... w telewizji


Dobre wejście

Z Marią Zmarz-Koczanowicz, reżyserką filmu dokumentalnego „Pokolenie ’89”, rozmawia Tadeusz Sobolewski



Tadeusz Sobolewski: Od pomysłu do realizacji dokumentu o młodych Polakach minęło dobrych kilka lat...
MARIA ZMARZ-KOCZANOWICZ: – Przymierzało się kolejno trzech reżyserów. Były kłopoty ze znalezieniem klucza do tego tematu. Najpierw był klucz statystyczny – pokazać, dajmy na to, młodego polityka, robotnika, młodą matkę, młodą prostytutkę. Ktoś inny stwierdził po pół roku dokumentacji, że nie ma w ogóle takiego pokolenia. Ja pomyślałam, że warto skupić się na ludziach, którzy po pierwsze mieli potrzebę refleksji na temat swojego pokolenia i coś na ten temat publikowali, a po drugie na grupie znajomych, niezależnie od tego, czy są pokoleniem, czy nie. A oni bardzo chcieli nim być. W 1989 roku mieli dobre wejście.
To był trudny temat. Na ogół, robiąc dokumenty, boję się bohaterów zbyt świadomych siebie, gdyż wywiad z nimi łatwo zamienia się w nudne prezentowanie różnych racji, pozbawione emocji i przeżycia. Okazało się, że moje obawy są bezpodstawne. Bohaterowie wydali mi się barwni i ciekawi, różni.
Jak ich znalazłam? Jednych poznałam przez ciebie. Potem spotkałam się z Marcinem Mellerem, a on, dziennikarz, pomógł mi dotrzeć do innych. O tym, że film powinien powstać, upewniłam się, kiedy Kuba Wygnański powiedział mi, że właśnie zrealizowano w TVP film o „pokoleniu ZSP”, w którym wystąpili m.in. dyrektorzy z telewizji. A wciąż nie ma filmu o młodej opozycji końca lat 80, o ludziach z NZS-u.

Szykowali się na więcej

Pamiętam transmisję telewizyjną, którą cytujesz w filmie. Puszczono ją na żywo, w którąś niedzielę roku 1988. Była wydarzeniem niemal tak ważnym, jak debata Wałęsa – Miodowicz. Studenci z nielegalnego NZS-u weszli do KC. Przywitał ich ówczesny sekretarz, Leszek Miller. A oni – ci sami, których oglądaliśmy wtedy na ulicach Warszawy, w zadymach Pomarańczowej Alternatywy – powiedzieli władzy rzeczy, jakich się nie słyszało w mediach od 1980 roku. Bez lęku, bez uniżenia, ale też bez nienawiści, z pozycji czysto obywatelskich.
– Byli czyści. Pamiętający Peerel, ale – jak mówi Wygnański – „za młodzi, żeby nabroić. Nadawali się tylko do robienia dobrych rzeczy”. Ci idealiści w latach 90. stanęli wobec dwóch poważnych doświadczeń: wojny na górze u nas oraz wojny prawdziwej – oglądali ją jako korespondenci, w Karabachu, Jugosławii, Czeczenii, a także niosąc pomoc dla organizacji wolnościowych w Rumunii czy na Litwie. Tam naprawdę lała się krew.
Kiedy mówimy o polskich pokoleniach, automatycznie dodajemy w myśli: przegrane albo stracone. Ci z „Pokolenia ’89” są właściwie wygrani. To formacja jedyna w swoim rodzaju: nie ubrudzeni ani nie obezwładnieni za Peerelu, weszli w dojrzałe życie w najlepszym momencie dziejowym. Myślę, że wykorzystali swoją szansę, choć ich talentów chyba nie wykorzystano w pełni. Spełniają się na wiele sposobów – są nauczycielami akademickimi, dziennikarzami, menadżerami. Ale w tej optymistycznej historii o chłopcach z NZS-u kryje się jakaś ironia. Impet, z jakim wchodzili do życia publicznego w latach 90., wytraca się gdzieś po drodze. Nie z ich winy – to cecha naszego życia politycznego.
– Szykowali się na większe rzeczy. Liczyli, że będą mieli wpływ polityczny. Pod koniec lat 80. jak gdyby stali na palcach, wspinali się, żeby coś zobaczyć. A potem zostali przez historię czy przez wydarzenia polityczne odsunięci, wypluci. Na szczęście została im ironia. Przeczytałam u Agaty Bielik-Robson, że najoryginalniejszym pomysłem tego pokolenia była Pomarańczowa Alternatywa. Jej twórca, Major Frydrych, jest moim rówieśnikiem, ale ludzie, którzy robili te happeningi, byli młodsi, właśnie tacy, jak oni. W wywiadach, jakie robiłam dla filmu, wynikła rzecz dla mnie zaskakująca. Nie spodziewałam się, że ci warszawiacy, robiący w 1988 rewolucję krasnali, w tak dużym stopniu czuli się kontynuatorami prawdziwych bohaterskich zrywów. Potrafią opowiadać o tamtych zadymach z dystansem i humorem. A równocześnie mówią, że w 1988, w czasie strajków studenckich, czuli się jak rewolucjoniści, mieli w sobie ten rodzaj egzaltacji. Zazdrościli Pokoleniu ’68 – korowcom. Potrafią ostro osądzać to pokolenie, zarazem je podziwiając. Heroiczna przeszłość była dla nich żywa – zwłaszcza że wielu studiowało historię.
Lecz w końcu jako przeżycie pokoleniowe została im ta Pomarańczowa. Chcieli być patetyczni, stali się ironiczni.
– To źle?
– Nie wiem, chyba dobrze. W swojej ironii przypominają mi młodych Amerykanów. Z tą różnicą, że polityka w Polsce wciąż jest sprawą niesłychanie istotną. Nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak. Patrząc na losy Unii Wolności, myśli się o pokoleniu ’89, które nie miało szans odmłodzić tej partii. W ich wypowiedziach wraca wciąż pytanie: dlaczego nie powstał polski odpowiednik węgierskiego Fideszu? Zostali nie tyle wyeliminowani z polityki, co zniechęceni do niej. Kiedy się widzi degradację naszej klasy politycznej, myśli się: szkoda, że ci młodzi zostali odepchnięci. Żyją sprawami publicznymi, jest w nich prawdziwy niepokój o Polskę – że nie będzie miał kto przeciwstawić się Samoobronie, że nie wejdziemy do Unii.
Od strony życiowej odepchnięcie od wielkiej polityki wyszło im chyba na dobre. Nie utopili w niej swoich talentów. Mimo obywatelskich lęków, nie ma w nich cienia kompleksu, frustracji, resentymentu. Nic z polskiego poczucia niższości, który był naszym udziałem, jest za to rodzaj dumy, poczucie partnerstwa wobec Zachodu. To pokolenie ludzi wierzących w siebie.

