Amerykanie
w Krakowie
Jeżeli Zen jest we mnie,
będzie też w moich wierszach
Z Jane Hirshfield
rozmawia Jerzy Illg
Jerzy
Illg: – Jakie były Twoje początki poetyckie?
Jane Hirshfield: – Myślę często, że pisarzami zostają dwa rodzaje dzieci. Jedne uwielbiają występować i recytować, gdy ich rodzice urządzają przyjęcia. Ja nie byłam takim dzieckiem: rozpaczliwie nieśmiała, samotna, zwróciłam się ku pisaniu jako ku sposobowi zrozumienia świata, ale też ku drodze własnego rozwoju.
Urodziłam się w roku 1953 i wychowałam w Nowym Jorku, w domu z czerwonej cegły, jakie budowano po drugiej wojnie światowej. Dla dziecka nie było to otoczenie magiczne... Małe mieszkanie nie miało żadnych zakamarków, nie było wiejskiego otoczenia, które można by poznawać. W domu nie opowiadano sobie żadnych historii, nikt w mojej rodzinie nie był też szczególnie zainteresowany literaturą. Mimo to czytałam klasyczne książki dla dzieci i już we wczesnym dzieciństwie zrozumiałam, że słowo pisane może zapewnić dostęp do tajemnicy i potęgi, że mogę przenieść swoje pytania i doświadczenia do tajemniczej krainy, jaką jest język. W ciszy uśpionego domu znajdowałam sposób mówienia o rzeczach, o których nie można było mówić za dnia.
Wkrótce po tym, jak nauczyłam się pisać, na brązowawym arkuszu papieru w szerokie linie, jaki daje się u nas uczniom do ćwiczeń, napisałam: „Kiedy dorosnę, chcę być pisarką”. Mama zachowała ten arkusz i gdy ukazała się moja pierwsza książka, wyjęła go z dna szuflady komody... Pisząc tamte słowa, z pewnością nie myślałam, że będę wydawać książki – ta deklaracja była raczej wyrazem tęsknoty do tego, by mówić prawdziwie i głęboko, z samego źródła swojej istoty. Nawet w tak młodym wieku czułam, że poezja jest naczyniem, w którym może ukształtować się ludzka istota, jest dla duszy niejako tyglem. I wiedziałam, że tego właśnie potrzebuję: znaleźć drogę do pełni istnienia.
– Wiele osób zaczyna pisać wiersze w młodym wieku, później zaś, gdy rośnie krytycyzm – przestaje. Czy miałaś taką przerwę w pisaniu?
– Tak, ale miała ona zupełnie inny charakter, wiązała się bowiem z podjęciem poważnej praktyki buddyzmu Zen. Gdy w roku 1973 ukończyłam studia w Princeton, przez rok pracowałam na farmie. Zbierałam brzoskwinie i kukurydzę, jabłka i dynie, jeździłam traktorem. Potem, gdy z początkiem grudnia skończył się sezon zbiorów, wsiadłam do czerwonego dodge’a – vana z biało-żółtymi zasłonami i ruszyłam samotnie na Zachód w poszukiwaniu przyszłości. W vanie miałam łóżko, małą półkę na książki, lodówkę, kuchenkę kempingową – i przez cztery czy pięć miesięcy przemierzałam kraj, szukając miejsca, w którym chciałabym żyć. W tym wędrownym domu czułam się całkowicie samowystarczalna i bezpieczna, spędzając noce nad rzekami lub przy starych leśnych duktach. Myślałam, że znajdę jakąś pracę i będę pisać wiersze. Ale interesował mnie również buddyzm, zwłaszcza Zen. Wiedziałam, że na odludziu w Kalifornii znajduje się klasztor, którego reguła oparta jest na japońskiej tradycji Soto – z tym wyjątkiem, że zezwala się tam na wspólną praktykę kobietom i mężczyznom. Chciałam to zobaczyć.
Nie wiedziałam wówczas zbyt wiele o praktyce Zen, ale czytałam klasyczną poezję japońską i chińską, dzięki którym miałam jakieś wyobrażenie, czym jest doznanie, smak i idea Zen. Od dawna w niewytłumaczalny sposób pociągała mnie kultura japońska. Pierwszą książką, jaką sobie kupiłam, gdy miałam osiem lub dziewięć lat, był mały zbiorek japońskich haiku. Nie mam pojęcia, co dziewczynka dorastająca w Nowym Jorku mogła dostrzec w tych mikroskopijnych wierszykach wyrastających ze świata natury, o podskórnym buddyjskim nurcie. A jednak mówiły o czymś podstawowym i pięknym.
Podążałam więc tą kuszącą ścieżką, przez różne zakręty, acz nieprzerwanie, przez różne punkty zwrotne mego życia, które ujawniały kolejne aspekty stosunku Zen do rzeczywistości. Podstawowe idee buddyzmu zawsze były mi bliskie. Ten sposób widzenia świata nie jest oczywiście czymś przypisanym jedynie kulturom Azji. U Emersona i Thoreau znaleźć można „domieszki” buddyjskie; Thoreau nawet przełożył na angielski buddyjską sutrę, posługując się tłumaczeniem francuskim. Pewne aspekty buddyzmu można wytropić także u Horacego, o którym uczyłam się w szkole średniej. Cokolwiek studiowałam, wszędzie natrafiałam na pisma wyrażające ulotność ziemskiej egzystencji, a także znaczenie życia całą pełnią w każdym momencie. Rozpoznawałam w tym prawdę, którą chciałam żyć, coś, co odczuwałam jako autentyczną odpowiedź na pytania o kondycję ludzką.
– Jak to się miało do Twojego wychowania? Czy cokolwiek w Twojej tradycji rodzinnej mogło cię skłaniać ku buddyzmowi?
– Wzrastałam właściwie bez jakichkolwiek praktyk religijnych. Moja rodzina jest pochodzenia żydowskiego, jeden z prapradziadków był nawet rabinem w czasach wojny secesyjnej, ale niewiele z tej tradycji przetrwało. Obchodziliśmy świeckie Boże Narodzenie; w dzieciństwie byłam zaledwie kilka razy w kościele. Czy to nie dziwne, że w wieku dwudziestu jeden lat wybrałam drogę rygorystycznej praktyki w klasztorze? Pamiętam, jak mając pięć lat szłam, trzymając za rękę moją mamę i powiedziałam jej: „To bardzo niedobrze, że nie jesteśmy katolikami, bo ja nie będę mogła zostać zakonnicą”. To musiało być dla niej zaskakujące. Ale masz tu dowód, że – podobnie jak to było z poezją – od samego dzieciństwa coś mnie pchało w stronę intensywnej praktyki duchowej.
– Jak zostałaś „regularną” uczennicą Zen?
– Czułam, że żyję zupełnie niewłaściwie. Nie potrafię wyjaśnić tego dokładniej: czułam, że nie wiem, jak być człowiekiem, jak prawdziwie panować nad swoim życiem. Byłam przekonana, że dopóki się tego nie dowiem, niczego nie będę umiała robić dobrze. Odnalazłam więc ów klasztor i przebyłam czternaście mil stromą, wyboistą drogą, żeby zobaczyć, jak tam jest. Na początek zostałam na kilka dni... Miejsce nazywało się Tassajara – to stare indiańskie słowo, które oznacza „miejsce suszenia mięsa”. Znajdowały się tam gorące źródła i to miejsce zawsze uważane było za święte. Po paru dniach pomyślałam: „Może powinnam tu zostać i kontynuować praktykę przez kilka miesięcy, żeby zrozumieć, na czym to wszystko polega. Zen jest chyba dobrym, prawdziwym sposobem życia”. A po kilku miesiącach uświadomiłam sobie oczywiście, że nic nie wiem. Po kilku miesiącach rozumiesz, że nic nie rozumiesz.
– „Góry nie były górami, rzeki nie były rzekami...”
– Właśnie. To było deprymujące. Kolana miałam obolałe od wielogodzinnego siedzenia w zazen, byłam zmęczona codziennym wstawaniem przed czwartą rano. A jednak... Czułam, że oto jest coś, co muszę zgłębiać. I skończyłam jako regularna uczennica, praktykując przez osiem lat w różnych miejscach należących do tej samej wspólnoty Zen. Na trzy lata wróciłam do pierwszego klasztoru, który w zimie jest zamknięty dla gości i zachowuje bardzo surową regułę. Nie ma elektryczności ani ogrzewania, mieszka się w małych sekwojowych domkach z plastikowymi szybami, zimną wodą i kilkoma naftowymi lampami. Przez trzy miesiące nikt nie przyjeżdża i nikt nie wyjeżdża – widzisz te same czterdzieści czy pięćdziesiąt twarzy, i to wszystko. Czasami, późną nocą, słyszysz, jak drą się pumy, schodzące do wodopoju. Góry są młode i ostro obrysowane, gwiazdy zaś szczególnie błyszczące, jako że nie mają konkurencji żadnych innych świateł.
– Czysta poezja. A co z pisaniem wierszy?
– Żyjąc tam, wiedziałam, że nie mogę pisać wierszy, po pierwsze dlatego, że w zakonnej regule nie było na to czasu, po wtóre, ponieważ uczono nas: „Nie zajmujcie się niczym innym, tylko praktyką Zen”.
– Słowa były niepotrzebne...
– W klasztorze Zen słów używa się bardzo oszczędnie. Byt objawia się w ciszy, podczas medytacji lub pracy. Pochłoniętemu trajkotaniem, z innymi czy też z samym sobą, trudno o głęboką koncentrację. Szansa prowadzenia życia nierozproszonego, koncentrowania się na jednej rzeczy, miała dla mnie duże znaczenie. Cóż za luksus, móc w tym wieku prowadzić przez pewien czas życie wypełnione koncentracją i ciszą – a w Zen trening klasztorny podejmuje się zawsze na jakiś ograniczony czas, po którym powraca się do „normalnego” świata. Tak jest nawet w przypadku zakonników – pod tym względem Zen różni się zasadniczo od chrześcijaństwa. Inna różnica polega na jednakowym traktowaniu podczas praktyki klasztornej osób świeckich i mnichów.
– Czy to, że nie mogłaś pisać, przedstawiało dla Ciebie trudność?
– Czułam, że byłabym marną poetką, gdybym nie znalazła sposobu poznawania głębiej samej siebie i świata. Dla poety pisanie wierszy nie powinno być przedmiotem ambicji ani też celem. Powinien pragnąć poznać świat, życie swoje, innych ludzi, życie zwierząt, roślin i przedmiotów. Język poetycki jest jedną z form, jakie przybrać może poszukiwanie wiedzy, ale nie sądzę, żeby sama miłość do języka wystarczyła; dla mnie była ona z pewnością niewystarczająca. Miałam świadomość ryzyka, że po trzech latach niepisania być może moja Muza przeniesie się w bardziej szczęśliwe rejony, gdzie czułaby się milej widziana. Ale uważałam, że nie powinien być poetą ktoś, kto nie musi nim być. I gdy powróciłam do „normalnego” świata, wiersze także zaczęły do mnie powracać. Naprawdę myślę, że zaczęłam pisać poezję już w odmienny sposób, ponieważ praktykowałam Zen.
– Twoje wiersze nie są „buddyjskie” w takim sensie, jak np. wiele utworów Gary Snydera, Allena Ginsberga. Buddyzm jest wyraźnie obecny w Twojej poezji, jednak w zupełnie inny sposób.
– To prawda. Istnieją cztery tradycyjne ścieżki praktykowania buddyzmu. Jedna jest drogą kapłana, druga drogą mnicha, trzecia – gospodarza, a czwarta – którą, jak sądzę, kroczy moja poezja, nazywana jest „praktyką herbaciarni”. Nazwa wzięła się od starej kobiety, która miała herbaciarnię na skraju drogi. Kobieta nie nazywała jej herbaciarnią Zen, nie była też mniszką. Ale wszyscy lubili zachodzić tam na herbatę, ponieważ parzono ją i podawano z uwagą. Imbryk stawiano troskliwie, gdy zaś nalewano herbatę, słychać było, jak wlewa się ona do filiżanki ze szczególnym dźwiękiem.
Ta ścieżka jest rodzajem ukrytej praktyki buddyjskiej – podawać herbatę, a nie „uprawiać buddyzm”. I to zawsze wydawało mi się właściwym sposobem, w jaki Zen powinien żyć w mojej poezji. Poezję otwarcie buddyjską bardzo cenię w twórczości innych, ale jest ona obca mojemu pisaniu. Zarówno w praktyce Zen, jak i w poezji zawsze pragnęłam po prostu być w świecie, nic więcej. Egzotyczna powierzchowność może oddzielać od innych ludzi. Jeżeli wiersz sprawia wrażenie „buddyjskiego”, wielu pomyśli: „Nie muszę tego czytać. To do mnie nie przemawia”. Chciałabym, żeby moje wiersze przemawiały do wszystkich, tak jak przemawiały do mnie japońskie haiku, kiedy byłam małą dziewczynką – pewnie dlatego, że nie zawierały buddyjskich pojęć, mówiły o kwiatach i świerszczach, żabach i deszczu. Więc nie troszczę się specjalnie, czy moje wiersze mają w sobie Zen czy też nie. Jeżeli Zen jest we mnie, będzie też w moich wierszach.
– Wracając do Twojej biografii – gdzie mieszkałaś po opuszczeniu klasztoru w Tassajara?
– Ostatni z trzech ośrodków Zen, w których przebywałam, położony jest w Muir Woods, w Kalifornii, nad Pacyfikiem. Teraz mieszkam bardzo niedaleko stamtąd, w najbliższym miasteczku, oddalonym o dwadzieścia minut od San Francisco i czterdzieści pięć minut od Berkeley. Wylądowałam w Kalifornii trochę dlatego, że to jest kultura wybrzeży Pacyfiku, ale w większym stopniu dlatego, że tu ciągle jeszcze ma się poczucie, jak ważna jest ziemia.
– Z powodu trzęsień ziemi?
– [ze śmiechem] Ach, myślisz, że to świadomość nietrwałości sprawia, iż bardziej kochamy świat. Nie sądzę, żeby to była prawdziwa przyczyna. Jest nią po prostu piękno tej ziemi. Wschodnie Wybrzeże jest zamieszkane przez białych osadników już od czterech stuleci – choć mam świadomość, że w porównaniu z Europą to tylko cieniutka warstewka pokostu. W Kalifornii, która jest stanem zaledwie od stu pięćdziesięciu lat, ma się bardziej dojmujące „poczucie” ziemi i ludzie współistnieją tam, nie dominując jedni nad drugimi. Zachowało się tu także więcej otwartej przestrzeni. To ma dla mnie znaczenie.
– Masz spotkania autorskie, wykładasz, odwiedzasz wiele uniwersytetów i college’ów, właściwie jesteś ciągle w drodze...
– To wielki przywilej móc mówić o poezji, i oczywiście jestem szczęśliwa, że publiczność chce słuchać moich wierszy. Czasem myślę, że moje obecne życie jest przeciwwagą do wcześniejszej spokojnej, samotnej i kontemplacyjnej egzystencji. Życie każe mi nauczyć się, jak stawać przed publicznością, jak przemawiać do ludzi – i odnajdywać w tym radość. Ale czy to nie jest ironia, że ścieżka prywatna i samotna zaprowadziła mnie w świat międzyludzkiej komunikacji? Nieźle jest zachować pomiędzy tymi światami równowagę.
– Miłosz twierdzi, że życie literackie w Ameryce zmieniło się bardzo w ciągu ostatnich dekad. Poezja odgrywa szczególną rolę w duchowym, a nawet społecznym życiu Ameryki. Pozycja Poety Laureata i jego zadanie propagowania poezji w najszerszych kręgach społeczeństwa, w metrze i supermarketach, w mediach i internecie – wydaje się dosyć wyjątkowa; nie słyszałem o podobnych inicjatywach gdzie indziej w świecie.
– Ależ taką inicjatywę podjęto właśnie w Krakowie. Są nią Spotkania Poetów. Jesteśmy wszędzie, w radio, w telewizji, czytamy wiersze w kościołach i na uniwersytecie, podpisujemy je w kawiarni...
– Ale to rodzaj święta, które odbywa się co trzy lata.
– Czytania poezji w Ameryce są rzeczywiście bardziej rozpowszechnione, ale dla mnie taki festiwal jak krakowski jest świętem nieporównywalnym z niczym innym.
Rolą sztuki jest kierować się ku wszystkiemu, co nienazwane, niezbadane. W kulturach, gdzie ludzie stali się nadmiernie nastawieni na świat zewnętrzny, nazbyt ambitni, nazbyt utożsamiający się ze swymi publicznymi wizerunkami, sztuka nieuchronnie, mam nadzieję, odnajdzie drogę do zaniedbanych obszarów ducha – i ochroni je. Poezja w Ameryce pozostaje sztuką peryferyjną, niezależnie od tego, jak wiele jej widzimy w metrze czy w autobusach, na transparentach czy na mosiężnych tabliczkach umieszczonych na ulicach. I myślę, że tak jest dobrze. W amerykańskiej kulturze dominuje rock and roll czy kino Hollywood, poezja nie musi spełniać zadań, które pełnią tamte sztuki. Chroni naszą zdolność do kontemplacji, do myślenia głębokiego, bardziej złożonego i subtelnego. Powinna istnieć delikatna równowaga pomiędzy pragnieniem, żeby poezja była popularna, a świadomością niebezpieczeństwa, jakim może okazać się nadmierne przywiązanie się do wycelowanych w nas reflektorów.
– W czym tkwi to niebezpieczeństwo?
– W tym, że poeci zatracą zdolność prawdziwego widzenia i prawdziwego mówienia o tym, co widzą – a to ich właściwa rola. Wszak dlatego poeci chińscy, rzymscy, rosyjscy czy polscy zsyłani bywali na wygnanie. To honorowa odznaka na piersi poezji – poeci tworzyli myśli, które sprawiały, że władcy wypędzali ich; ujmowali swoje myśli w formę tak piękną i niezapomnianą, że dużo później, gdy władca zsyłający poetę był już dawno zapomniany, wiersz pamiętano. Dlatego nie tęsknię tak bardzo za tym, żeby poezja była nazbyt popularna. Dobrze jest, jeżeli pozostaje czymś rzadkim i niezwykłym. Jak papryka albo czosnek – poezja ma taką moc, że nawet niewielka jej ilość może obudzić język i serce. Nie ma powodu, ażeby okładać nią ludzi po głowach.
Nawet wiersz napisany w samotności, głęboko schowany, nigdy nie drukowany ani nie wygłaszany, tworzy więź pomiędzy ludźmi poprzez samą „technologię” słów – język jest aktem komunikacji. Wallace Stevens określił język poetycki jako sposób opierania się światu. Gdy czujesz się zgnębiony i dla oddania tego potrafisz znaleźć stosowną frazę, już zrobiłeś krok ku wyzwoleniu się z zagubienia, nieuchronnych cierpień i strat będących udziałem każdej istoty ludzkiej. Chcemy odpowiadać światu, i to odpowiadać nie byle jak, chcemy nadawać naszej odpowiedzi wyraz, który posiada właściwy kształt, siłę, kondensację, głęboką myśl i uczucie. Wiersz to są słowa nasączone czasem, muzyką i uczuciem. Gdy zanurzasz w szklance woreczek z herbatą, napar staje się z czasem coraz mocniejszy. W poezji język podobnie zmienia swoją moc. Dla mnie ta przemiana jest bardzo ważnym atrybutem poezji. Lubię zdania długo polerowane, świadomość długo się nasączającą... jak w wierszach Czesława Miłosza, Wisławy Szymborskiej, Seamusa Heaneya, w poezji, która przedostaje się na papier, a potem do wnętrza człowieka, jego języka, ucha – na chwilę potrzebną, by nastąpiła owa alchemiczna przemiana, przynosząca więcej mądrości, aniżeli ktokolwiek jest w stanie wyrazić, włącznie z twórcą wiersza.
– Wspomniałaś o Miłoszu i Szymborskiej. Jakie jest ich miejsce w życiu literackim Ameryki? Kim są dla Ciebie?
– Zaczęłam czytać Miłosza w roku 1979, gdy Ecco Press wznowiło jego „Bells in Winter”, tom wydany po raz pierwszy w roku 1968. Przeczytałam tę książkę na rok przed jego Noblem i poczułam się jak ktoś, kto posiadł dobrze strzeżoną tajemnicę. Dzieło Miłosza poraziło mnie – niczego podobnego wcześniej nie czytałam. Później, w 1982, ukazało się po angielsku pierwsze wydanie poezji Szymborskiej, które mało kto dzisiaj pamięta, bo była to skromna książeczka jednego z małych wydawnictw. Ale natrafiłam na nią i poczułam się tak, jak gdyby dzięki tym nowym poetom – do których dołączył wkrótce Zbigniew Herbert oraz antologia „Polish Post-war Poetry” – rozsunęła się kurtyna, odsłaniając nowy wszechświat. Każdy z tych poetów był rewelacją na swój odmienny sposób. Uczynili dla mnie to, co – jak sądzę – czyni każdy dobry poeta: powiększyli mój świat. Od wielu lat, gdy ludzie pytają: „Co czytasz?” – odpowiadam: „Polską poezję”. Wciąż ją czytam i wciąż do niej powracam.
Do wielkich poetów powraca się nie dlatego, że są wielcy, ale dlatego, że mówią rzeczy, które chce się usłyszeć. W moim przypadku dotyczy to zwłaszcza Miłosza – przypomina mi o rzeczach, o których powinnam pamiętać. Jego dzieło formuje mój świat, i łaknę tego w coraz większym stopniu. Kiedy pojawia się nowy wielki wiersz, to jest tak, jak gdyby z Pacyfiku wyłoniła się nowa wyspa.
– Czy polscy poeci wpłynęli na Twoją poezję?
– Ogromnie. I myślę, że nie jestem w tym odosobniona. Seamus Heaney mówił o „polskiej szkole irlandzkiej poezji”. Sądzę, że polska poezja oddziałała na młodych pisarzy na całym świecie. W latach pięćdziesiątych nasze życie literackie przypominało izolowaną wyspę – ludzie czytali niemal wyłącznie poezję amerykańską i brytyjską. Potem zaczęto tłumaczyć Nerudę i Lorkę, co stworzyło zjawisko nazywane w Ameryce „the deep image poem”. Przekładano Rilkego i to był jeszcze jeden nowy świat. Innym był surrealizm. Potem poeci rosyjscy: Achmatowa, Mandelsztam, Cwietajewa, dwudziestowieczni poeci greccy: Kawafis, Seferis, Ritsos, i wreszcie – być może ostatnia najważniejsza szkoła dla młodych pisarzy – w Ameryce zaczęto wydawać i czytać poetów polskich. I świat się zmienił – nie tylko świat poezji, ale w ogóle świat, który poznawałam.
– W Ameryce sprzedano 120 tysięcy egzemplarzy „Collected Poems” Wisławy Szymborskiej, co jednak jest zdumiewające, zwłaszcza że chodzi o poezję niemal niemożliwą do tłumaczenia, pełną paradoksów, ironii, gier słownych i idiomów.
– Martwi mnie, że tak wielu rzeczy nie poznam i nie usłyszę, ponieważ muszę czytać te wiersze w przekładach. Wyobrażam sobie, jak wiele tracę. Podczas Festiwalu zorganizowanego na cześć Miłosza przez Roberta Faggena w Claremont MacKenna College w 1998 roku rozmawiałam z ludźmi, którzy znali dzieło Miłosza w oryginale i w tłumaczeniach. Zapytałam ich: „To brzmi cudownie po angielsku – jakie to jest po polsku?” Usiłowali zobrazować różnicę, rozkładając ręce: jedną na wysokości kolan, drugą wysoko ponad głową. Próbowałam potem napisać o tym wiersz; była tam mowa o oglądaniu świata z wysokości kostki żyrafy. Myślę jednak, że nawet widok z wysokości kostek żyrafy to dosyć, żeby zmienić czyjeś życie.
– Czesław Miłosz przetłumaczył kilka Twoich wierszy i ogłosił je w swojej antologii „Wypisy z ksiąg użytecznych”.
– To jeden z największych zaszczytów, jakie mnie spotkały.
– Kiedy spotkałaś go po raz pierwszy?
– Na przyjęciu wydanym przez Roberta Hassa i Brendę Hillman na Angel Island, jednej z wysp w Zatoce San Francisco. Było tam sporo osób i wciąż od kogoś słyszałam: „Proszę, porozmawiaj z Czesławem!” – okazało się bowiem, że wszyscy boją się z nim rozmawiać. Pomyślałam: „Ja też się boję, ale jeżeli wszyscy będą się bali, a on będzie chciał z kimś porozmawiać, z pewnością to zrobię”. No więc poznałam Miłosza i jego żonę Carol, poszliśmy na spacer wokół wyspy i rozmawialiśmy. A kilka miesięcy później, gdy któregoś ranka leżałam w łóżku i czytałam, zadzwonił telefon. Głos, którego nie rozpoznałam, zapytał: „Czy to Jane Hirshfield?” Powiedziałam: „Tak”. Głos zapytał: „Poetka Jane Hirshfield?” Zastanawiając się, czy to nie jakiś dowcip, potwierdziłam. Wtedy usłyszałam: „Mówi Czesław Miłosz”. Gdybym mogła wypaść z łóżka, na pewno bym wypadła. Potem nastąpiło zaproszenie na kolację, no i zaczęła się przyjaźń.
– Niedawno ukazała się w Ameryce Twoja nowa książka „Given Sugar, Given Salt”, która odznaczona została The Bay Area Book Reviewers Award i nominowana była do najpoważniejszej amerykańskiej nagrody, The National Book Critics Circle Award. Czy mogłabyś opowiedzieć o Twoich nowych wierszach?
– Pewna część to medytacje o domowych przedmiotach, jak zegary, poduszki czy atrament. Inne mówią o bardzo zwyczajnych, choć na ogół niezauważanych chwilach życia, o naszych przyzwyczajeniach albo o tym, jak nie da się wypowiedzieć pewnych myśli podczas wartko toczącej się przy stole konwersacji, albo o tym, jak budzisz się i przez kilka chwil nie wiesz, kim jesteś... Niektóre są o czasie i starzeniu się, o pierwszych siwych włosach.
„Spojrzenie” moich wierszy coraz mocniej kieruje się na zewnątrz, na to, co obiektywnie istniejące. Novalis napisał: „Pierwszą połowę naszego życia spędzamy zaglądając do wnętrza, drugą – patrząc na zewnątrz”. Coraz bardziej pociąga mnie ten moment, kiedy subiektywne zainteresowanie ustępuje miejsca obiektywnej rzeczywistości. To nie oznacza, że „ja” znika – życie jest tym, co dano nam, byśmy nad nim pracowali i poprzez to poznawali rzeczywistość. „Ja” pozostaje potężne, kapryśne; to zwierzę, którego zachowań ciągle nie potrafię przewidzieć. Owo „ja” stało się w jakiś sposób jeszcze jedną rzeczą pośród wielu innych rzeczy. „Och – powiada umysł – spójrz: drzewo morelowe stoi w kwieciu!”. „Och – mówi umysł – gotuje się woda na herbatę”. „Och – rzecze umysł – jestem wypełniona wielką tęsknotą”. Nagle te różne myśli stały się dla mnie sobie równe w o wiele większym stopniu niż dawniej. Światy ludzki i nie-ludzki to obszary wzajemnie się przenikające, jednakowo żywe.
Dokąd mnie to zaprowadzi, nie wiem. Żeby się tego dowiedzieć, będę musiała zacząć pisać wiersze do nowej książki.
Jane Hirshfield (1953) opublikowała pięć tomów wierszy: „Alaya” (1982), „Of Gravity Angels” (1988), „The October Palace” (1994), „The Lives of the Heart” (1997), „Given Sugar, Given Salt” (2001) oraz dwie antologie: „The Ink Dark Moon: Poems by Komachi and Shikibu, Women of Ancient Japanese Court” (1990) i „Women in Praise of the Sacred: 43 Centuries of Spiritual Poetry by Women” (1994). Jest laureatką wielu nagród oraz stypendystką Guggenheima i Fundacji Rockefellera. Wykładała jako visiting professor na wielu uniwersytetach amerykańskich. W lipcu nakładem Znaku ukazał się jej tom „Uważność” w wyborze i przekładzie Magdy Heydel, opatrzony przedmową Czesława Miłosza. Mieszka nad Zatoką San Francisco.
|