Zapiski podczas lektury „Traktatu Teologicznego” Czesława Miłosza

Spokojne słowa mędrca

KS. ADAM BONIECKI

 

W każdą niedzielę, ubrany w „fiolet togi teologa” mówię o Bogu, wierze, Kościele. 40 lat, ponad 2080 niedziel, 40 razy powracające święta, ileś tam pogrzebów, ślubów, chrztów, rekolekcji... I czy kiedykolwiek ja, człowiek już niemłody, napiszę mój teologiczny traktat?

„Musi być miejsce środkowe, między abstrakcją i zdziecinnieniem, żeby można było rozmawiać poważnie o rzeczach naprawdę poważnych.”
Kiedy mówimy o Bogu, to nie jest o Bogu to, co mówimy – napisał gdzieś święty Augustyn i można tę myśl trawestować, dopisując, że kiedy mówimy o wierze, to nie jest o wierze to, co mówimy. Z innej racji, bo w mówieniu o Bogu chodzi o bezradność: Boga w ludzkich słowach się nie zamknie, w mówieniu o wierze, która jest doświadczeniem człowieka, chodzi o uczciwość i odwagę.
W każdą niedzielę, ubrany w „fiolet togi teologa” mówię o Bogu („...to nie jest o Bogu, co mówimy”), o wierze, o Kościele. Czterdzieści lat, ponad 2080 niedziel, 40 razy powracające święta, ileś tam pogrzebów, ślubów, chrztów, rekolekcji... I czy kiedykolwiek ja, człowiek już nie młody, napiszę („takiego traktatu młody człowiek nie napisze”) mój teologiczny traktat? Czy napiszę tak, żeby do mojej mowy „wróciła rzeczywistość”?
Tymczasem z kazań wykreślam niepotrzebne słowa, usuwam z nich to, co dawniej uważałem za niezbędne: wstępy, zakończenia, cytaty, ozdobniki i marzę, że słuchacze zobaczą idącego brzegiem morza Człowieka w sandałach i całodzianej szacie, że usłyszą wypowiadane w gardłowej mowie opowieści: „Był raz człowiek bogaty, który mówił sobie...”. Nie mówię o sobie. Jeśli mówię o czymś, co widziałem, mówię, że widziałem, ale nie mówię, co czułem. Mówię tak, żeby oni czuli to, co pragną czuć, jeżeli przyszli słuchać.
Mistrz z Nazaretu spytał swoich uczniów, za kogo ludzie Go uważają. Odpowiadali jeden przez drugiego. To było łatwe pytanie. Ale kiedy zapytał: a wy, za kogo wy mnie uważacie? – zamilkli. Odpowiedział tylko jeden. Żeby na pierwsze pytanie odpowiedzieć, nie trzeba było dojrzałości, drugie dojrzałości wymagało.
„Traktat” stawia tych, którzy „profesjonalnie” czy, jeśli wolicie, „z urzędu” mówią o Bogu i o wierze, przed porażającym pytaniem: co ja robię? Jak mówię?... Oczywiście, potrzebne są i wykład treści wiary, i katecheza, i egzegeza, i wykład dogmatów, które „są jakby o parę centymetrów za wysoko” (ładnie byśmy wyglądali, gdyby były o parę centymetrów za nisko!). Nie o tym jednak myślę. Myślę o doświadczeniu „słabej wiary”, tej: „ja też jednego dnia wierzę, drugiego nie wierzę”. Czy ten, kto sam przed sobą owo doświadczenie ukrywa, znajdzie słowa zdolne przebić barierę obrzędu, który daje poczucie bezpieczeństwa, ale nie dotyka tego, co naprawdę jest w człowieku?
„Traktat” należy do nielicznych wyznań wiary-niewiary oczyszczonych z obłudy. Żadne z nich nie jest potoczyste, gładkie, ładne, przyjemne w odbiorze. Zawsze są chropowate, postrzępione, jak „Traktat”. Jako analogiczny tekst uparcie przychodzą mi na myśl wyznania młodej zakonnicy, zapisane kaligraficznym pismem zeszyty, których treść okazała się tak przerażająca, że po śmierci autorki, a przed udostępnieniem ich szerszej publiczności, zakonnice tekst wypolerowały, złagodziły, ocenzurowały. Prawdziwy tekst został opublikowany dopiero wiele lat później. Teresa z Lisieux została ogłoszona doktorem Kościoła. Wyznaje, że „dzieli stół z niewierzącymi”, że szyderczy głos wewnątrz niej mówi: łudzisz się wierząc, po drugiej stronie nic nie ma... „Miejcie zrozumienie dla ludzi słabej wiary” – prosi Miłosz. To zrozumienie wymaga odwagi jej doświadczenia, ale bez zrozumienia – będziemy pisać traktaty po łacinie dla wieśniaków w baranich kożuchach.
„Traktat” jest wielkim soliloqium. Miłosz nie dba o to, jak go osądzą bliźni, czy go zrozumieją, czy się zbudują, czy zgorszą. Nie udaje gestów i słów, i czynów. Choć mówi, że w swej religijności „nie postąpił poza Księgę Hioba”, nie da się w trzecim „Traktacie” ukryć echa najbardziej dramatycznej z Ksiąg, Księgi Koheleta.
Zakończę słowami tej Księgi właśnie: „Spokojne słowa mędrców więcej znaczą, niż krzyk panującego wśród głupców”.
 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl