Pięć życiorysów z prowincją w tle
Tomasz Potkaj
To będzie pięć opowieści o ludziach, którzy zaczynali studia, gdy kończył się komunizm, a kończyli je w pierwszych latach III Rzeczypospolitej. Mają po trzydzieści kilka lat, ale nie czują się jednym pokoleniem. Nie wiedzą, co to właściwie oznacza. I bardzo się od siebie różnią.
Waldemar Szybiak,
lat 38, Sanok
Na razie jestem nie do zatrzymania
Najstarszy z nich, rocznik 1964. Kiedy kończył studia, był strajk w Hucie im. Lenina – Ale kto wtedy mógł przypuszczać, że to się tak wszystko potoczy – zastanawia się dziś. Zresztą polityka przechodziła zawsze obok niego i ani przed ’89, ani po, nie była najważniejsza. O wiele ważniejszy był na przykład film. Na tym samym roku kulturoznawstwa w Łodzi studiował Krzysztof Skiba, lider Big Cyca, i Piotr Trzaskalski, reżyser „Ediego”. Popołudniami oglądali filmy w DKF-ie, a nocami toczyli dyskusje. Życie towarzyskie było dość grzeczne, choć może Skiba ma na ten temat całkiem inne zdanie. – Większość studiów spędziłem w bibliotekach – przyznaje dziś Szybiak bezwstydnie.
Od początku było oczywiste, że wraca do rodzinnego Sanoka, miasta, które przed wiekami szczyciło się tym, że było „wolne” i „królewskie”. Dostał mieszkanie, miał tam rodzinę. Ale przede wszystkim lubił to miejsce. Kręte uliczki, kamienice, kościół ojców franciszkanów, legenda i obrazy Beksińskiego oraz największa kolekcja ikon w Polsce.
Do konkursu namówił go nauczyciel muzyki Stefan Olbert, który od lat prowadził w mieście Zespół Muzyki Dawnej. – To był rok 1990, a wtedy ludzie tacy jak ja wierzyli, że żeby coś zrobić, nie trzeba mieć znajomości ani układów, tylko dobry pomysł. Ja nie miałem znajomości, ale miałem pomysł. Wygrałem ten konkurs, mimo że byłem najmłodszy – opowiada dziś. Tak oto Waldemar Szybiak został dyrektorem domu kultury. Miał wtedy 28 lat. Kiedy pierwszy raz przyszedł do pracy, opadły mu ręce. Budynek był w stanie opłakanym, ale przede wszystkim w ogóle nie nadawał się do działalności artystycznej z prawdziwego zdarzenia, czemu trudno się dziwić, gdyż wcześniej służył głównie jako miejsce konferencji partyjnych. Nowy dyrektor miał na etatach 30 osób, w tym dwóch instruktorów. Poza tym administracja, kierowcy, elektrycy.
Pomysł Szybiaka był taki: miejsce to ma stać się nowoczesną placówką upowszechniania kultury. Czyli zajęcia dla dzieci, młodzieży, do tego działalność impresaryjna, kino, DKF. – Ludzie nie wierzyli, że do Sanoka mogą przyjechać artyści z prawdziwego zdarzenia, że może odbyć się dobry koncert. Postanowiłem to zmienić. To była także walka z ich świadomością – mówi. Zatrudnił ośmiu instruktorów, w większości swoich rówieśników, w ciągu kilku lat powstały dwie ogólnopolskie imprezy: Festiwal Teatrów Autorskich i Festiwal Operowy im. Adama Didura (słynny bas urodził się w pobliskiej Woli Sękowej). Mimo że polityka przechodziła jakoś obok niego, kandydował (bez powodzenia) w wyborach do Sejmu, a w 1994 roku został radnym. Dziś przyznaje, że było w tym trochę wyrachowania. – Moim celem było dokończenie remontu budynku domu kultury i szybko zorientowałem się, że zrobię to tylko, jeśli będę blisko miejsca, gdzie dzieli się pieniądze. Jakoś zawsze były w mieście ważniejsze wydatki. Więc postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. Wewnątrz budynek domu kultury jest całkiem jak nowy, na zewnątrz straszy jeszcze stara elewacja. Waldemar Szybiak nie jest już radnym: ustawa zakazuje łączenia funkcji radnych z pracą w instytucjach finansowanych ze środków miasta. Czego nie zrobiło miasto, zrobili sponsorzy. Kino sfinansowała krakowska fundacja Pro Helvetia ze środków rządu Konfederacji Szwajcarii.
– Co robią moi znajomi? Ktoś pracuje w telewizji, ktoś inny robi filmy. Niektórzy robią zupełnie przypadkowe rzeczy, o innych nic nie wiem. Nie zazdroszczę im. Dziś chyba nie potrafiłbym mieszkać w dużym mieście. Wiem, co mówię, w końcu czasem jeżdżę do Warszawy, do sponsorów. Po co mi to? Tutaj człowiek może jeszcze pogadać z człowiekiem. Prowincja? Prowincja nie jest miejscem, w którym się żyje. Prowincja jest w głowie. Podoba mi się moje miasto, nie podoba mi się wiele rzeczy w Polsce. Polska polityka nie podoba mi się szczególnie. Ale jestem optymistą. Ciągle mi się chce, ciągle mam pomysły. Na razie – mówi Szybiak – jestem nie do zatrzymania.
Elżbieta Stanisz, lat 34
i Marek Stanisz, lat 35, Rzeszów
Mówienie o misji nie jest nie na miejscu
Elżbieta: – Na studia poszłam z pasją. Należałam do osób, o których mówi się, że muzyka interesuje ich od zawsze, więc nie miałam problemów z wyborem kierunku studiów: Akademia Muzyczna w Krakowie, klasa skrzypiec. Mieszkałam w centrum, więc często byłam świadkiem zadym i demonstracji. No właśnie; byłam świadkiem, ale nie uczestnikiem, choć sercem byłam po tej samej stronie. Może nie wierzyłam, że to wszystko, co stało się później, może przyjść tak szybko? Może. Ale pewnie dlatego, że najważniejsza była dla mnie muzyka. Moją aktywność realizowałam w duszpasterstwie akademickim u ojców franciszkanów.
Marek: – Na studia trafiłem rok wcześniej. Polonistyka na UJ, znakomite studia, które były i są dla mnie jednym z najważniejszych punktów odniesienia. Kiedy powstał drugi NZS, nie zapisałem się, choć miałem tam wielu kolegów. To nie był koniunkturalizm: negatywny stosunek do PRL wyniosłem z domu i w sensie politycznym trafiłem na studia już ukształtowany: miałem i mam poglądy konserwatywne. Po prostu nie widziałem siebie w roli działacza, szkoda mi było czasu na to, co nie jest moim powołaniem. Bardziej aktywnie udzielałem się w duszpasterstwie akademickim, podobnie jak Ela, wówczas moja dziewczyna, dziś żona.
Ela: – Wiosną ’92 zdałam egzamin do Filharmonii Rzeszowskiej i wtedy wiedziałam już, że wracamy. Patrząc z dzisiejszej perspektywy w Filharmonii Krakowskiej miałabym więcej wyjazdów zagranicznych, ale w mniejszym mieście mieszka się spokojniej.
Marek: – U mnie sprawa była bardziej skomplikowana, bo zostałem na uniwersytecie. Magisterium i doktorat zrobiłem jednym ciągiem, po drodze było jeszcze stypendium w Moguncji. Z UJ byłem w sumie związany przez 11 lat. Wróciłem na WSP w Rzeszowie (od 2001 uniwersytet) kilka lat później, jako człowiek bardziej dojrzały i ukształtowany. Te dojazdy do Krakowa w sumie wyszły mi na dobre.
Ela: – Przez pięć lat łączyłam pracę w filharmonii z pracą pedagoga w szkole muzycznej, aż w pewnym momencie powiedziałam: dość. Nie chcę pracować na dwóch etatach, chcę się poświęcić tylko muzyce.
Marek: – Przeżycie pokoleniowe odegrało decydującą rolę w moim rozwoju, bez niego nie byłbym tym, kim dzisiaj jestem. To nie jest wspomnienie, to coś ciągle żywego. Moją obecną sytuację określiłbym jako bycie gdzieś pomiędzy. Trudno mi mówić o sobie, że jestem z Rzeszowa: na uczelni nie mam kolegów ze studiów, a z kolegami z Krakowa utrzymuję dość luźny kontakt. Odpowiada mi to. Czuję się bardziej wolny.
Ela: – Chyba nie czuję się częścią tego pokolenia. W gronie moich znajomych nie ma kombatanckich wspomnień, to, co było, jest sprawą zamkniętą. Gdyby nie było roku ’89, pewnie robiłabym to samo: w końcu wcześniej też była filharmonia, też odbywały się koncerty. Pewnie czułabym się bardziej upośledzona wewnętrznie, bo wolność jest dla mnie czymś niezmiernie ważnym. Ale nie sądzę, bym zdecydowała się na emigrację. Jestem zbyt przywiązana do mojego kraju.
Marek: – Nigdy nie uważałem, ze ideały Sierpnia zostały zaprzepaszczone. W jakimś sensie jestem homo politicus: kategorie polityczne traktuje bardzo serio, zawsze biorę udział w wyborach, choć moim powołaniem nie jest polityka. Tak, jestem inteligentem. I na dodatek inteligentem z etosem, takim, który nie uważa, że mówienie o poczuciu misji jest czymś nie na miejscu.
Ela: – Prowadzimy intensywne życie rodzinne, staramy się pokazać naszym dzieciom bogactwo otaczającego ich świata, cieszymy się, że to, co mamy, zawdzięczamy własnej pracy. Ostatnio często załatwiałam sprawy w banku. Wychodziłam z dużą ulgą, bo bardzo nie chciałabym tam pracować.
Dariusz Kiełczewski, lat 35, Białystok
I z tego chyba mogę czuć się dumny
Kilka tygodni temu mieli spotkanie klasowe. Po raz ostatni w tym gronie widzieli się w czerwcu 1985 roku. Niektórzy wyjechali, niektórzy wrócili. Inni nie ruszali się nigdzie. Tymczasem Ostrołęka, wojewódzkie niegdyś miasto, stało się stolicą powiatu. Na takich spotkaniach mówi się zwykle o swoich sukcesach. On mógł powiedzieć o trzech napisanych książkach, dwóch tomikach wierszy, współpracy z białostockim pismem literackim „Kartki” i ostrołęcką „Pracownią”. I o tym, że właściwie czuje się spełniony.
Prawo studiował ze średnim powodzeniem i bardzo małą przyjemnością. – Właściwie przy studiach trzymało mnie tylko poczucie obowiązku i przyjaźnie – mówi dziś. I jeszcze radio „Akadera”, w którym puszczał rockowe kawałki i próbował oswoić słuchaczy z anglosaską poezją współczesną. Dziś sądzi, że bez większego powodzenia. O roku 1989 mówi, że był dla niego najważniejszym rokiem w życiu, że przed tym rokiem jego życie wyglądało zupełnie inaczej. Tyle tylko, że nie wiązało się to z upadkiem komuny. – Tego roku umarł mój ojciec, odeszła ode mnie kobieta, przyjaciel zrobił rzecz, której się nie wybacza, umarły też złudzenia, że będę dobrym prawnikiem oraz że kariera dziennikarza muzycznego w studenckim radio będzie dla mnie czymś więcej niż tylko miłym sposobem spędzania wolnego czasu. Upadek komunizmu był tylko zwieńczeniem tych pożegnań.
Dziś mówi, że w ten upadek nie bardzo wierzył. Z domu wyniósł przekonanie, że tego ustroju nie da się obalić, że można tylko zagospodarować wąski skrawek wolności, który się ma. Może dlatego upadek zastał go z poczuciem, że wszystko będzie musiał robić od początku.
– To tak, jakby moje dotychczasowe życie było bez znaczenia. Jakby też umarło. Pewnie to zabrzmi jak umoralniająca antykomunistyczna historyjka, ale po 1989 roku nagle prawie wszystko zaczęło mi się układać. I dziś mogę powiedzieć, że po tym roku wszystkie wydarzenia wokół mnie potoczyły się prawie całkowicie tak, jak chciałem, jakby według z góry zaplanowanego i napisanego scenariusza. Zostałem w Białymstoku i był to mój świadomy wybór. Moja rodzinna Ostrołęka wydała mi się już trochę za ciasna. A większe miasta zawsze wydawały mi się za duże, żeby je objąć swoją wyobraźnią. Ożeniłem się. Urodziła mi się córka, która teraz ma 11 lat. Zacząłem pracować na uniwersytecie. Trochę dlatego, że chciałem, ale też trochę przypadkiem. Myślałem, że na krótko, a teraz nie wyobrażam sobie innej pracy. Porzuciłem prawo, zrobiłem doktorat z filozofii na ATK. Doktorat, jak cała moja praca naukowa, poświęcony był ekologii. Ekologiem zresztą też stałem się trochę przypadkiem – akurat znalazłem pracę w katedrze ochrony środowiska. Ale gdy wgłębiłem się w książki poświęcone ekologii i filozofii ekologii, znalazłem tam treści, o których zawsze myślałem, tylko wcześniej nie umiałem tego ubrać w słowa. Wcześniej byłem podobny do innych humanistów, którzy mają awersję na ekologię; wiem, co mówię, przez kilka lat próbowałem uczyć ekologii polonistów i była to prawdziwa orka na ugorze, z której zresztą poloniści zrezygnowali przy pierwszej nadarzającej się okazji.
Przynależność pokoleniowa? – Nie wiem. Ktoś, kto na studiach przeżył pierwszą Solidarność i NZS oraz stan wojenny, ma inne doświadczenia niż ja, który to wszystko przeżyłem w podstawówce i liceum. Oni zostali pozbawieni złudzeń. Młodsi ode mnie od razu już tych złudzeń nie mieli. Moi rówieśnicy byli gdzieś pośrodku. Należę do pokolenia ’89, jeśli za to pokolenie uznać ludzi takich jak ja. Dzieciństwo i dorastanie – komunizm. Dorosłość – wolny rynek. To na pewno. Teraz przyglądam się moim studentom i widzę, że są zupełnie inni niż ja w ich wieku. I chyba im trochę zazdroszczę. Ich życie nie jest tak upolitycznione, jak moje. Nie ciąży na nich to brzemię. Nie wpycha im się ono na siłę w życie. Ja zresztą też zawsze chciałem się od polityki uwolnić. Zawsze dziwili mnie ludzie, którzy mają ambicje zostać politykami. Tak jak starożytni filozofowie greccy uważam, że to bardzo szkodzi.
Nie zastanawia się nad tym, czy jego życie byłoby inne, gdyby nie było roku ’89. W końcu przedtem też istniały uniwersytety, pisano wiersze, wydawano książki. A inteligencja? – To wymierający gatunek ludzi, którzy rozumieją, że życie to coś więcej, niż żarcie, dom i wakacje na Majorce, że liczą się jeszcze wartości wyższe – mówi nieco prowokacyjnie. – Wymierający, ponieważ coraz większa część tak zwanej inteligencji z premedytacją zatrzymuje się w wymiarze czysto materialnym. A także dlatego, że sprzedaż 20 tysięcy książek w tym kraju to gigantyczne osiągnięcie autora. Najważniejsze niebezpieczeństwo to obecny w prawie wszystkich mediach i w polityce kult kretyna. Kult takiego właśnie człowieka: żarcie, spanie, wczasy last minute i prymitywny kawał. Może dlatego inteligencja powoli zaczyna się rozsypywać, a kretyn rozpycha się coraz bezczelniej i coraz bezwstydniej.
Ale z drugiej strony myśli sobie, że nie jest tak źle. Na zajęciach spotyka studentów, którzy odpowiadają jego definicji inteligencji. – Ich dynamika i ich ambicje są naprawdę imponujące.
– Czy chciałbym coś zmienić w swoim życiu? Jeśli będę chciał, to postaram się zmienić. Na razie nie uważam, by było to konieczne. I z tego też chyba mogę czuć się dumny.
Janusz Kotowski, lat 36, Ostrołęka
Czuję się w sam raz
Był na tym samym spotkaniu klasowym. Dziś opowiada o swoich wrażeniach: – Nie sądziłem, że wszystkim tak świetnie się ułoży. Chłopak, który z trudem przechodził z klasy do klasy, prowadzi dziś świetnie prosperującą firmę. Właściwie można powiedzieć, że jesteśmy pokoleniem, które wygrało.
Pokolenie to w sposób dosłowny wygrało w Ostrołęce w czasie wyborów samorządowych cztery lata temu. Jego klasowy kolega został prezydentem miasta, on sam przewodniczącym rady miejskiej. W ostatnich wyborach kolega przegrał, ale ich partia (PiS) zdobyła większość w radzie i Janusz ponownie został wybrany jej przewodniczącym: dostał największą liczbę głosów w całym mieście. Zastanawia się chwilę. Jakby szukał odpowiednich słów. Mówi: – Po
’89 roku możliwa jest działalność publiczna bez konieczności wyrzekania się swoich wartości. Przecież to niemożliwe, by wcześniej ktoś taki jak ja siedział w tym gabinecie.
Z domu wyniósł przekonanie, że przez komunizm można przejść wcale się nie brudząc. Zżyma się, kiedy słyszy dziś, że ktoś zapisał się do partii, bo żona, rodzina, bo dzieci. – Współpracuję z ludźmi, którzy należeli do PZPR, ale ich nie usprawiedliwiam. I nie wierzę, że można było być w partii i przy okazji być dobrym chrześcijaninem – tłumaczy. Chrześcijaństwo jest czymś kluczowym w jego biografii. Gdyby miał jednym słowem powiedzieć kim jest, odparłby bez wahania tak właśnie: jestem chrześcijaninem.
W ogólniaku prowadził grupy oazowe. Nie była to może poważna opozycja, ale innej w mieście nie było. Z kolegami opiekował się grobem poległych w 1920 roku na miejscowym cmentarzu. Było trochę książek. Niewiele, dość jednak, by dowiedzieć się tego, czego nie było w programach. Chociaż szkołę, liceum ogólnokształcące, wówczas jedyne w mieście, wspomina dobrze. – Są nauczyciele, którym wiele zawdzięczam.
Po maturze wyjechał, jak większość z jego klasy. W Warszawie studiował filozofię, potem teologię. Z Bielan miał niedaleko na Żoliborz, więc jeździł do Stanisława Kostki na każdą Mszę za Ojczyznę. Bywał na wykładach w kościele św. Anny. – W Warszawie spotkałem bardzo ważnych dla mnie ludzi. Nie tylko mądrych naukowo, ale także życiowo. Wiele im zawdzięczam. Filozofia dała mu wiedzę, ale także argumenty. Uzbrojony w te argumenty przyjeżdżał do Ostrołęki do swoich młodszych kolegów. Mówił im, że ideologia komunistyczna nie ma żadnych argumentów. Tłumaczył, dlaczego bez sensu jest mówienie o tym, że socjalizm nie jest taki zły. Wkrótce zresztą socjalizm miał się skończyć. – ’89 rok to była euforia. Czułem, że to moja Polska, choć to inni nadstawiali za nią karku. Przyszedłem na gotowe, ale nie urodziłem się rewolucjonistą.
Po studiach wrócił do miasta nad Narwią. Został katechetą. Rok w podstawówce, potem w zespole szkół zawodowych. – Pamiętam te złośliwości w pokojach nauczycielskich: wy katecheci zabieracie nam godziny nadliczbowe, przez was będziemy mieli mniej pieniędzy. Wtedy raz na zawsze zniechęcił się do ZNP. – Nagle zrobili się tacy odważni, ale kilka lat wcześniej, kiedy nauczycieli wyrzucano ze szkoły za poglądy polityczne, jakoś nie protestowali.
W 1990 roku głosował na Wałęsę. Bez żadnych wątpliwości, choć przyznaje, że pod względem klasy Mazowiecki nadawał się lepiej na ten urząd. Ale wtedy nie chodziło o klasę, lecz o wartości. – A wartości stały wtedy po stronie Wałęsy – mówi dziś. W 1998 kolega z klasy namówił go do udziału w wyborach samorządowych. Prawica po raz pierwszy wygrała wtedy w mieście.
– Czasem na dyżur przychodzą ludzie. Mówią, że za komuny mieli pracę, a teraz nie mają. A ja im mówię, że pierwszego banana zjadłem, kiedy miałem 7 lat, a teraz są wszędzie. Ale nie staram się przekonać, ani tym bardziej indoktrynować. Raczej pomóc tam, gdzie to możliwe. Widzę biedę, ale widzę też ludzi, którym się powiodło. Myślę, że moje pokolenie miało szczęście. Nie jestem ani biedny, ani specjalnie bogaty. Jestem zadowolony z tego, co mam i z tego, jak żyję. Czuję się taki w sam raz.
Dariusz Łukaszewski, lat 35, Kadzidło
Nie mam czasu na szczególne zwątpienia
20 kilometrów dalej. Kadzidło, serce Kurpiów. Cztery tysiące mieszkańców, skansen, gimnazjum, podstawówka, kościół, bank i market, który kiedyś nazywał się sklepem. Droga z domu do szkoły ma może dwa kilometry. Asfalt, po obu stronach domy.
– Niby bez pracy, a budują domy – dziwi się. – Ten za pieniądze z przywiezione z Niemiec, a ten z Ameryki. A potem ci co byli w Ameryce jadą do Niemiec. Gdyby nie Ameryka i Niemcy, nie wiem, co by tu było.
Co jakiś czas odpowiada na dzień dobry. Nauczyciela, a zwłaszcza dyrektora gimnazjum, wszyscy przecież znają. Nauczyciel na wsi to wciąż poważna figura. Może dlatego, że ma stałą pracę. Budżetówka oznacza pewność zatrudnienia i pensję co miesiąc.
W tej opowieści Kurpie są ważne, bo to wyjątkowy zakątek. Nigdy nie było tu pańszczyzny i może stąd wzięła się pewna niezależność, zawziętość i hardość mieszkańców, porównywana czasem z góralską. A także skłonność do ślepego uporu. – To mogłaby być pewna cecha inteligenta, ale pewnie nie jedyna. Ale, wybacz, rozmowa o inteligencji wydaje mi się jak rozmowa o archeologii, to znaczy nie ma dla mnie większego znaczenia. Te wszystkie niebotyczne rozważania o roli inteligencji wczoraj, dziś, jutro, a pewnie i pojutrze wydają mi się dość abstrakcyjne. Stoimy przed zadaniami, które pochłaniają jednak wiele energii; brakuje komputerów, pomocy szkolnych, mikroskopów, tylu innych rzeczy. Może cała ta inteligenckość ogranicza się już tylko do pewnych imponderabiliów, szczególnie wówczas, gdy mówimy o zawodzie nauczycielskim: a więc nie kłamać, mówić o rzeczach pięknych, dawać świadectwo swojej bezinteresowności, sprzeciwiać się chamstwu, prostactwu, wszędobylskiej bylejakości. To praca organiczna – mówi.
Ot, choćby patron gimnazjum: generał Aleksander Krzyżanowski „Wilk”, dowódca wileńskiego okręgu Armii Krajowej, zmarły w stalinowskim więzieniu. Wybór takiego patrona to była w Kadzidle prawdziwa rewolucja i część mieszkańców podejrzewała dyrektora o politykierstwo. Krzyżanowski ma dziś w szkole swoje popiersie, na jego odsłonięcie przyjechała córka, marszałek Olga Krzyżanowska. Szkoła jest odnowiona, ma pracownię komputerową. Ale największą dumą Łukaszewskiego jest nowa biblioteka, co wiąże się oczywiście z nieustanną prośbą o książki. Tak się składa, że w sercu Kurpiów największym darczyńcą jest krakowski Znak. – Wierzę, że te przedsięwzięcia mają swój prawdziwy sens, choć nie umiem ich połączyć z dyskusją o powinnościach inteligenta. Uczynienie czegoś dotykalnego może uruchomić coraz ciekawsze procesy. Po świętym szale przyszedł czas na świętą pracę bez względu na to, czy zostanie ona potraktowana jako kolejny etap zmagań inteligenta z otoczeniem, czy po prostu będzie ona wewnętrznym nakazem każdego z nas.
Szkoła średnia w prowincjonalnym, choć wówczas wojewódzkim mieście, nie mogła dać mu szerszego oddechu. Koledzy tracili czas na bałamutne przedsięwzięcia i choć byli dla siebie ważni, z tych powinowactw nie zostało dzisiaj nic. Kiedy na lekcji, podczas spotkania z radzieckim oficerem, zapytał o Katyń, polonistka niemal nie dostała zawału, on sam miał nie zdać matury. W 1987 roku zaczął studia na historii na Uniwersytecie Warszawskim. Ponad setka osób, nadzwyczaj różnych. Anarchiści obok narodowców. Buntownicy obok konformistów. Autorzy drugoobiegowych tekstów, kolporterzy bibuły sprzedawanej, zanim stało się to zajęciem zupełnie bezpiecznym, w toalecie na trzecim piętrze instytutu. Życie towarzyskie w akademiku i pierwsze demonstracje. Podczas jednej z nich wśród wściekłych zomowców rozpoznał kolegę, jeszcze ze szkoły podstawowej. Po tym spotkaniu do identyfikacji pokoleniowej podchodzi ostrożnie.
– Wiele lat później, kiedy powstawało nasze wiejskie gimnazjum, napisałem błagalny niemal list z prośbą o wsparcie, o kontakty. Adresatem listu był jeden z prominentnych urzędników warszawskiego magistratu, mój dawny kolega ze studiów; razem rzucaliśmy ulotki, krzyczeliśmy: precz z komuną, ja sprzedawałem „Archipelag Gułag”, on przewodniczył NZS-owi. Niestety nie otrzymałem nawet odpowiedzi, choć wiem skądinąd, że list odnalazł właściwą drogę. Kilka tygodni później spotkaliśmy się zupełnie przypadkiem w stołecznym zoo – dość ciekawa sceneria na niemal kombatanckie dialogi. Usłyszałem, że Unia, że Europa, że Łukaszenka, Rada Radiofonii. Wiem, że świadomość pokoleniowa tyczy spraw fundamentalnych, ale jedynie poziom podstawowy filtruje jej autentyczną wartość. Nie widzę tych podstawowych poziomów. Być może z perspektywy centrum wygląda to inaczej. Mówię to bez żalu. Właściwie bez większego żalu.
Odmówił, kiedy zaproponowano mu kandydowanie na wójta w jednej z okolicznych wsi (choć podobno miał szansę), bo, jak mówi, nie chce wchodzić w układy. Poza tym nigdy nie czuł szczególnej skłonności do polityki. Te wszystkie gonitwy po ulicach, ulotki, NZS – nie były flirtem z polityką, choć wtedy wszystko miało polityczny wymiar. – To były zajęcia wynikające z przekonania, że po prostu tak trzeba. Nic wielkiego – mówi. Od roku ‘89 brał udział w każdych kolejnych wyborach. Bez nadmiernej ekscytacji, ale również bez chorobliwego rozdrażnienia czy niesmaku. – W gruncie rzeczy nie wydarzyło się nic, co mogłoby przyprawiać mnie o nadzwyczajny kryzys. Nie zostałem sponiewierany ani szczególnie oszukany. Więc dzisiaj nie mam prawa narzekać. Zresztą nie potrafię się obrazić ani na Polskę, ani na demokrację. To byłoby nieprzyzwoite.
Dobrze zapamiętał nauki swojego mistrza, który opowiadał o powstawaniu wewnętrznej mapy. Więc najpierw sam kontur, potem rozległe pasma górskie, wyżyny, niziny i największe rzeki. Dalej miasta, wielkie, może jeszcze średnie, drogi i kompleksy leśne. Dopiero wtedy można nanosić dopływy rzek, jeziora, miasteczka i wioski. A jeśli pokusić się o odpowiednią skalę, zostanie miejsce na zagajniki, poślednie trakty, studnie, domy, ogrody, a nawet pojedyncze drzewa. – Wydaje mi się, że udało nam się narysować wyraźny kontur. Cała reszta przed nami. Dlatego nie mam czasu na zwątpienie i szczególnie natarczywe wątpliwości.
Relacje spisał, a niektóre osoby do ich własnoręcznego spisania nakłonił:
Tomasz Potkaj.
|