Nie wierzę w statystykę

– Więc jednak pokolenie? 
– Oni nie używają tego pojęcia. Zdają sobie sprawę, że należą do elity, że ich rówieśnicy z biednych obszarów mają zupełnie inne biografie i inne doświadczenie tych czasów. Ale nie przejmowałam się tym, robiąc film. Nie wierzę w statystykę i uważam, że pokoleniem są ci, którzy chcą być pokoleniem. A oni chcieli. Mają potrzebę racjonalizowania swoich doświadczeń, wspólnych dla wielu młodych inteligentów. Kiedy producentka i kierowniczka produkcji, rówieśniczki bohaterów filmu, oglądały materiały, raz po raz wołały: to o mnie! ja tak samo myślę!
– Co odkryłaś dzięki temu filmowi?
– Znałam wcześniej kilkoro ich rówieśników ze środowiska wrocławskiego, ale oni stali się skrajnie prawicowi. Prawicowość była dla nich rodzajem kontestacji. Ich wybory były dla mnie niepojęte, ale po rozmowach z bohaterami mojego filmu zaczęłam trochę rozumieć powody tego konserwatyzmu – po części brał się on z poczucia odrzucenia, powstał w wyniku wojny na górze, konfrontacji Wałęsa – Mazowiecki, która wprowadziła nowe, sztuczne podziały.
Próbowałam spojrzeć na lata 80. ich oczami. Podobały mi się ich opowieści o dzieciństwie – zabawa w kontestację. Właśnie zabawa – było to pokolenie, które niósł prąd dziejowy. Ich dzieciństwo przypadło na stan wojenny, wejście w dorosłość – na czas wolnych wyborów i Jesieni Narodów. Mogli być opozycjonistami, nie płacąc za to wielkiej ceny, jak ich poprzednicy. Byli ideowcami, którym „żyło się całkiem wesoło”, dla których działania opozycyjne były sposobem wyżycia się. Entuzjazmu, który w nich był w roku 1988 czy 1989 – większość społeczeństwa nie czuła. Pamiętam, że sama, starsza od nich o 10 lat, patrzyłam na tamte wydarzenia – Okrągły Stół, wolne wybory – przygaszonym okiem, nie bardzo wierząc, że się uda.
– Jest coś, czego im zazdrościsz?
– Nie tylko młodości. Przede wszystkim rozmachu życiowego. Doświadczeń studenckich. Poczucia, że są razem. Nie chcę powiedzieć, że coś dostali od historii za darmo, ale na pewno przeżyli więcej ode mnie. Nigdy nie miałam wrażenia, że jestem w centrum wydarzeń, w grupie, która cokolwiek znaczy. W tym sensie nie uczestniczyłam w życiu swojego pokolenia.
Zaczęłam studia w katowickiej szkole filmowej przed Sierpniem ’80 – były tam bardzo dobre warunki, szykowano nas na janczarów telewizji. Pamiętam z 1979 taki obrazek, który przedtem widywałam tylko w kronice filmowej. Prezes Maciej Szczepański wali pięścią w mównicę i woła do nas: musicie oddać klasie robotniczej dług, który u niej zaciągnęliście! Za chwilę ogłoszono go zdrajcą i marnotrawcą państwowych pieniędzy. Więc już sam początek naszej edukacji był groteskowy.
Potem przyszedł stan wojenny, który miał również, obok strony tragicznej, stronę groteskową. Tuż przed 13 grudnia zrobiliśmy strajk na uczelni. Zaczęły się wtedy wyłaniać postacie rygorystów, bardzo podobne do tych, które dziś znam z życia politycznego. Chłopak, który został szefem strajku, z dnia na dzień kompletnie się zmienił, z kumpla, z którym zawsze można się było napić piwa, stał się moralistą, na każdym kroku oddzielającym dobro od zła, czarne od białego. Siedzieliśmy w budynkach szkoły, w parku chorzowskim. Pies z kulawą nogą nie interesował się naszym strajkiem, a on przekonywał, że otaczają nas czołgi. Inna rzecz, że miał słuszne przeczucia: zaraz potem przyszedł stan wojenny. Tu muszę oddać honor szefowi naszego strajku: kiedy rozjechaliśmy się do domów, on został w szkole. W dniu stanu wojennego przyszli robotnicy z huty Baildon, którym obiecaliśmy, że będziemy razem strajkować. I Mirek poszedł z nimi. Mówili mu: uważaj, za to może być czapa. On: idzie zima, trzeba czapę włożyć! Był internowany. Ale była jakaś ironia w tym doświadczeniu.

Ironia

Pamiętam pierwszy kontakt z twoimi filmami. W stanie wojennym, w kościele na Żytniej pokazywaliśmy z Jurkiem Kapuścińskim nowe filmy polskie. Na ogół utrzymane w tonie żałobnym, tragicznym: „Nadzór” Saniewskiego, „Wigilia” Wosiewicza. A obok twój krótki film „Każdy wie, kto za kim stoi”, zupełnie inny w tonie, zabawny. Pokazałaś monstrualną kolejkę po meble, ludzi, którzy tworzą komitet kolejkowy, zapisują się na jakieś listy, a potem, kiedy otwierają się drzwi, łamią cały porządek i depcą po sobie, wdzierając się do sklepu. W duchu stanu wojennego można by powiedzieć: upodlony naród, oto co oni z nami zrobili! Pokazałaś co innego: ludzi, którzy sami sobie stwarzają sobie sytuację upodlającą. Była w tym celna ironia.
– Takie ironiczne widzenie było cechą polskiej szkoły dokumentu, niektórych filmów Kieślowskiego, Łozińskiego. Ale mieliśmy pokusę, żeby pójść jeszcze dalej w rozbijaniu powagi mówienia o totalitaryzmie. Nie żyliśmy w świecie Orwella. W drugiej połowie lat 80. coraz mniej było grozy, coraz więcej groteski. Zrobiłam film „Jestem mężczyzną” w stylu dokumentu o groźnym totalitarnym dyktatorze, który w podwrocławskich Świniarach opanował najważniejsze stanowiska, został szefem koła Ligi Kobiet, na jego cześć śpiewano pieśni. Ale w skali Świniar wszystko to było śmieszne. Kiedy pojechałam do Ameryki i obserwowałam tamtejszy folklor społeczny, przekonałam się, że jest tam równie groteskowo, więc nie jest to tylko sprawa ustroju. Byłam szczęśliwa, kiedy pojawiła się Pomarańczowa Alternatywa.
– Tu się spotykasz z Pokoleniem ’89.
– Pomarańczowa wzięła się z doświadczenia solidarnościowych strajków. Kiedyśmy strajkowali w szkole w Katowicach, Major był na Uniwersytecie Wrocławskim – i on również patrzył z dystansu na to, co się tam działo, drażniła go atmosfera nadętej powagi. Razem z kolegami napisali „manifest surrealizmu socjalistycznego”, w którym ośmieszali patos walki. W rezultacie zostali wykluczeni ze strajku. Ich doświadczenie było mi bliskie i przydało się teraz, kiedy robiłam „Pokolenie ’89” – z bohaterami filmu dogadywałam się tym samym językiem.
– Dlaczego doświadczenie Pomarańczowej Alternatywy było tak ważne? 
– Ważne było to – jak powiedział kiedyś Józef Pinior – że otworzyła się nowa przestrzeń działania, pomiędzy polityką a sztuką. Po traumatycznym, wydawało się, nieprzekraczalnym przeżyciu stanu wojennego można było zrobić krok naprzód, nie grzęznąc w polityce, która w Polsce staje się pułapką dla kolejnych pokoleń. Można było silnie zamanifestować swój stosunek do świata, wyrazić siebie na innym obszarze. Była to zapowiedź wolności. Dziś młodzi ludzie mogą się wyrażać na wielu polach.
– Bywają programowo apolityczni.
– Ostatnio robiłam dokument o kulturze techno. Jest tam scena, kiedy bohaterowie filmu, dwudziestolatki, mijają demonstrację „Solidarności” w Alejach Ujazdowskich. Jeden z didżejów przygląda się manifestantom i mówi: ostatnio dowiedziałem się, że podobno w Polsce jest kryzys.

*

O tym, że należymy do jakiegoś pokolenia, przekonujemy się po fakcie. Idziemy własną drogą, która potem okazuje się ona w jakiś sposób typowa. Gdybym miał najkrócej podsumować nasze doświadczenia – twoich bohaterów, twoje i moje – powiedziałbym tak: moje pokolenie na nic nie liczyło. Każdy z nas próbował realizować siebie w wyznaczonych ramach, zdawało się, niezmiennych. Dla mnie stan wojenny był momentem prawdy, pożegnaniem Peerelu, w jakimś sensie był więc doświadczeniem wyzwolicielskim. Dla ciebie – przede wszystkim doświadczeniem zamknięcia. Oni są pierwszym pokoleniem nie obciążonym Peerelem, choć ujmujące jest to, że tak wiele o przeszłości wiedzą. Może dlatego łatwo się z nimi porozumieć.
– Mam poczucie, że to pokolenie zwieńcza jakieś doświadczenie, bliskie nam wszystkim. Bardziej wieńczy, niż otwiera coś nowego. W tym sensie moi bohaterowie, choć tak nowocześni, są zakorzenieni w przeszłości, w której i myśmy wyrośli. Podoba mi się, co mówi Kuba Wygnański o zatraconym etosie polityki jako służby społecznej. W tym, co robię – mówi – wolę być naiwny niż zachowywać się jak stary wyjadacz. Ale podoba mi się także to, co mówi Szymon Gutkowski, w 1989 typowany na przyszłego premiera, dziś szef wielkiej agencji reklamowej: muszę zdobyć pełną niezależność materialną, aby móc wrócić do polityki jako człowiek z własną pozycją. On również nie traktuje polityki jako celu samego w sobie, tylko jako „narzędzie, drogę do budowania dobrego kraju.”


Maria Zmarz-Koczanowicz (1954) – reżyser, absolwentka Wydziału Malarstwa ASP we Wrocławiu oraz reżyserii na Wydziale Radia i TV Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Od chwili debiutu w 1982 roku („Każdy wie, kto za kim stoi”) zrealizowała kilkadziesiąt filmów dokumentalnych, wśród nich m.in.: „Major albo rewolucja krasnali” (1989), „Nie wierzę politykom” (1990), „Teresa Torańska My-Oni-Ja” (1994), „Bara bara” (1996), „Polska ruletka” (1998), „Jasnowidz” (2000), „Noc z Generałem” (2001), „Siłaczka” (2002); autorka dokumentalnych portretów Jerzego Turowicza („Zwyczajna dobroć”, 1998), Jerzego Grotowskiego (1999) i Czesława Miłosza („Czarodziejska góra”, 2000), spektakli Teatru Telewizji – m.in. „E. E.” według powieści Olgi Tokarczuk (1999) oraz „Sandra K.” według opowiadania Manueli Gretkowskiej (2000), wreszcie filmu fabularnego „Kraj świata” (1993), na motywach opowiadań Janusza Andermana.

Tadeusz Sobolewski (1947) – krytyk filmowy i literacki, redaktor „Gazety Wyborczej”, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 




do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl