podpisy. Podpisujących
poinformowano, że oświadczenie to będzie czytane w najbliższą
niedzielę we wszystkich kościołach. Jednak w sobotę decyzja
o odczytaniu została odwołana. Tekst oświadczenia został
natomiast tego samego dnia dostarczony do Rzymu. Jestem
przekonany, że właściwym celem, dla którego oświadczenie
powstało, było przeciwdziałanie informacjom przekazanym przez
„ważną osobę z Krakowa”.
W następnych dniach czterech dziekanów złożyło rezygnację
z urzędu, uzasadniając to sprawą oświadczenia. Ich
rezygnacje zostały przyjęte. Kilku innych dziekanów napisało
prośbę o wyjaśnienia w tej sprawie. O ile wiem, dotąd żadnych
wyjaśnień nie otrzymali.
W tych samych dniach rezygnację z wszystkich urzędów kościelnych
złożył i gruntownie uzasadnił ks. prof. Romuald Niparko,
wikariusz biskupi ds. katechizacji. Był to dla wielu bardzo
czytelny, w pewnym sensie przełomowy, znak odwagi sumienia.
W połowie listopada ub. r. jeden z biskupów pomocniczych wezwał
ks. Jacka Stępczaka, redaktora naczelnego „Przewodnika
Katolickiego”, poprzednio prefekta Seminarium. Był on
jednym z tych księży, którzy podpisali wszystkie poprzednie
listy informujące o postępowaniu Arcybiskupa. Ksiądz Stępczak
został poproszony o publikację oświadczenia dziekanów w
„Przewodniku Katolickim”. Odmówił, wyjaśniając,
że jest to niezgodne z jego sumieniem. Tego samego wieczora
został zwolniony ze stanowiska. Trzeba jednak wyjaśnić, że
rok wcześniej ks. Stępczak złożył prośbę o zgodę na poświęcenie
się pracy w neokatechumenacie. Ksiądz Arcybiskup wręczył mu
zatem tego samego wieczora decyzję pozwalającą pracować w
neokatechumanacie, ale poza terenem Archidiecezji Poznańskiej.
Z woli wspólnoty neokatechumenalnej ks. Stępczak obecnie
znajduje się w Zambii.
Tego samego wieczora, 15 listopada 2001, inny biskup pomocniczy
przybył do Seminarium, gdzie w czasie Mszy św. wygłosił
kazanie o stosunku kleryka do swego biskupa, jako uobecniającego
Chrystusa. Przeczytał też w trakcie tego kazania oświadczenie
biskupów pomocniczych i dziekanów. W Seminarium wywołało to
potężne napięcie. Zachowanie księdza biskupa pozostawało w
jawnej sprzeczności z tym, co wielu kleryków przeżyło na własnej
skórze.
Wtedy „ważna osoba z Krakowa” znów przekazała w
Rzymie listy z opisem tych wszystkich faktów. Pisaliśmy, że
nie rozumiemy działania naszych biskupów. Krótko potem Ojciec
Święty podjął decyzję o wysłaniu do Poznania swych
osobistych delegatów. Przyjechali w końcu listopada. Głównym
delegatem był ks. infułat Antoni Stankiewicz, sędzia Roty
Rzymskiej, a towarzyszył mu ks. prałat Ryszard Selejdak z
Kongregacji Wychowania Katolickiego. Zjedli najpierw kolację u
arcybiskupa, ale odmówili skorzystania z mieszkania u niego,
udając się do Seminarium. Tam podczas Mszy św. przedstawili
się jako osobiści delegaci Ojca Świętego. Ogłosili, że
ktokolwiek chciałby przekazać Ojcu Świętemu informację lub
świadectwo, jest proszony na rozmowę, która będzie otoczona
pełną dyskrecją. Od piątku 30 listopada do poniedziałku 3
grudnia 2001 delegaci prowadzili intensywne rozmowy, a każdej z
nich towarzyszył dokładny i zaprzysiężony protokół.
Rozmawiali nie tylko z klerykami, ale także z wieloma kapłanami
i osobami świeckimi. Przed wyjazdem chcieli spotkać się z Księdzem
Arcybiskupem, ale on odmówił. Od tego momentu można było
oczekiwać decyzji papieskiej. Była ona oczekiwana z wielką
niecierpliwością – i trudno się temu dziwić.
TO NIE MEDIA, TO ARCYBISKUP
– Jak Ksiądz ocenia publikacje prasy na ten temat?
– Wypowiedzi poważnych gazet i tygodników w większości
zachowały umiar. Nie wydają też wyroku, ale przeciwnie,
oczekują go od kompetentnych instancji. Jasne, że każdy
publicznie obwiniony ma prawo do obrony i do przedstawienia
prawdy tak, jak ją sam widzi. Jednakże osoba publiczna nie może
się dziwić, że o jej działaniach mówi się publicznie. Musi
też wiedzieć, że oceniane są właśnie publiczne skutki jej
działań, a nie jej osobiste zamiary. Nawet największe zasługi
nie chronią przed ujawnieniem skutków złych zachowań.
– Jak zdaniem Księdza Profesora powinno zachować się
bezpośrednie otoczenie Arcybiskupa?
– To dotyczy najpierw jego samego, a potem jego
otoczenia. W mojej osobistej rozmowie z Księdzem Arcybiskupem
Paetzem w dniu 22 listopada 2001 powiedziałem między innymi:
„Księża Biskupi, którzy powodują niepokój sumień
albo wręcz łamią sumienia, utracili mandat moralny do
przewodzenia Kościołowi poznańskiemu”. Ksiądz
Arcybiskup zapytał: „Biskupi pomocniczy?”
Odpowiedziałem: „Ksiądz Arcybiskup i biskupi
pomocniczy”. Usłyszałem, że taki osąd nie należy do
mnie. Zgodziłem się z tym, ale powiedziałem, że przedstawiam
opinię własną i wielu innych, bo trzeba ją znać. Oczywiście
powód, dla którego taka opinia odnosi się także do biskupów
pomocniczych jest zasadniczo inny niż w odniesieniu do Księdza
Arcybiskupa.
W tej samej rozmowie powiedziałem też: „Wiem, z kim na
ziemi się zmierzyłem” – akcentując słowa
„na ziemi”. Usłyszałem: „Ja też
wiem”. Na tym Ksiądz Arcybiskup rozmowę zakończył.
Jeśli chodzi o biskupów pomocniczych, to rozumiem, że
mechanizmy podległości w Kościele są takie, że trudno się
im przeciwstawić. Rozumiem też, że w Polsce utrwalił się
stereotyp mówiący, że biskup pomocniczy ma tylko pomagać
biskupowi diecezjalnemu i nic więcej. Są jednak sytuacje, w których
od każdego chrześcijanina wymaga się więcej. Jeśli temu
wymaganiu nie odpowiemy, bierzemy na siebie odpowiedzialność
za wszystkie skutki.
– Czym jest motywowana taka postawa? Może wynika z
przekonania, że dobrego imienia Kościoła należy bronić za
wszelką cenę? Nikt nie ogłasza publicznie, że np. jego
ojciec zachowuje się niegodnie, chociażby była to prawda.
Gdzie jest więc dobro Kościoła i jak je w podobnych
sytuacjach należy definiować?
– Jest to problem, który ta sprawa powinna postawić. Czy
rzeczywiście dobro Kościoła wymaga, aby takie rzeczy nigdy
nie wychodziły na światło dzienne? Dobro Kościoła wymaga,
żeby do takich rzeczy nie dochodziło. Natomiast jeśli są, to
jak najszybciej należy je rozwiązać. Oczywiście, lepiej bez
dyskusji publicznej. W tym wypadku jednak sprawę upubliczniły
nie tyle media, ile wcześniej zrobił to sam Arcybiskup swoim
zachowaniem. Media nadały tej sprawie jednak nierównie szerszy
zasięg i siłę. Trzeba sobie w związku z tym zdać sprawę, w
jakim świecie żyjemy: jak szybko i jak skutecznie ludzie się
dzisiaj komunikują i jak anachroniczna jest w takim świecie myśl,
że wystarczy o czymś nie mówić oficjalnie, żeby rzecz
przestała istnieć.
OJCIEC ŚWIĘTY POKAZUJE DROGĘ
– Druga sprawa to problem zgorszenia. Jak o tym mówić
w Kościele i jak reagować?
– Nie do przecenienia jest to, czego dokonał w tej
dziedzinie Jan Paweł II, inicjując rachunek sumienia Kościoła
w okresie Wielkiego Jubileuszu. Przypomnę, że dyskusje na ten
temat nie były łatwe, nawet w gronie kardynałów. Niektórzy
obawiali się, że może to wyjść na szkodę Kościoła.
Dyskusje te ukazały istotny problem. Oto zdajemy sobie sprawę,
że i w dziejach, i we współczesności Kościoła są rzeczy,
które obciążają nasze sumienia i stanowią wyzwanie dla
naszej odpowiedzialności. Papieskie wyznanie win przed Bogiem w
imieniu Kościoła było bardzo ważną lekcją. Trzeba ją
zrozumieć. To nie może być tylko wyjątkowe dzieło wyjątkowego
człowieka czy niewielu osób, które pójdą za nim.
To musi być wypływająca z wiary zasada wzajemnej
odpowiedzialności w Kościele i pierwszeństwa wciąż na nowo
kształtowanego sumienia. W przeciwnym wypadku, tak jak to
obserwujemy dziś w Poznaniu, wielu ludzi doznaje wstrząsu
moralnego dlatego właśnie, że inni, skądinąd powołani do
większej odpowiedzialności, swoje sumienie zastąpili lojalnością
wobec władzy, układu, fałszywie rozumianego dobra instytucji
Kościoła czy też zagłuszyli sumienie przez brak odwagi i męstwa.
Dla bardzo wielu jest to sytuacja zachwiania ich zaufania do Kościoła
i do ludzi powołanych w nim do służby dla drugich.
W takim właśnie duchu trzeba przyjąć także tegoroczny
papieski „List do kapłanów na Wielki Czwartek”
– wielkie wezwanie do zrozumienia daru, jakim dla nas
wszystkich jest Sakrament Pojednania, także i zwłaszcza wobec
szczególnie gorszących upadków osób powołanych do służby
dla Kościoła.
– Kto tu jest winien? Czy ludzka słabość może
doprowadzić do aż tak silnych napięć w ramach Kościoła?
Czy Kościół jest bezsilny wobec podobnych przypadków?
– Problem leży nie tyle w tym, że zdarzyły się rzeczy,
które zdarzyć się nie powinny. Historia Kościoła wiele mówi
na temat ludzkich błędów, win i grzechów, a także związanego
z tym bólu i zgorszenia. Wydaje mi się, że większym nieszczęściem
jest nieumiejętność znalezienia się wobec takiej sytuacji.
Takiej umiejętności należy oczekiwać zwłaszcza od osób, które
ponoszą w Kościele bardzo dużą odpowiedzialność. To, co
nam mówi i pokazuje Ojciec Święty, jest tu wielką pomocą,
jest upomnieniem w najlepszym sensie tego słowa –
przypomnieniem, że wszyscy potrzebujemy ratunku i otrzymujemy
go w Chrystusie Zbawicielu.
KONIECZNE „NON
POSSUMUS”
– Arcybiskup Tadeusz Gocłowski powiedział w jednym z
wywiadów, że sprawa ta, niezależnie od bólu, jaki sprawia,
może być szansą dla Kościoła. W jakiej mierze i pod jakimi
warunkami?
– Należy się zastanowić, jakie pytania sprawa ta stawia
przed Kościołem w Polsce. Jest to m.in. pytanie o sposób
rozumienia roli różnych instytucji w Kościele, a także Kościoła
widzianego jako wielka instytucja w społeczeństwie i państwie.
Zdaję sobie sprawę, że nie ma tu łatwych recept i rozwiązań.
Jestem jednak pewien, że właśnie na naszych oczach skończył
się czas, kiedy można było udawać, że nie ma takiego
problemu. Ten problem sięga bardzo głęboko. Sięga podstaw
naszego myślenia o życiu wspólnym i wspólnym dobru. Można
wprawdzie powiedzieć, że ludzie i instytucje Kościoła nie są
ani lepsi, ani gorsi niż całość społeczeństwa. Zgoda. Ale
my przecież nie zostaliśmy zwołani jako Kościół Jezusa
Chrystusa, żeby być prostą reprezentacją tego społeczeństwa,
ale po to, żeby być zaczynem jego przemiany, odnowy i
zbawienia. Ta cywilizacja upadnie, jeśli jako Kościół nie
spełnimy tej roli. Jesteśmy też odpowiedzialni za zbawienie
każdego człowieka, czy jest on najmniejszy, czy największy.
Tej prawdzie zapewne żaden przedstawiciel kościelnych
instytucji nie zaprzeczy. Tylko dlaczego tak łatwo jest o niej
zapominać w codziennym działaniu?
Właśnie z takiej perspektywy trzeba postawić mocne pytania o
to, co naprawdę decyduje o życiu i działaniu Kościoła jako
instytucji. Jest taki nieco złośliwy, ale trafny kalambur mówiący
o egoistycznie-ostrożnym stylu działania kościelnych urzędników.
Pierwsze: nie myśl! Drugie: jeśli myślisz, nie mów! Trzecie:
jeśli mówisz, nie pisz! Czwarte: jeśli piszesz, nie podpisuj!
Piąte: jeśli podpisujesz, nie dziw się...
– Ten sposób działania dobrze charakteryzuje całą
klasę urzędników, nie tylko w Kościele.
– Zgoda. Ale czy Kościół może tolerować takie
mechanizmy? Instytucje Kościoła nie powinny działać jak
instytucje świeckie, kopiując także ich wewnętrzne
patologie. Co więcej, należy się wystrzegać nawet pozorów
takiego podobieństwa. Każdy z nas został powołany do Kościoła
po imieniu i w swoim własnym imieniu stanie przed Bogiem. Więcej:
kiedy działamy w Kościele i w imię Kościoła, już teraz w
tym działaniu stoimy przed Bogiem i przez Niego samego jesteśmy
osądzani. Czy wolno bardziej się bać i bardziej słuchać
ludzi niż Boga?
Przez cały rok 2001, w którym toczyła się ta trudna sprawa,
przyglądaliśmy się postawie Prymasa Tysiąclecia – także
jego niezłomnemu „non possumus”, kiedy okazało się
ono konieczne. Takiej postawy musimy oczekiwać od siebie
nawzajem.
TEN, KTÓRY SŁUŻY
– A kwestia formacji przyszłych kapłanów? Czy na
etapie kształcenia przyszłych kapłanów w seminarium nie należy
wyraźnie im takiej właśnie postawy uzmysławiać i zaszczepiać?
Może szwankuje coś w tym właśnie punkcie?
– Formacja seminaryjna jest punktem wyjścia zarówno
wielkiego dobra, które dokonuje się w Kościele, jak też
niestety czasem prawdziwych nieszczęść. Nieszczęście
zaczyna się wtedy, kiedy młody człowiek, który przychodzi do
Seminarium, uwierzy, że tylko z tego powodu, że się tam
znalazł, jest kimś lepszym od innych. Jeśli takie przekonanie
się w nim utrwali, a nie rozwinie się inne – że każde
dobro, które w nas jest, jest darem Pana Boga dla innych
– może dojść do wielkiego zafałszowania życia i działania
kapłańskiego. Komuś takiemu może się zacząć wydawać, że
jako kapłan nie może sobie pozwolić na okazanie żadnej słabości,
a jeżeli takowe posiada, to musi je głęboko ukryć –
nawet przed sobą samym. Taka sytuacja nieprawdy bardzo utrudnia
dobre pełnienie misji kapłańskiej. Kapłan ma wiedzieć, że
to, iż staje pośrodku zgromadzenia Ludu Bożego i sprawuje
Eucharystię, nie jest jego osobistą zasługą i że jak
wszyscy w Kościele jest człowiekiem, którego z grzechu ratuje
Pan Bóg przez swojego Syna, naszego Zbawiciela.
W tym kontekście trzeba się zastanowić nad utrwalonym w
naszym myśleniu obrazem kapłaństwa. Nie waham się powiedzieć,
że powinniśmy w związku z tym lepiej rozumieć także
przynajmniej niektóre wołania Reformacji.
– W Kościołach poreformacyjnych duchowny pozostaje wyłącznie
na służbie wspólnoty i nic więcej... Tymczasem rozumienie
kapłaństwa w Kościele katolickim jest pełniejsze.
– Sam Chrystus jest wśród nas jako ten, który służy (Łk
22,27) – zauważmy, że zostało to powiedziane podczas
Ostatniej Wieczerzy i w związku z powołaniem apostołów w Kościele.
Nie ma innej świętości kapłaństwa niż świętość
Chrystusa, który przyszedł dać swoje życie... Przy
zachowaniu szacunku dla powołania kapłańskiego, należy też
podkreślać taki sam szacunek dla powołania każdego chrześcijanina.
Powołanie każdego chrześcijanina jest sakramentalne w samej
swojej istocie, wynika bowiem z sakramentu chrztu – włączenia
w życie Jezusa Zbawiciela i zostaje umocnione w sakramencie
eucharystii i bierzmowania, a potem ewentualnie również kapłaństwa
lub małżeństwa.
– Przejdźmy do posługi biskupiej. Ośmielę się zadać
pytanie, czy w tym zakresie – zdaniem Księdza Profesora
– też coś powinno się zmienić?
– To, co właśnie powiedziałem, pokazuje zarazem istotę
posługi biskupiej. Biskup jest głosicielem Ewangelii i tym, który
gromadzi Kościół na sprawowanie sakramentów. Jest też tym,
który powołuje i posyła kapłanów i diakonów tam, gdzie
potrzeba jednego i drugiego. Jeśli takie właśnie jego działania
są jasno i oczywiście na pierwszym planie, nikt go nie pomyli
z innymi lokalnymi VIP-ami ani nie uzna za „szefa
diecezji” (którą ludzie nie rozumiejący Kościoła
traktują jako swoiste połączenie siły społecznej i dużego
przedsiębiorstwa). To się niestety zdarza, że patrzącym z
boku zadania administracyjno-reprezentacyjne biskupów przesłaniają
istotę ich powołania. Do tego dochodzi jeszcze niemądry
bizantynizm wielu kościelnych zwyczajów. Ale tak wcale być
nie musi. Na mnie wielkie wrażenie wywarła kiedyś prostota
relacji biskupów i wiernych w Czechach.
– To prawda, ale tamtejszy Kościół wyrasta z zupełnie
innego kontekstu historycznego. Przeżył w dwudziestym stuleciu
wyjątkowo trudną próbę.
– Tak, ale właśnie dzięki temu tzw. wiatr historii
zdmuchnął z niego wszystkie niepotrzebne falbanki, w które my
z niemądrym uporem wciąż się stroimy. Pan Bóg powołuje
biskupa, żeby był biskupem, i nas wszystkich, żebyśmy byli
Kościołem – drogą zbawienia dla wszystkich. Stąd
wynika, co jest naprawdę ważne w życiu Kościoła. Jego
obrazu nie powinny przesłaniać głupstwa, układy, próżne
honory, lęki i „tajemnice”.
– Co teraz? Co dalej?
– Powtórzę: Moja wypowiedź jest świadectwem, do którego
czuję się w sumieniu zobowiązany. Chciałbym zakończyć słowem
wiary. Wierzę, że także wtedy, kiedy ludzie wezwani do bycia
Kościołem sprzeciwiają się temu wezwaniu, nie rozumieją go,
nie idą za nim i zawodzą, Kościół we wszystkich
spowodowanych ich winą podziałach, napięciach i wstrząsach
pozostaje jeden i święty. Kościół jest jeden i jest święty
– bo jest dla każdego człowieka rzeczywistą możliwością
pojednania z Bogiem i z ludźmi. Ta możliwość pojednania ma
swoje źródło w obecności w Kościele Zbawiciela, który
pragnie, woła po imieniu, oczekuje, przyjmuje i kocha każdego
człowieka. To On powołuje biskupa, żeby był biskupem, i nas
wszystkich, żebyśmy byli Kościołem.
Z ks. Tomaszem Węcławskim rozmawiał
Adam Kamiński
Ks. Tomasz Węcławski ur.
w r. 1952 w rodzinie inteligenckiej, jest kapłanem
archidiecezji poznańskiej, dziekanem Wydziału Teologicznego
Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza i członkiem Międzynarodowej
Komisji Teologicznej przy Kongregacji Nauki Wiary w Watykanie.
Profesor UAM, doktor habilitowany teologii fundamentalnej.
Studiował początkowo na Politechnice Poznańskiej, a później
na Papieskim Wydziale Teologicznym w Poznaniu i na Papieskim
Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, gdzie obronił doktorat
(habilitował się na krakowskiej PAT). Był wikariuszem w
Pniewach, następnie – w latach 1983-87 –
sekretarzem arcybiskupa poznańskiego Jerzego Stroby, a później
wicerektorem i rektorem Arcybiskupiego Seminarium Duchownego
(1987-96). Za jego m.in. sprawą na Uniwersyt Adama Mickiewicza
powrócił Wydział Teologiczny (1998).
Autor kilkunastu książek w języku polskim i niemieckim.
Najbardziej fundamentalne publikacje to „Wspólny świat
religii” i „Abba. Wobec Boga Ojca”, ale ks. Węcławski
nie stroni także od tekstów popularyzatorskich
(„Rekolekcje z Karelem Čapkiem”, „Ewangelia
dla dzieci”, powieść „Sieć”, której akcja
dzieje się w internecie). „Wielkie kryzysy tradycji chrześcijańskiej”
i „W teologii chodzi o Ciebie” to zbiory tekstów,
które miały swój pierwodruk na łamach „TP”; ks.
Węcławski publikuje również w „Znaku” i „W
drodze”.
Tłumacz – także literatury pięknej
(„Tygodnik” drukował m.in. jego przekłady
niemieckich romantyków i Octavio Paza) oraz Ewangelii wg św.
Marka. W latach 80., współtłumaczył „Dogmatykę”
ks. Granata na język czeski, dla tamtejszego Kościoła
podziemnego. Wielki miłośnik kultury czeskiej i... kolarstwa:
na rowerze przemierzył niemal całą Europę.
Jego brat – Marcin – jest proboszczem poznańskiej
parafii pw. Marii Królowej.
|