Duch religijny i miłość rzeczy

JAN BŁOŃSKI

 

Przypominam sobie, jak w pewnym momencie naszej znajomości z Miłoszem zadałem mu po długiej dyskusji o jego poezji pytanie: no dobrze, ale powiedz mi tak po prostu: czy ty wierzysz w Boga? – i na to dostałem odpowiedź: tak, ja się uważam za chrześcijanina.

Poezja Miłosza jest poezją skrytą, nie tyle nieprzystępną (bo nic prostszego niż wers, zdanie, obraz tego poety), ile trudno dostępną (bo nic trudniejszego niż identyfikacja lirycznego głosu, odmierzenie dystansu, który dzieli – często ironicznie – autora od mówiącego podmiotu). Stąd liczne nieporozumienia, które najczęściej wynikały ze społecznego, historycznego, politycznego patrzenia na jego poezję. Ale geniusz nie jest, nie może być nadto polityczny i nadto społeczny, obejmuje bowiem to, co ogólne, co transhistoryczne; co przynajmniej musi w te strefy sięgać, mówić coś nowego, ciekawego o Człowieku przez wielkie C, a nie tylko o człowieku danego momentu.
Gdzie szukać zatem ukrytej jedności twórczości Miłosza? Chyba nie może być dziś wątpliwości, że w strefie, powiedzmy, metafizycznej, albo w szerokim znaczeniu – religijnej. Przypominam sobie, jak w pewnym momencie naszej znajomości – ale to było przed wielu, wielu laty, kiedy ani takich pytań nie zadawano często, ani, co ważniejsze, mało kto tak na poezję Miłosza patrzył – zadałem mu po długiej dyskusji o jego poezji pytanie: no dobrze, ale powiedz mi tak po prostu: czy ty wierzysz w Boga? – i na to dostałem odpowiedź: tak, ja się uważam za chrześcijanina. I wtedy nagle mnóstwo rzeczy w tej poezji mi się uporządkowało i rozjaśniło, bo ja (i wielu jego czytelników) instynktem czułem, dokąd ta poezja zmierza, wokół jakiejś głębokiej problematyki się ona obraca, z jakiej, że tak powiem, parafii pochodzi ta wyobraźnia.

OCALANIE ŚWIATA

Ale czarno na białym nigdy nie było powiedziane. A dlaczego nie było, to już bardzo zawikłana sprawa, i osobista zapewne, i także literacka czy historyczno-literacka. Ale to właśnie ciekawiło najbardziej i odróżniało Miłosza wśród ówczesnych poetów: to, że ta wyobraźnia była chrześcijańska. Po latach też Miłosz mówił, że za swe zadanie uważał odbudowę wyobraźni chrześcijańskiej. A chrześcijańska wyobraźnia to zapewne taka wyobraźnia, która jest przepojona szacunkiem i miłością do bytu, która nie odrzuca świata, nie wynosi swoich chimer nad świat, ale wyrasta z przekonania, że świat jest dobry i piękny, bo ugruntowany, uporządkowany przez byt najdoskonalszy.
Więc zachwyt nad światem jest i obowiązkiem poety, i jego, że tak powiem, głównym zadaniem. Poeta to ten, który szanuje i czci byt przez słowo. Kiedy słowo oddala się od bytu, traci blask i zmienia się w bredzenie, w mowę opętanych, jak mówił Miłosz, „daimonizomenoi, czyli biesujących”. Ale także i byt, i ten świat stworzony – oddala się od nas, kiedy nie możemy go nazwać. Wtedy stajemy się wydziedziczeni. Wtedy zmieniamy się w mieszkańców ziemi Ulro, jesteśmy opuszczeni czy wydani alienacji.
Więc zadaniem poety jest wtedy ocalanie bytu, uchowanie go w pełni jego blasku, w jego pięknie, bo piękno jest niezbywalnym atrybutem bytu. Stąd skłócenie poety z epoką, która tym się cechuje, że utraciła spontaniczne porozumienie, utraciła coś, co można by nazwać zażyłością z bytem. A jak skłócenie, to także oczekiwanie na moment przywrócenia, na eschatologiczny czy apokaliptyczny moment powrotu. I poezja jest – czy też powinna być – właśnie pracą na rzecz tego przywrócenia.
Taka jest, jak myślę, poetycka teologia Miłosza, jeśli wolno tak powiedzieć. I może to brzmieć ogólnikowo czy niejasno, kiedy to pospiesznie i grubo wykładam. Jestem jednak przekonany, że – po pierwsze – to było w poezji Miłosza obecne od samego początku, od „Trzech zim”, może nawet bardziej w „Trzech zimach” niż w światowym okresie twórczości (który zresztą on sam chyba mniej lubi i ceni), i w pełni objawiło się po roku 60. A po drugie jestem przekonany, że wychodząc od tych właśnie przesłanek czy przeświadczeń, można w tej bardzo skrytej poezji wszystko powiedzieć i wyjaśnić, aż do takich szczegółów, jak stosunek do form wierszowych albo do twórczości rówieśników Miłosza.
Ale czytelnik nie musi – rzecz jasna – wcale tego dyskursywnie ujmować, aby odczuć i spokrewnić się duchowo z tą poezją... Dlatego nie będę już dalej snuć tych z konieczności fachowych rozważań i nie będę też starał się wyjaśnić, dlaczego tak okrężnie, z takim trudem umacniał się Miłosz w swoim fundamentalnym przeświadczeniu, które przecież zawsze w jego poezji skrycie jest obecne. Pozwolę sobie tylko przypomnieć zdanie Prousta, który mówił, że sztuka jest współpracą ducha religijnego i miłości rzeczy. Można je rozmaicie rozumieć i sam Proust rozumiał je nieco inaczej niż Miłosz, ale – moim zdaniem – wprowadza ono bardzo dobrze w wyobraźnię Miłosza. Nie ma bowiem dla niego miłości rzeczy, miłości świata bez ducha religijnego i odwrotnie, kto nie kocha świata, traci religijnego ducha. Ta miłość, jak każda miłość, ma swoje wymagania i swoje pułapki, stąd tyle w twórczości Miłosza zawiłości i tajemnic.

argument z pragnienia

Tak mniej więcej, choć ostrożniej, myślałem przed wielu, wielu laty o religijności Miłosza. Trudno było jednak o niej pisać, nie mając pewności co do literackiego i religijnego znaczenia jego wypowiedzi. A teraz „Traktatem teologicznym” sam Miłosz rozwiewa lub rozwiązuje wszelkie (własne) teologiczne wątpliwości.

Dlaczego teologia? Bo pierwsze ma być
pierwsze.

A tym jest pojęcie prawdy.


Tylko tak – mniema Miłosz – mowa (poezja) zyska wiarygodność, rozstanie się ze słownymi fantasmagoriami.
Zawikłane to? Niejasne? Skądże, tyle tylko, żeśmy się takiego użycia słów oduczyli. A przecież nigdy nie odrzucimy fantasmagorii, nie odnajdując „absolutnego punktu odniesienia”, czytaj: uzgodnienia rzeczy do słów i słów do rzeczy. Jednocześnie Miłosz uparcie unika jednoznacznych rozwiązań intelektualnych. Każdą niemal tezę obchodzi, ogląda z rozmaitych stron, opukuje i pozostawia, owszem, czytelną, przenikliwą, ale nigdy całkiem jasną, oczywistą, rozplątaną i skomentowaną do końca...
Czytanie Miłosza zdaje się często nie zamknięte: przeciwnie, prawie zawsze pozostawia on czytelnikowi możliwość rozwinięcia własnej myśli, przypomnienia lub uzupełnienia spraw, które go prześladują, albo które by można przedstawić lepiej lub inaczej.
Słowem, proces rozumienia otwiera u Miłosza zawsze nowe pytanie. Albo je przynajmniej przekształca, nie odwołując się do jednoznacznych odpowiedzi, lub częściej – stawiając nowe, oświetlające poprzednie. Tak więc pierwszym przykazaniem Miłosza jest nieufność, drugim – możliwie odmienne, przewrotne pojęcie i przekształcenie (lub powtórzenie) wygłoszonej opinii czy odkrycia. Osobliwe to połączenie spostrzegawczości z ostrożnością, równie widoczne w przekraczaniu zakazanych granic, co w wyborze literackiego słownictwa.
Cóż dopiero, kiedy Miłosz zabiera się do teologii! Przecież tak ona zlepiona z obyczajem, tradycją, statusem społecznym, że trudno odcedzić jej esencję: oznaczałoby to porzucenie wszystkiego, co łączy pisarza z bliskimi i z przeszłością.
Ale to zerwanie jest konieczne, aby uwolnić się od „spokoju wiary”, które jest najczęściej samozadowoleniem. Stąd uparte zainteresowanie wszystkim, co wątpliwe, podejrzane z punktu widzenia ortodoksji. W tym Miłosz zdaje się bliski Mickiewiczowi, który wertował przecież Swedenborga i Jakuba Böhme, a nawet „hermetyków, kabalistów, alchemików, rycerzy Różanego Krzyża...” Co tych na pół zapomnianych mędrców łączy? Chyba smutek, strach, gniew, które budzi niedoskonałość boskiego przecież świata...
Jakże to możliwe, aby dobry Bóg dopuszczał... ba, tolerował krzywdę, niesprawiedliwość, nieszczęście? – pyta Miłosz. I zaraz powraca do tradycyjnej, ale też najbardziej składnej czy dorzecznej interpretacji szatańskiej obecności w świecie: jest nią przecie wola oddzielnego istnienia. Przeciwnie zaś ten, kto pokłada ufność w Jezusie Chrystusie, oczekuje Jego przyjścia i końca świata, kiedy „pierwsze niebo i ziemia przeminą i śmierci już nie będzie”...
Jest to zatem wyznanie człowieka słabej wiary, tym tylko silnego, że mówi o sobie prawdę i prosi o wsparcie swoich bliźnich...

Miejcie zrozumienie dla ludzi słabej wiary.

Ja też jednego dnia wierzę, drugiego nie wierzę.

Ale jest mi dobrze w modlącym się tłumie.
Ponieważ oni wierzą, pomagają mi wierzyć
w ich własne istnienie, istot niepojętych.

Pamiętam, że zostali stworzeni niewiele 
niższymi od niebieskich mocy.

Pod swoją brzydotą, piętnem ich 
praktyczności, są czyści, w ich gardłach, kiedy śpiewają, 
pulsuje tętno zachwytu
.”

Szczególne to wyznanie wiary... i może trochę ułomne czy wstydliwe, ale na pewno prawdziwe. Można by je nazwać argumentem z tradycji i z ludzkiego pragnienia: nie chcemy i nie umiemy żyć w opuszczeniu i samotności. Co gorzej, marniejemy pozbawieni nadziei i tej piękności, która promieniuje z boską obecnością... Ale czy świat nie przestaje dostarczać nam dowodów Twojej nieobecności?... Miłosz tak rozkłada argumenty za i przeciw obecności i działalności Bożej, aby ostateczną decyzję pozostawić czytelnikom, choć trudno nie spostrzec, że istnienie zdaje mu się cenniejsze od nicości.
Jednak ta niepewność – wielokrotnie przypominana – może zostać odczytana inaczej niż lubią pomniejszyciele olbrzymów i upraszczacze geniusza.

raczej z refleksji niż z olśnienia

Czytelnik „Traktatu teologicznego” nie może nie dostrzec, że wahania, zastrzeżenia, możliwości, których tyle wokół religijnych refleksji pisarza, nie są bynajmniej ograniczone do jednego szczególnie ważnego tematu czy zagadnienia. Wątpliwość, nieufność, zastrzeżenia są niezbywalną cechą jego literackich wypowiedzi. Miłosz jest mistrzem zastrzeżenia, uzupełnienia i poprawki. Jego wypowiedzi – poetyckie i bardziej jeszcze dyskursywne – rodzą się jakby z powtórzenia i poprawki: słowa celne, trafne, konieczne, powstają z częstej refleksji i szczegółowego rozpatrzenia. Dopiero wielokrotne obejrzenie, przemyślenie, przyswojenie zdaje się godne uznania i zapamiętania. U Miłosza prawda rodzi się raczej z refleksji, aniżeli z olśnienia. Dlatego też Miłosz, zwłaszcza w dojrzałej twórczości, poddaje słowo wielokrotnym próbom, co najlepiej właśnie w „Traktacie teologicznym” widać.
Miłosz nie jest alchemikiem słowa, raczej częstokroć sprawdzonym mistrzem naśladownictwa. Podobnie też poddaje się doświadczeniu (przeżyciu?) religijnemu. Aby mu zaufać, opiera się o wahania czy świadectwa poprzedników, powtarza też parokrotnie doświadczenia wiary – albo przeciwnie – zapomnienia i niewiary... w końcu też godzi się na swoją bezradność, niewiedzę, pragnienie.
Inaczej mówiąc, przyjmuje postawę dziecka, poddaje się w pokorze i zachwycie „Pięknej Pani”, tej która dzieciom ukazała się „w Lourdes i Fatima”. Chociaż i teraz z trudem, i za sprawą piękna, stara się pokonać przeciwieństwo pomiędzy prywatną religią i religią obrzędu... przeciwieństwo, na które zapewne został nieodwołalnie już skazany.


Jan Błoński – historyk i krytyk literatury, prof. Uniwersytetu Jagiellońskiego, autor prac poświęconych twórczości m.in. Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego, Marcela Prousta, Sławomira Mrożka i Witkacego. Ostatnio opublikował m.in. książkę „Miłosz jak świat” (1998), monografię twórczości Witkacego (2001) oraz „Mieszaniny” (2001), zbiór mikroesejów drukowanych na łamach „Tygodnika Powszechnego”.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl