KOR

25 lat temu powstał Komitet Obrony Robotników

Tak, jak to dziś pamiętam

KS. ADAM BONIECKI


Polska Ludowa trwała już ponad trzydzieści lat i miało się poczucie, że tak musi być i tak już zostanie. Różnie u różnych ludzi pozostała we wspomnieniach. W moich, mówiąc najkrócej, jako odcięcie od normalnego świata, jako beznadziejność i strach. Oczywiście, sprytny homo sovieticus kombinował: a to kupił malucha, a to wyjechał na Zachód i siedział, ile się dało, bo nie wiedział, czy następnym razem dadzą paszport. 
Strach nie był strachem zapamiętanym z czasów okupacji, kiedy czyjeś opóźnienie powrotu do domu mogło, a często oznaczało, że ten ktoś nie wróci nigdy, bo zgarnęli go Niemcy w łapance lub po prostu, z byle powodu zastrzelili. W PRL-u nie było aż tak strasznie. Trzeba było tylko wtopić się w tło, nie zwracać na siebie uwagi, bardzo uważać na słowa, nikomu za bardzo nie ufać. Tylko czasem trzeba było gdzieś się stawić na wezwanie w charakterze nie wiadomo kogo i próg pokoju w Pałacu Mostowskich w Warszawie, przy Placu Wolności lub Placu Szczepańskim w Krakowie przekraczało się na drżących ze strachu nogach. Owszem, czasem nieznani sprawcy kogoś pobili, czasem ktoś z rodziny siedział, nie to jednak było najgorsze (dla pozostałych, nie dla bezpośrednio zainteresowanego). Najgorsze było to, że oni tobie albo twoim bliskim mogą zrobić wszystko i że nigdy nie wiadomo, co naprawdę wiedzą. Nie wyciągano mnie z domu na wywózkę, ale tygodniami pod moim domem stał samochód ze smutnymi, a kiedy ruszałem maluchem w miasto lub za miasto, inny samochód wszędzie sunął za mną. Po co? Czego ode mnie chcieli? Co mogli ze mną zrobić? Nie wiedziałem.
Ot, doświadczenia zwykłego człowieka, mało spektakularne, trudne do opowiedzenia, które jakoś kształtowały naszą osobowość, bo nie jest łatwo żyć wciąż wobec tajemniczego zagrożenia, całkowicie bezbronnym i zawsze namierzonym.
Przed paranoją ratowały radiostacje: Głos Ameryki, Londyn, Wolna Europa, zagłuszane i powszechnie słuchane. W chronieniu naszej świadomości niewątpliwie największą rolę odegrała Wolna Europa. No i był Kościół. Pamiętam, że jako czternastolatek pierwszy raz czytałem z wypiekami dostarczony (skąd?) przez starszego kolegę list pasterski kardynała Hlonda. Nie pamiętam, czego dotyczył, pamiętam, że był to jawny, donośny głos protestu, pierwszy tego rodzaju, który utkwił mi w pamięci. Na kazania Prymasa Wyszyńskiego się chodziło. On się nie bał. Nie bał się ksiądz Blachnicki, który w czasie okupacji przeżył tak straszne rzeczy, że teraz nie było sposobu go przestraszyć. Szykanowany i na ogół bez wielkiego poparcia hierarchii, ks. Blachnicki stworzył nielegalną, ale też nie podziemną młodzieżową organizację: Oazy liczące tysiące młodych ludzi. Były duszpasterstwa akademickie – z punktu widzenia prawa także nielegalne, był „Tygodnik Powszechny”, który wprawdzie czasem za prawo do istnienia płacił wysoką cenę, jednak przemawiając dość czytelnym szyfrem stwarzał w ponurej Polsce jakąś przestrzeń normalności.
Kościół jednak był instytucją międzynarodową. Któryś biskup miał powiedzieć przesłuchującemu go tajniakowi: jeśli panowie mnie dotkniecie, natychmiast rozlegnie się to echem w całej Europie, a nawet dalej. Oazy księdza Blachnickiego były dziełem przede wszystkim religijnym i formacyjnym, „Tygodnik” nie mógł wyjść poza pewne bariery, rozgłośnie znajdowały się w miejscach dalekich i bezpiecznych. Byli, owszem, znani w ograniczonych kręgach, nieustraszeni ludzie, jak ks. Jan Zieja. Fenomenem wyjątkowym był biskup Tokarczuk, tak odważny i w swojej prostej metodzie działania tak przebiegły, że nawet dla władzy ludowej nie do pokonania. Nie można go było ani zamknąć, ani zabić, bo jako męczennik byłby jeszcze bardziej niebezpieczny. Więc usiłowano jedynie go szkalować, ale nawet to nie przyniosło zamierzonych rezultatów.
W takim krajobrazie, w czasie, kiedy władze bezpieczeństwa wydawały się wszechwładne i bezkarne, zjawił się KOR. Nie było ważne, czy są w nim obecni przedstawiciele wszystkich orientacji, czy tylko niektórych: data pojawienia się KOR-u pozostanie dla mnie datą przełomu. Dopiero KOR zdołał dać ludziom to, do czego nawoływał biskup Tokarczuk: KOR stał się strukturą łamiącą barierę strachu. Do świadomości zastraszonych ludzi dotarło, że w określonym miejscu w Polsce (adres z kodem pocztowym, nazwą ulicy, numerem domu, mieszkania, telefonu) są osoby (imię, nazwisko, zawód), którym nie jest obojętne, że komuś władza wyrządziła krzywdę, które czekają na te informacje i zapewniają, że „jeśli pan dotknie (skrzywdzi) tego człowieka, natychmiast to się rozlegnie echem w całej Europie, a nawet dalej”. I się zaczęło rozlegać. Władze PRL-u, podejmując nikczemne plany przeciwko komukolwiek, musiały się z tym liczyć. KOR budził zaufanie, bo działał jawnie, bo swą działalność skupiał na obronie pokrzywdzonych, na niesieniu im pomocy, bo prawo człowieka do wolności i godności jawiło się jako jego jedyny program.
Biuletyny KOR-u i teksty, docierające przez Wolną Europę odmieniły ludzi. Determinacja i odwaga KOR-owców przełamały wytrwale wznoszony przez władze mur nieufności dzielący robotników od środowisk uniwersyteckich i inteligencji. Ale i jeszcze jeden mur zdawał się pękać. KOR był laicki, działał z dala od struktur Kościoła, wielu jego członków z pewnością nie było zbyt blisko Kościoła, chociaż w gronie KOR-owców był ks. Jan Zieja. Kardynał Prymas przyjął KOR-owców i życzliwie deklarował zainteresowanie, a nawet współdziałanie. Bohdan Cywiński, przed przystąpieniem do słynnej głodówki w kościele św. Marcina rozmawiał z kardynałem Wojtyłą. Te i inne oznaki wzajemnej życzliwości pozwalały mniemać, że jakiś mur pęka. 
Byłem jednym z wielu, którzy chcieli być z nimi. Zobaczeni z bliska może nie byli tak patetyczni jak z daleka, nie byli też święci, jednak spotkanie mnie nie rozczarowało. Ich zaangażowanie i osobiste ryzyko budziły podziw. Więzienia, do których ich wsadzano, były naprawdę więzieniami i nikt przecież nie wiedział, czym się to wszystko może skończyć.
Powstanie KOR-u wtedy, gdy powstał, było czymś niewiarygodnym. Dzisiaj nasza historia bez KOR-u wydaje się nie do pomyślenia. 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl