Kościół
wobec molestowania seksualnego
„TP” nr 11/2002, 17
marca
Wiara i zgorszenie
Z HALINĄ
BORTNOWSKĄ rozmawia Krzysztof
Burnetko
KRZYSZTOF BURNETKO:
– Jakie skutki będzie mieć sprawa arcybiskupa
Juliusza Paetza dla polskiego Kościoła? Co ludzi w niej
gorszy, co oburza?
HALINA BORTNOWSKA: – Zgorszenie to nie jest to samo, co
oburzenie. Wedle teologii moralnej zgorszony jakimś czynem jest
ten człowiek, który na jego skutek staje się gorszy: traci
przekonanie, że się da, że warto wybierać dobro. Dobro
wydaje się słabe, nieobecne, nierealne. Zostało zdradzone i
nic się nie dzieje, nikt go konsekwentnie nie broni. To pogłębia
zgorszenie. Tu zgorszenie może polegać na utracie wiary w kapłaństwo.
Kiedy księża tracą w oczach wiernych autorytet, pojawiają się
wątpliwości co do samej treści głoszonych od ołtarza nauk,
a nawet opory w przyjmowaniu sakramentów.
– Czy Polaków najbardziej miałoby w tej sprawie
zgorszyć to, że biskup może być homoseksualistą?
– Przypuszczam, że w potocznym odbiorze może to być
gorszące.
– Pani stwierdziła jednak niedawno publicznie, że
fakt, iż kapłan katolicki jest gejem, wcale jej nie gorszy.
– Tak. Bo rozumiem, że księża jako ludzie też muszą
mieć jakąś orientację seksualną. To, czy jest ona hetero-
czy homoseksualna, nie przesądza o tym, co najważniejsze.
Orientacja seksualna to ważny fakt, ma liczne konsekwencje. Ale
to nie ona określa moralną tożsamość osoby. Kim jesteś:
egoistą, ambicjonerem, bezwzględnym poszukiwaczem przyjemności?
Czy inaczej: budujesz w sobie człowieka, który chce służyć,
a nie żeby jemu służono? Także gej może odkryć i przyjąć
taki projekt życia i go urzeczywistniać. Może kierować się
nim także w przypadku kapłana o orientacji homoseksualnej
– póki dochowuje on przyjętego wobec księży w Kościele
rzymskokatolickim zobowiązania celibatu, wszystko jest moim
zdaniem w porządku.
– Co zatem może gorszyć w tej sprawie?
– Nie sam fakt takiej orientacji seksualnej jest czymś
nieodpowiednim, ale brak panowania nad sobą oraz niestosowanie
się do zasad, których się naucza. Nie sądzę, by orientację
homoseksualną można było w człowieku wyplenić. Nie twierdzę
też, że gejów nie powinno się w ogóle dopuszczać do kapłaństwa.
Jedno jest pewne: nie jest tak, że orientacja seksualna
powstaje nagle, w późnym wieku. Ona musiała istnieć wcześniej.
Może była jednak poddana kontroli i dopiero teraz się spod
kontroli wymknęła? To smutne, bo może oznaczać, że taki człowiek
utracił panowanie i nad innymi rzeczami. Groźne byłoby zwłaszcza
nadużywanie zaufania i naruszanie ojcowskiej roli, jaką pełnić
ma biskup wobec podległych mu księży.
Ale nawet i to w moją wiarę nie uderza. Dzięki mądrym
przewodnikom wiem, jakby od początku, że nie wolno opierać
wiary w Boga czy wiary w Kościół na czymś tak kruchym, jak
przekonanie o moralnej doskonałości czyjejkolwiek –
aktualnych mistrzów, nauczycieli czy też kapłanów i biskupów.
Historia Kościoła zna przypadki papieży, którzy bywali
wielkimi grzesznikami. Dla mojej wiary takie czy inne grzeszne
postępowanie chrześcijanina jest jego prywatną sprawą.
Oczywiście, jest też nieszczęściem i powodem smutku dla
innych, szczególnie gdy jest to osoba, która powinna być
przykładem albo której powierzono ważne obowiązki w Kościele.
Wtedy sprawa przestaje być prywatna.
Problemem jest i to, że gdy ktoś utracił kontrolę nad swoim
postępowaniem i zachowuje się w wysokim stopniu
nieodpowiednio, to jest to szkodliwe dla Kościoła, dla niego
samego i dla poszczególnych ludzi, a jednak nikt nie jest w
stanie nic zrobić.
– Ten aspekt jest chyba w tej historii dla wierzących
najbardziej bolesny: że choć zarzuty krążyły od dawna, to
ich wyjaśnianie trwa tak długo. A niektórzy z ludzi Kościoła
w Poznaniu, którzy odważyli się podnieść ten problem, byli
szykanowani. Właśnie styl, w jaki instytucje kościelne
zareagowały na zgłaszane sygnały, może jednych oburzać, a
dla innych być nawet powodem zgorszenia.
– Otóż właśnie: dzieje tej sprawy wskazują nie tyle
na grzeszność konkretnej osoby, bo ta zawsze może się zdarzyć,
ile na wadliwe funkcjonowanie całej instytucji. To ono może
przynieść najwięcej szkód. Okazuje się, że procedury
naprawcze, jakie winny obowiązywać w takich przypadkach, nie
zdają egzaminu. Są więc albo nieadekwatne, albo zablokowane.
A to już dotyka nas wszystkich i nie można zbywać problemu
stwierdzeniem, że każdemu się może zdarzyć...
– Ludzie pytają: jak to możliwe, że choć problem był
znany od miesięcy, a może nawet w niektórych kręgach od lat,
zwlekano z jego wyjaśnieniem? Przecież jeśli zarzuty byłyby
nieprawdziwe, to Kościołowi winno zależeć na oczyszczeniu
dobrego imienia swego biskupa. Jeśli zaś okazałyby się
prawdziwe, to tolerowanie status quo mogło mieć skutki wręcz
tragiczne: nietrudno sobie wyobrazić, co mógłby zrobić młody
kleryk postawiony w takiej sytuacji, nie wykluczając samobójstwa.
Więcej: długo nie pomagało nawet, że w sprawę zaangażowały
się poważne osoby tak spośród świeckich, jak duchownych.
– To daje do myślenia. Chodzi o system podległości i
hierarchiczności w Kościele, o zarządzanie strukturami, o rolę
świeckich. Także o zjawisko charakterystyczne dla wszystkich
instytucji wysoce hierarchicznych: oto człowiek mający w nich
dużą władzę bywa odcięty od obiektywnej informacji o tym,
jak inni reagują na jego postępowanie. Jest po prostu
pozbawiony luster, w których mógłby się sobie przyjrzeć.
Nie może zobaczyć siebie w oczach innych, bo te oczy z
przymilności bezkrytycznie się w niego wpatrują albo ze
strachu odwracają.
– W tym przypadku nuncjusz apostolski list świeckich
przekazał „do wiadomości” także zainteresowanemu,
czyli arcybiskupowi.
– A i tak za późno. Tymczasem wcześniej mogło być i
tak, że choć arcybiskup zaczął tracić kontrolę nad tym, co
robi, to ludzie z jego kręgu nie zwracali mu uwagi.
Nakłada się na to inna prawidłowość: choć Kościół ma do
dyspozycji znakomity twór ludzkiego intelektu i wielowiekowego
doświadczenia, jakim jest prawo kanoniczne, to chyba mało który
z księży ma świadomość związanych z tym możliwości
obrony. Także w środowisku kościelnym panuje poczucie, że od
prawa w praktyce ważniejsze są układy, fawory i znajomości.
– I to się potwierdziło, bo sygnały o sytuacji w
Poznaniu wysyłane drogą, nazwijmy to, służbową, gdzieś
utykały i nie mogły się przebić do Papieża. Trzeba było
dopiero pomocy „Bardzo Ważnej Osoby z Krakowa”, by
Ojciec Święty mógł się o nich dowiedzieć.
– Utykać mogły na różne sposoby. Jest znany, na przykład,
taki mechanizm, którego sama byłam ofiarą: że nie wolno
babci nic o tym mówić, „niech się babcia cieszy”.
Papież jest bardzo kochany i wobec tego może być traktowany
jak ta babcia, która ma się cieszyć: nie trzeba jej martwić,
nie należy jej mówić rzeczy, które są bolesne. Doceniam
intencje, tyle że kiedy ktoś mnie tak traktuje, ogarnia mnie wściekłość.
Zwłaszcza, że zwykle babcia i tak się o wszystkim dowie. Ale
zamiast w poniedziałek, kiedy nie było jeszcze najgorzej, zła
wiadomość dotrze do babci w sobotę, kiedy już prawie nic
zrobić nie można. Boję się, że ten mechanizm może działać
w stosunku do Papieża.
– Jan Paweł II też chyba nie był z takiej sytuacji
zadowolony, bo kiedy się dowiedział, zadziałał z pominięciem
zwykłych procedur watykańskich.
– Prawo kanoniczne nie jest nowelizowane tak często jak
ustawy świeckie. Ma to zalety, ale ceną bywa rozziew między
regulacjami a życiem. Tak bywa choćby na styku: poszczególny
biskup – konferencja episkopatu – nuncjatura. Do
tego dochodzi pokutujące przekonanie o polskiej specyfice,
wedle której wszystko należy załatwiać przez prymasa.
Tymczasem w sensie prawnym taki obowiązek dawno się skończył.
Bo choć w modlitwie nadal „wszystko przez Maryję”,
to wcale nie wszystko przez prymasa. Istnieje wciąż niejasność
co do drogi, jaką można dotrzeć do wyższej instancji.
Na pewien czas tak się stało w znanej sprawie księdza spod
Dukli. Niejasność kościelnych procedur powoduje, że zbyt
wiele zależy od indywidualnej oceny ludzi na poszczególnych
szczeblach hierarchii służbowej. W efekcie wiele spraw może
trafić pod sukno.
Przypadek ten był o tyle drastyczny, że zarzut molestowania
dzieci jest ścigany z oskarżenia publicznego. A pierwszą
czynnością wobec nauczycieli, w stosunku do których pojawiły
się takie podejrzenia, jest odsunięcie ich od wykonywania
zawodu do czasu zbadania zarzutów.
Zastanawiam się skądinąd, czy w sprawie poznańskiej można mówić
tylko o jaskrawej niewłaściwości moralnej? Bo jeżeli okazałoby
się, że mieliśmy do czynienia z wykorzystaniem zależności w
hierarchii, to pojawiłyby się znamiona przestępstwa. Tym
bardziej należy cenić tych, którzy odważyli się przerwać
ciszę w tej sprawie. Wierzę, że kierowali się prawdziwym
dobrem ludzi Kościoła, chęcią uratowania jego autorytetu.
– Tym drastyczniej wyglądają represje, jakim przedtem
poddawani byli niektórzy duchowni zaangażowani w sprawę. Doszło
aż do zesłania na misję w Afryce... Znowu wraca pytanie: jak
to możliwe?
– To oskarżenie akurat budzi moje wątpliwości. Czy
fakty nie są tu przekręcone? Zasadą jest przecież, że na
misje można się udać wyłącznie dobrowolnie. Wysłanie księdza
poza diecezję na placówkę kanonicznie nie jest możliwe. Nie
można być karnie zesłanym w obce kraje.
– Jest coś takiego, jak propozycja nie do odrzucenia.
– Owszem. Można zostać pozbawionym możliwości pracy w
diecezji. Człowiek może zostać zmuszony do szukania pracy
gdzie indziej, ale niekoniecznie muszą to być od razu misje.
Co więcej, na misje trzeba też zostać przyjętym. A kraje, które
przyjmują misjonarzy, starannie sprawdzają, kto ma przyjechać,
dlaczego itd. Mają doświadczenia z podrzucanymi im na zasadzie
„zgniłego jabłuszka” księżmi z różnymi
problemami. Sama widziałam, jak tuż po wojnie była obsadzona
wonczas bardzo „misyjna” archidiecezja wrocławska.
Naturalnie byli tam wspaniali ludzie. Ale byli też księża
alkoholicy czy konkubinariusze, których rodzime diecezje chciały
się pozbyć pod pozorem wyjazdu na „ziemie
odzyskane”. Między innymi dlatego zresztą władze PRL
mogły łatwiej rozpracować duchowieństwo na tamtych terenach.
– Myśli Pani o przypadkach szantażowania duchownych?
– Nie jest tajemnicą, że za komunizmu SB często próbowała
szantażu wobec księży z racji ich kłopotów obyczajowych:
alkoholizmu, konkubinatu czy homoseksualizmu. Znałam takie
przypadki i zawsze uważałam za tragiczne, że taki człowiek
bardziej się bał swojego biskupa niż agentów, którzy
grozili, że na niego doniosą.
Przecież on sam, gdy znalazł się w niebezpieczeństwie,
powinien zwrócić się z prośbą o ratunek w pierwszym rzędzie
do swojego biskupa. Tymczasem tego zaufania do pasterzy nieraz
brakowało. Dowodziło to, że coś złego dzieje się z Kościołem.
Może słabych ludzi z góry w Kościele skreślano? I dlatego
woleli brnąć w kontakty z ubekami, byleby tylko nic nie dotarło
do przełożonych? To było tragiczne. I chyba jest nadal. A
przecież Kościół ma być oparty na zaufaniu i ojcowskim
stosunku biskupa do podwładnego księdza! Ojciec okazuje się
jednak groźny, a nie rozumiejący i miłosierny. Uzależnienie
od jego decyzji – głębokie i całościowe, niemal jak w
strukturach autorytarnych.
– A czy powodem tak długiego milczenia wokół sprawy
poznańskiej nie było to, że dotyczyła aż arcybiskupa?
Przecież Kościół nie od dziś styka się z tego rodzaju
sytuacjami i na szczeblu np. seminarium jakoś sobie dawał z
nimi radę.
– Kandydaci do stanu duchownego są dziś poddawani różnego
rodzaju testom i badaniom psychologicznym. Jeśli pojawiają się
wątpliwości, czy ktoś wytrzyma w celibacie, może zostać na
tym czy innym etapie skierowany na inną ścieżkę, dla dobra służby.
Czasem może nawet tracimy w ten sposób wartościowych przyszłych
duchownych.
Oczywiście, im wyższy szczebel hierarchii, tym decyzja taka
jest trudniejsza. I to jest też zrozumiałe, bo zwraca się już
uwagę na koszty inwestycji w człowieka. Większa jest też
krzywda, gdyby zarzuty się nie potwierdziły. Tytuł biskupi
jest jednak barierą...
– Nawet dla mediów świeckich, które uchodzą wedle
niektórych za żądne wyłącznie taniej sensacji.
– Powściągliwość mediów w tej sprawie mogła mieć
dwojakie przyczyny. Kościół jest pod swego rodzaju ochroną,
kreowaną po części przez siebie, a po części przez same
media. Jest wielką siłą społeczną. Jedni uważają, że na
tyle cenną, iż nie należy jej dezawuować, więc w imię
odpowiedzialności sami powstrzymują się od pochopnego działania.
Inni zwyczajnie nie chcą się narażać: nie tyle myślą o
tym, że Kościół jest cenny dla społeczeństwa, ile że nie
opłaca się z nim ścierać.
– Niektórzy zarzucają „Rzeczpospolitej”,
że za wcześnie opublikowała tekst o arcybiskupie.
– Nie wiem, co zadecydowało o tym terminie, ale wydaje mi
się, że nie było to pochopne. Przecież wcześniej próbowano
poruszyć problem w dyskretniejszy sposób. Nie skutkowało. Może
więc z publikacją czekano, w moim odczuciu, nawet za długo?
Mam tylko wątpliwości co do ilustracji, jakimi opatrzono
tekst; należało je ograniczyć do minimum. Jeśli już musimy
naruszyć czyjąś prywatność, bo ta osoba przyjmując tak
wysoki urząd wystawiła się na ocenę publiczną, może warto
byłoby jednak zachować powściągliwość z pokazywaniem jego
wizerunku. To nie jest kwestia prawa, tylko gustu.
– Jak ocenia Pani dyskusję, która wybuchła w związku
ze sprawą poznańską?
– Jeszcze nie sięgnęła ona głębszych warstw. Powinna
na przykład dotyczyć podmiotowości jednostki w Kościele. Tak
duchownej, jak świeckiej. Inna ważna kwestia to kolegialność
w diecezji i kraju. Problemy te podjęły synody. Zajmował się
tym kardynał Karol Wojtyła, lecz gdy został papieżem, sprawa
zeszła na dalszy plan. To zadziwiające, bo on się przecież
nią bezpośrednio dość krótko zajmował, ale jakby
uwierzytelniał autentyczność i wagę stawianych pytań. Gdy
był Metropolitą w Krakowie, można było mimo trudności
wierzyć, że głosy świeckich są słuchane. Potem to się
kurczyło i ruch synodalny w Polsce nie spełnił zadania udrożnienia
kanałów wymiany poglądów wewnątrz Kościoła. Nie chodzi o
władzę, chodzi o wzajemne słuchanie, „jak oddychamy w
wierze” wedle starej rady kardynała Newmana.
Zdaję sobie sprawę, że Papież się martwi, że dzieło
synodalne, na którym mu zależało, pozostało właściwie bez
efektu. I chyba trudno nawet byłoby teraz do niego wrócić.
Trzeba by pomyśleć o innym trybie i formule.
– Jaką lekcją może być sprawa arcybiskupa Paetza
dla Kościoła?
– Najpilniejsze jest zajęcie się ludźmi, którzy mogli
zostać poszkodowani. Chodzi o pomoc i duchową, i psychologiczną.
Warto wreszcie uznać, że w katolickim wychowaniu więcej
miejsca musi zająć realistyczne przygotowanie do życia.
Chodzi o lepsze zrozumienie faktów także w kwestii orientacji
seksualnych i zmianę podejścia do ludzi, którzy są naszymi
braćmi. Gdyby ci klerycy byli przygotowani pod tym kątem, to
nie byliby tacy bezbronni. Zniknąłby choćby ślepy strach,
wynikający z niewiedzy i uprzedzeń. Skończyłaby się
sytuacja, że znajomość problemu sprowadza się do emocji i
obelżywych słów.
Zdumiało mnie, że młodzi klerycy są sfrustrowani głównie
faktem, iż „biskup okazał się pedałem”, jak
powiedział jeden z nich dziennikarzowi. Przecież powinni
raczej się smucić, że biskup chciał ich uwieść. Podkreślam:
to nie homoseksualizm biskupa jest tu głównym problemem. Równie
gorszące byłoby, gdyby jakiś ksiądz molestował zakonnicę,
sprzątającą w kurii, bo też dowodziłoby to niepanowania nad
sobą i wykorzystywania swojego stanowiska. Ale przedstawiciele
hierarchii uparcie twierdzą, w niezgodzie z Katechizmem, że
problem orientacji homoseksualnej jest marginalny i próbują go
przemilczać.
Tu pojawia się kwestia duszpasterskiej opieki wobec gejów:
chodzi o to, by osoby, które stwierdzą, że są orientacji
homoseksualnej, nie musiały od razu uznać, że są poza Kościołem,
a nawet poza dobrem i złem, poza powołaniem do miłości i służby.
Tymczasem wielu świeckich gejów z determinacją walczy, by
normalnie funkcjonować w Kościele. Mam dla nich wielki
szacunek.
I – przepraszam – tu jeszcze jedna uwaga: ta lekcja
będzie w sumie bardzo bolesna, ale dobra, jeśli ją
przeprowadzimy na szerszym tle, jeśli tłem można nazwać to,
co najważniejsze. Musimy zrozumieć, jakie zło tkwi w lęku,
gdy ten lęk prowadzi do nienawiści do ludzi. Zwłaszcza w Kościele
nikt nie powinien uczyć się nienawiści ani nienawiści pogłębiać.
Ksenofobiczna nienawiść często otacza gejów i to jest
straszne. Oby ta lekcja jej nie pogłębiła. Musimy w sposób
zdecydowany skończyć z bezsilnością wobec przerabiania Kościoła
na szkołę nienawiści czy szkołę, w której są takie lekcje
dodatkowe.
– A czy wyobrażalny jest scenariusz odsuwania decyzji?
– Różne nonsensowne i szkodliwe scenariusze są
realizowane, więc i ten nie jest wykluczony. Ale byłby to
wielki błąd. Dotknąłby wielu ludzi, którzy byli tu
ofiarami, w tym samego arcybiskupa.
Oczywiście: w Kościele wszystko się dzieje nieporównanie
wolniej niż w świecie świeckim. Ma to swoje pozytywy. Lecz są
sytuacje, w których decyzje trzeba podejmować szybko. Ta do
nich należy. To już trwa za długo. I konsekwencje
duszpasterskie tego opóźnienia już widać. To jest trochę
tak jak z korespondencją: świat żyje dzisiaj w rytmie e-maila,
Kościół ciągle w rytmie listów pocztowych cenzurowanych po
drodze. Decyzja w takiej kwestii nie musi zapaść w tempie
e-mailowym, ale nie można czekać z nią miesiącami. Ludzie,
owszem, przestają się z czasem interesować sprawą, bo
wypierają ją nowe wydarzenia. Ale w ich pamięci ona
pozostaje. Ten brzydki osad z czasem zmyć coraz trudniej. Jeśli
decyzja będzie jeszcze bardziej spóźniona, może nawet nie
dotrzeć do świadomości wiernych. Zostaną tylko nawarstwiające
się pogłoski. I frustracja. To znaczy zgorszenie.
|