KOR

Robiliśmy niemożliwe

Z SEWERYNEM BLUMSZTAJNEM rozmawia MICHAŁ OKOŃSKI

 

MICHAŁ OKOŃSKI: – Pamięta Pan wyjazdy do Radomia?
SEWERYN BLUMSZTAJN: – Ja jeździłem na procesy, a nie z bezpośrednią pomocą dla robotników. Ale pamiętam te wyjazdy bardzo dobrze, bo podczas jednego z nich odbyło się słynne rzucanie jajkami. Wcześniej był kołowrotek z robotnikami, których w śledztwie torturowano i my namawialiśmy ich do składania skarg. Potem ubecy zaczęli zmuszać tych ludzi, żeby odwoływali skargi...
– Jacek Kuroń dostawał wtedy listy „Panie Kuroń, nie chcę pańskich żydowskich 2 tysięcy”...
– Rekordzista, nazywał się Wijata, odwoływał zeznania cztery razy... W każdym razie myśmy odpowiedzieli nasileniem protestów i zaczęliśmy jeździć na procesy silną grupą. Wtedy była Anka Kowalska, Jacek Kuroń, Jacek Bocheński, kilka innych osób, Siła-Nowicki jako obrońca. Oskarżony był jakiś pijaczek, kompletnie zdegenerowany, który gdy płonął komitet, prosił przechodzącego milicjanta o podanie ognia, a ten zeznawał, że pijaczek wołał „Ogień na komunistów”. Na korytarzu sądu pojawili się tzw. „nieznani sprawcy”, którzy obrzucili nas jajkami, przy bierności milicji i wściekłości gapiów – bo przecież jajka były wtedy towarem deficytowym. Pamiętam, że miałem wtedy na sobie białą, śliczną kurtkę od rodziców i chowałem się za węgłem, żeby nie dostać. W końcu nie wyszedłem, ale i tak dostałem. (śmiech)
Kiedy umarł Gierek, żegnano go z takim żalem, że powstanie KOR-u w jego epoce nagle wydało się niezrozumiałe. Przed czym chcieliście bronić robotników, skoro wszystko było tak dobrze?
– Wszystkie bunty społeczne dokonują się, gdy atmosfera wokół się rozluźnia. Daleki jestem od wygłoszenia apologii tamtych czasów, ale w końcu nie był to stalinizm...


POMARCOWE STŁAMSZENIE


Żeby powstał KOR, wiele rzeczy musiało się zdarzyć. Przede wszystkim, inteligencja musiała się pozbierać po szoku Marca. Przecież w pierwszej połowie lat 70. myśmy byli na kompletnym marginesie, środowisko zdezintegrowane, wystraszone, fala ekskrementów w życiu publicznym... Musiało minąć trochę czasu i potrzebna była refleksja – np. nad tym, że już nigdy nie możemy milczeć, kiedy ruszają się robotnicy (w grudniu ’70 Jan Józef Lipski daremnie usiłował zebrać choć kilka podpisów w symbolicznym proteście).
Mnie pomarcowe stłamszenie ominęło: siedziałem i byłem w gruncie rzeczy zadowolony, bo świetnie mi poszło śledztwo. Nie słuchałem radia, nie dostawałem do ręki prasy pomarcowej, a jeżeli to pociętą (takie strzępki wyrzucaliśmy manifestacyjnie z celi), nie miałem do czynienia z całą tą ohydą wieców i zebrań, na których – jak mojego ojca – wyrzucali cię z pracy i nikt nie stawał w twojej obronie. Z drugiej strony nie chodziłem na Dworzec Gdański odprowadzać tych, którzy emigrują, i ominęła mnie ta oszalała atmosfera: wyjeżdżać czy nie. Dla mnie od początku było jasne, że zostaję.
Marzec pokazał różnice między nami, ludźmi z trzeciego czy czwartego roku studiów, a kimś z pierwszego roku, który coś zapyskował na wiecu i poszedł na trzy miesiące do więzienia. Myśmy już mieli jakąś historię, on – poczucie przegranego buntu. Dla tych młodszych – np. Antka Macierewicza czy Andrzeja Celińskiego – Marzec był przeżyciem inicjacyjnym, ale z poczuciem, że coś musi za nim pójść. Budziło się pokolenie, które wkrótce stało się bazą KOR-u.
– Pokolenie, które już wiedziało, co ryzykuje: wiedziało, co to znaczy więzienie czy śledztwo...
– W Marcu wielu ludzi było zaskoczonych, że trafiło do więzienia. Dlatego procent załamań w tamtych śledztwach był dość duży, a w śledztwach późniejszych – minimalny. Kiedy w 1965 r. posadzono mnie po raz pierwszy, byłem zupełnie nieprzygotowany, nagadałem jakichś głupstw i strasznie to potem przeżywałem.
Z tym gadaniem w śledztwie jest tak, że po pewnym umasowieniu doświadczenia już wszyscy wiedzą, jak się zachować. W KOR-ze dużo się o tym mówiło, to był rodzaj szkoleń z Kodeksu Postępowania Karnego, domagaliśmy się jego przestrzegania i odmawialiśmy zeznań. Inna rzecz, że trudno kogoś złamać, wsadzając na 48 godzin. Zaraz wychodzisz, wszyscy czekają, śmieją się... Nawet jak siedzieliśmy trzy miesiące w ’77, to posadzono nas w jednej celi: mnie z Sergiuszem Kowalskim i Ludkiem Dornem. Potworny brak profesjonalizmu...


MY ROBIMY, ONI „KRYJĄ”

– W prehistorii KOR-u było kilka ważnych momentów. Zbieranie podpisów przeciwko zmianom w konstytucji PRL...
– O to mieliśmy zresztą ciekawe spory, z konsekwencjami dla dalszej działalności. Niektórzy mówili, że prawo tego kraju nie ma żadnego znaczenia. Inni – i to ważne dla filozofii KOR-u – mówili, że można walczyć z systemem po prostu domagając się respektowania zapisów konstytucji i ratyfikowanych przez Polskę traktatów międzynarodowych. Te spory zresztą ucichły, kiedy się okazało, że wszyscy chcą podpisywać protest. W pewnym sensie nasza odwaga, decyzja o powstaniu Komitetu – szły już na tej fali.
Powstaniu KOR-u sprzyjał też klimat intelektualny. Był ferment wniesiony przez „Rodowody niepokornych” Cywińskiego, Adam Michnik pisał „Kościół, lewicę, dialog” (zresztą kiedy dowiedzieliśmy się o wydarzeniach w Ursusie, Adam właśnie pracował nad książką i Jacek Kuroń z Janem Józefem Lipskim jechali do niego do Lasek, zredagować pierwszą wersję tekstu solidaryzującego się z robotnikami). Obie książki pomogły znaleźć wspólny język między środowiskami laickiej i katolickiej inteligencji. Mówiąc tylko o Warszawie: „komandosi”, „walterowcy”, zaczęli się spotykać ze środowiskiem KIK-owskim, harcerzami z odwołującej się bardziej do Baden-Powella i Szarych Szeregów „Czarnej Jedynki”...
Przypis dla młodzieży: „walterowcy” to działające na przełomie lat 50. i 60. „czerwone harcerstwo”, założone przez Kuronia i bardziej komunistyczne niż reszta ówczesnego harcerstwa, ale zarazem nastawione na działania społeczne...
– Komitet Obrony Robotników miał taką fajną cechę, że przyjmował wszystkich, nie grzebiąc w życiorysach. Trudno było zresztą robić Jackowi zarzut o „walterowców”, skoro od tamtej pory parę lat siedział w więzieniu. KOR to był fantastyczny pomysł polityczny, ale cały czas strasznie pilnowano, żeby nie wkroczyć w prawdziwą politykę – w politykę, która polega na wybieramiu opcji ideowej. Popieraliśmy każdą inicjatywę, jeśli była względnie przyzwoita i broniliśmy wszystkich, którzy się w jakiś sposób samoorganizowali. To Moczulski się wtedy zastanawiał, kiedy Polska będzie niepodległa. Myśmy skupiali się na konkrecie: komuś pomóc, coś załatwić, wydać kolejne pismo.
Dużą rolę odegrali nasi przyjaciele za granicą, zwłaszcza Michnik, który akurat wtedy dostał paszport i przez prawie rok podróżował po Europie, oraz Gienek i Alik Smolarowie. Jest taka anegdota o małym synu Alika, Piotrze, który gdy dostał telefon-zabawkę, mówił do słuchawki „Halo, Jacek, jestem, nadawaj”. Informacje z telefonów Jacka Kuronia szły przez nich do Wolnej Europy, BBC, innych mediów...
– W Polsce byli jeszcze Starsi Państwo – najstarsi członkowie Komitetu...
– Jan Józef już wcześniej wdrożył ich do podpisywania protestów. Starzy, przedwojenni socjaliści: Cohn, Pajdak, Steinsbergowa; AK-owiec Rybicki, legendarny ksiądz Zieja... Mieliśmy poczucie, że my – młody KOR – nie traktujemy ich instrumentalnie, choć był jasny podział: my robimy, oni nas „kryją” nazwiskami. Zawsze mieli prawo weta, a jak już powiedział „nie” ks. Zieja, to nie było dyskusji. Kiedy Zieja był na zebraniu, nadawał mu jakąś szczególną powagę: trudniej było mówić głupstwa.
Najwięcej anegdot można opowiedzieć o Steinsbergowej, głównie na temat wieku, który starannie ukrywała. Gdy była już umierająca i lekarz przeczytał datę urodzin z karty przy łóżku, ocknęła się i gwałtownie zaprotestowała. Edelman twierdzi, że żyła tak długo, bo się w ogóle nie ruszała – siedziała na fotelu i paliła dużo papierosów. Uwielbiała plotki, ale doskonale wiedziała, z kim plotkować nie należy. Słynna jej fraza podczas dyskusji o hippisach, do Adama Michnika: „Cóż, panie Adamie, nasze pokolenie już tego nigdy nie zrozumie” (śmiech).
– Jak się okazuje, w KOR-ze byli też masoni...
– Tego nie byliśmy świadomi, choć Basia Toruńczyk i Jacek twierdzą dziś, że się domyślali... Dla mnie masoni to zawsze była bardziej anegdota niż rzeczywistość – nigdy się tym nie interesowałem.
– Jan Józef Lipski, wielka postać polskiej historii powojennej, zakładał fartuszek?
– Zdaje się, że fartuszka jednak nie zakładał. O ile wiem, wpadł na tych masonów po rozwiązaniu Klubu Krzywego Koła, szukając formuły tajnej organizacji, która nigdy nie wpadła. Zawsze był człowiekiem zanurzonym w historii, a wiele ważnych postaci w historii polskiej literatury i kultury miało z masonerią związek. Oczywiście, kiedy nasze środowiska pozbierały się po Marcu, pomysł z masonerią był kompletnie bez sensu. I mogę się założyć o każde pieniądze, że grupa masonów w KOR-ze nie uzgadniała stanowiska, żeby potem wspólnie głosować.
Więc z jednej strony uważam, że Jan Józef jakoś nas oszukał, ale z drugiej, gdyby się przyznał, to najpierw umarlibyśmy ze śmiechu, a potem wszystkim rozpowiedzieli (śmiech).


GWIEZDNY CZAS


Z tego, co Pan mówi, wynika, że kiedy policja spacyfikowała robotnicze bunty w Radomiu i Ursusie, grunt pod powstanie KOR-u był już przygotowany.
– To nie było tak, że ktoś miał pomysł i czekał na okazję. Po prostu spotkaliśmy się w sposób dość naturalny pod salą sądową, kiedy była pierwsza rozprawa przeciwko robotnikom z Ursusa. Takie rozprawy były zazwyczaj zamknięte, można było jedynie „korytarzować”. Na korytarzu siedziały rodziny z Ursusa, nieufnie patrząc i na licznych ubeków, i na nieznanych sobie ludzi z opozycji. Lody przełamały dopiero Gajka Kuroniowa i Małgosia Łukasiewicz, które z ogromną delikatnością podeszły do którejś z płaczących kobiet. Zrobiliśmy na miejscu „zrzutkę”, Jan Józef miał jeszcze pieniądze w chlebaczku, mogliśmy je rozdzielić, a potem już razem poszliśmy do Jana Olszewskiego, który mieszkał niedaleko i który zajął się sprawami prawnymi.
I gdy te kobiety opowiadały o codziennych kłopotach, o tym, że nie ma się kto zająć domem, dziećmi, kiedy one jadą w odwiedziny do aresztu, Antek Macierewicz zaproponował, że wyśle do Ursusa swoich wychowanków z „Czarnej Jedynki”. A potem już poszło. W Radomiu Mirek Chojecki spotkał Bogdana Borusewicza, który niezależnie próbował coś robić z Gdańska, ciągle zgłaszali się chętni do pomocy – było wiadomo, że jest taki moment, którego nie można przegapić. Potem wzięli Jacka do wojska, zaczęli zamykać tych, którzy jeździli z pomocą do Radomia – więc trzeba było ich chronić. Parasol mieli zapewnić Starsi Państwo.
– Są dwie opowieści o powstaniu KOR-u. Jedna podkreśla rolę Jacka Kuronia, druga – Antoniego Macierewicza.
– Niech będzie tak, jak mówi Antek. Z moich mglistych wspomnień ważniejsza wydaje się wprawdzie rola Jacka, ale sam Jacek wskazuje na Antka. Powstanie komitetu i nazwę wymyślił chyba Antek, natomiast Jacek przełamał opory Starszych Państwa, którzy jeszcze się wahali, myśleli o jakimś tajnym związku...
To były zresztą czasy, w których wszyscy myśleli o tym samym i w końcu musiała nastąpić synteza tych pomysłów. Czasy, w których właściwie co tydzień odkrywało się jakieś nowe możliwości i wciąż szło się do przodu. Starszych Państwa nie ruszono, zaczęły się rozchodzić komunikaty, wszyscy chcieli je przepisywać, coraz więcej ludzi obejmowała akcja pomocy i coraz więcej osób chciało pomagać. Jacek mówi, że to był moment, w którym można ulecieć w gwiazdy; którego nie można przegapić, bo więcej nie wróci – „gwiezdny czas”.
– To z Paustowskiego.
– Ach, te jego gusta literackie... (śmiech)


UB KONTRA WARIACI


Skądinąd wzorce rosyjskie były dla KOR-u bardzo ważne. Kiedy znalazłem się na emigracji, z przyjemnością burzyłem różnym niepodległościowcom mit polskiej opozycji, podkreślając rolę Samizdatu i „Kroniki Wydarzeń Bieżących”. Od Rosjan wzięliśmy styl jawności, podpisywania nazwiskiem. Do tego doszło stanięcie na gruncie obowiązującego prawa i pomoc konkretnym ludziom: społecznikostwo. Jedni to wynieśli z „walterowców”, inni z harcerstwa...
– Jak to wyglądało? Trzeba było pojechać do kogoś dotkniętego represjami, przedstawić się...
– ...wyjaśnić, o co chodzi, zebrać maksymalnie dużo informacji – o nich samych i o innych, którym trzeba pomóc. Na początku byli ludzie z Ursusa i Radomia, ale potem już dziesiątki przypadków z całej Polski. Czasem dwuznacznych, bo władza uderzyła w ludzi po wyrokach, pijaków – nawet wybierała takich specjalnie, żeby pokazać, że to nie był protest robotniczy, tylko chuligańskie wybryki. Więc jak to zrobić, żeby się nie pomylić upubliczniając sprawę albo dając pieniądze, które mogą potem być przepite? Nadzwyczajne talenty wykazywali tu Zosia i Zbyszek Romaszewscy, którzy prowadzili Biuro Interwencyjne i obracali się cały czas w świecie ludzkiej krzywdy – tej wyrządzonej przez dużą władzę, małą władzę, kacyków, ubeków... Dlatego zresztą, kiedy w lutym ’77 władza ugięła się i zastosowała wobec sądzonych w procesach czerwcowych akt łaski, wiedzieliśmy, że musimy iść dalej.
Klasycznym problemem KOR-u byli wtedy odwiedzający nas wariaci. Ktoś np. usłyszał o nas w Wolnej Europie i przyszedł się poskarżyć, że bezpieka wpuszcza mu gaz do mieszkania. Okazało się, że sąsiad podtruwał go, żeby go wyrzucić, a on zaczął pisać jakieś protesty i w końcu ubecy rzeczywiście zaczęli go prześladować. Był taki, który przychodził do Jacka i przedstawiał się jako przedstawiciel wspólnego podziemnego rządu Litwy, Łotwy, Ukrainy i Polski. Była też pani, która skarżyła się, że UB uniemożliwia jej normalne życie seksualne.
Nie wszyscy potrafili z wariatami postępować, więc zaczęło się odsyłanie: Starsi Państwo do młodych, młodzi między sobą, Adam wpadł na pomysł odsyłania do Moczulskiego, ale ten się zorientował i zaczął odsyłać do Adama. Tylko Jacek zawsze przyjmował wszystkich, starał się pomóc, ale też go to męczyło, bo pamiętam, że jak w sierpniu ’80 po raz pierwszy pojechał do Gdańska, najbardziej zachwyciło go to, że wszystkich swoich wariatów zobaczył w przedpokoju Wałęsy...
W tym czasie istniał już „Biuletyn Informacyjny”. Zaczęliśmy od znalezienia dziesięciu ludzi, z których każdy przepisywał go na maszynie w dziesięciu kopiach: jak szedłeś do Jacka, już z podwórka słychać było stukot klawiszy i bez przerwy dzwoniący telefon. Potem kolejny etap, kiedy zdecydowaliśmy się na podpisywanie tekstów nazwiskiem. Wreszcie szok przejścia na powielacz: opory, bo przepisywanie miało w sobie element integrujący, formacyjny. Pojawiają się zawodowi dziennikarze: Jurek Zieleński, Wojtek Adamiecki, Kazimierz Dziewanowski, Janka Jankowska. No i masz poczucie rezonansu: pamiętam taki tekst Piotra Topińskiego o bagnach nadbiebrzańskich – że nie wolno ich meliorować... Parę tygodni po nas o sprawie napisała „Polityka”.


ENKLAWA WOLNOŚCI


Tu zresztą trzeba powiedzieć, że kiedy środowisko się rozwija, przekracza różne bariery – dobre i złe. Kiedy KOR powstawał, oczywiście nikt nie brał pieniędzy. Wyrzucili mnie z pracy w Desie, więc zarabiałem malując z Mirkiem Chojeckim mieszkania. Potem pieniądze dostawały żony tych, których wsadzano: Zosia dostawała jakiś zasiłek, kiedy poszedłem siedzieć w 1977 r. Chyba Jacek dostawał na telefon...
– A na bilety do Radomia?
– Jeździliśmy za swoje pieniądze. Ale potem ruch coraz bardziej się rozszerzał, powstało wydawnictwo (NOW-a), trzeba było płacić drukarzom... Pierwszą i jedyną płatną pracą w opozycji (dodajmy: ciężką) było dla mnie właśnie drukowanie.
Pojawiły się więc pieniądze, ale pojawiła się także sława i prestiż. Prestiżowe było to, że miałeś dostęp do wydawnictw, do „Biuletynu”, o który dopytywali się nawet członkowie KC...
– ...natomiast o sławie wiele mówi opowieść Haliny Mikołajskiej, której w Radomiu „nieznani sprawcy” uszkodzili samochód. Poszła do warsztatu, gdzie naprawiono go za darmo: „przecież wiemy, po co Pani tu przyjeżdża”...
– Takich opowieści jest dużo, ale Halinę to oni po prostu wykończyli. Zaczęło się od psucia samochodu, przecinania opon, ale potem było już rzucanie jajkami na scenę, gdy grała, i wyzwiska po drodze do domu, gdy wracała z teatru. Raz zatrzymali ją pod zarzutem, że... ukradła kożuch. W końcu nie wytrzymała i próbowała popełnić samobójstwo.
– Opisuje to Marian Brandys w swoich wspomnieniach...
– Nie lubię tej książki, bo bije z niej przerażenie. Niedawno córka kolegi miała mieć w szkole lekcję o KOR-ze i obiecała w klasie, że zrobi ze mną wywiad. Czekała, żebym opowiedział, jak nas prześladowano, a ja mówiłem, jak było fajnie. Oczywiście, byłem znacznie młodszy od Brandysa, może brakowało mi wyobraźni, a może decydował fakt, że byłem już po więzieniu – dość powiedzieć, że kompletnie ich przerażenia nie rozumiałem. Większość z nas była w euforycznym nastroju: mieliśmy poczucie potwornego sukcesu i tego, że żyjemy w enklawie wolności. Oczywiście, czasem nas z tej enklawy wyjmowali na 48 godzin, przychodzili do domu, robili rewizje, straszyli – to było nieprzyjemne, ale zachowując proporcje, było trochę tak, jak w opowieści Piotra Słonimskiego o Powstaniu Warszawskim: człowiek, który stał pod murem i czekał na rozstrzelanie, mówi, że to były fantastyczne czasy, najlepszy okres w jego życiu. Robiliśmy coś, co się wydawało niemożliwe, i ciągle się nam udawało.
W „Człowieku z żelaza”, który jest niezbyt udaną próbą opowieści o czasach przedsierpniowych, na ślubie bohaterów są cztery osoby. Otóż na naszych ślubach było po trzysta osób, a na urodzinach czy imieninach, bez względu na wielkość mieszkania, po dwieście! Poczucie przyjaźni, niezwykła zwartość środowiska, dawały ci absolutne poczucie bezpieczeństwa. Wiedziałeś, że jak cię zwiną, każdy zrobi, co może, żeby dać znać Jackowi i zaraz powie o tym Wolna Europa (bywało, że klawisz mówił „chyba zaraz pana wypuszczą, bo już w Wolnej Europie o panu było...”)
U Brandysa niby to jest, że przychodzą przyjaciele, ale lęk przed ubekami dominuje. Na tym zresztą polegał heroizm obojga: i Brandysa, i Mikołajskiej w gruncie rzeczy to nie bawiło, ale mimo wszystko się nie wycofali.


ONI MAŁO WIEDZIELI


Tak to jest z represjami: każdy inaczej przeżywa strach. Jacek np. zawsze strasznie się bał więzienia. Przezwyciężał to, ale bał się każdych „cztery-osiem” i tego, że mogą go w więzieniu zostawić. Tymczasem większość młodych traktowała to w kategoriach przygody czy wręcz sportu.
– Gubienie „ogona”: specjalista Mirosław Chojecki. Ucieczka przed milicją: specjalista Bogdan Borusewicz...
– Bogdan, według mnie, zawsze miał obsesję policyjną i dlatego skończył w MSW (śmiech). Ja byłem ze szkoły Jacka: działamy jawnie. Nigdy się nie biłem z policją, pogodziłem się z możliwością podsłuchu i z tym, że za mną chodzą... Często chodzą tak, żebyś zauważył: chodzi o to, żeby cię zdenerwować. Musisz się na to uodpornić, bo albo będziesz się zajmował ubekami, albo załatwiał sprawy. Jak trzeba było zniknąć, oczywiście patrzyłem, czy ktoś za mną idzie, musiałem pokluczyć...
– Mówi Pan, jakby znikanie było bardzo łatwe.
– No bo było. Oczywiście nigdy nie ma pewności, co oni wiedzą, ale moim atutem było np. to, że nie miałem telefonu i w związku z tym dużo mniej o mnie wiedzieli.
– Czyli głównym źródłem informacji był podsłuch telefoniczny?
– Zdarzał się również w mieszkaniach. Ale to też można było ominąć: jak trzeba było omówić coś naprawdę ważnego, pisało się na kartce albo wychodziło na spacer. Oni mało wiedzieli, bo oni naprawdę wiedzą od informatorów. A ponieważ wszystko działo się między przyjaciółmi, to nie mieli w środku informatorów.
– Tak przynajmniej twierdzi Kiszczak.
– A pan myśli, że on tak twierdzi, żeby zrobić dobrze Michnikowi?
Z opublikowanych niedawno przez „Tygodnik” dokumentów z archiwum IPN wynika, że np. środowisko krakowskiego SKS-u było infiltrowane.
– W krakowskim SKS-ie regularnie wpadały powielacze. Ale nie wiem, czy dlatego, że Andrzej Mietkowski był bałaganiarzem, czy dlatego, że mieli informatora. Przecież w gruncie rzeczy nie było co ukrywać. Bibuła się rozchodziła, wszyscy wiedzieli, kiedy Adam przyjeżdżał z wykładem. Zebrania KOR-u też były w zasadzie jawne, bo w mieszkaniu profesora Lipińskiego, gdzie się odbywały, musiał być podsłuch. A na zebraniach KOR-u myśmy nie pisali na kartkach, tylko normalnie rozmawialiśmy.
– Nawet o pieniądzach?
– Nie rozmawiało się o technice, tylko o strategii.
Mieliśmy taką zasadę, wpojoną bardzo mocno: policja nie musi mieć informatora w środowisku, wystarczy, że przekona je o jego istnieniu. Jeżeli się zaczynasz zastanawiać, przez kogo nakryli drukarnię, to koniec; najgorsze, co może być, to szukanie wtyki. I myśmy się tym nie zajmowali.


BICIE POZASŁUŻBOWE

– Ubecy nie tylko podsłuchiwali. Zdarzały się pobicia przez „nieznanych sprawców”.
– Poważnie bili tylko raz: u Jacka odbywał się wykład TKN-u, na który przyszła bojówka. Oberwali Henio Wujec, Gajka i Maciek Kuroń, a ojciec Jacka miał zawał.
– Niektóre źródła twierdzą, że pobito także Pana.
– Raz dostałem. W każdym razie tydzień później było otwarte zebranie SZSP na SGPiS-ie, gdzie studiowało wielu bojówkarzy. Poszła tam nasza ekipa z profesorem Lipińskim, Jackiem i Adamem, doprowadziliśmy do dyskusji, która zamieniła się w normalną dintojrę nad bojówkarzami. Jeżeli się ma poczucie takiego responsu społecznego, to nawet nad biciem można jakoś przejść do porządku dziennego. Tym bardziej, że z tego zrobił się skandal, podaliśmy nazwiska tych, którzy bili, oni zaczęli się wstydzić, i zdaje się, że nawet dostali po mordzie od kolegów.
Może nie powinienem tego mówić, ale co tam... Pewni ludzie byli bici częściej niż inni: ci, którzy byli wyjątkowo upierdliwi dla policji. Jeżeli miałeś do nich normalny stosunek, to raczej zostawiali cię w spokoju. Bo są dwie postawy: albo walczysz z ustrojem totalitarnym na poziomie klawisza czy milicjanta, albo walczysz na innym poziomie, a milicjanta i klawisza traktujesz jak normalnych ludzi, którzy mają taką robotę. Otóż jak ktoś wymyślał policjantom czy klawiszom, dostawał po mordzie, ale było to jakby pozasłużbowe. To zresztą, poza rzecz jasna sprawą Pyjasa, nie było na ogół bicie okrutne. Opowiadał mi młody Lipski, jak go kiedyś bili pałką po piętach. „Tak naprawdę to mnie nie bolało. Krzyczałem, bo powinienem krzyczeć”. Więc co: miałem się litować nad Janem Tomaszem? Tak specjalnie się nad nim nie litowałem... (śmiech)


ŻYCIE W PRAWDZIE


– Skoro podniósł Pan temat stosunku do przeciwnika: pamięta Pan historię prokuratora Rozwensa?
– Do dziś jest obecny w życiu publicznym. Widziałem niedawno jego zdjęcie w gazecie, jest wziętym adwokatem...
Zdzisław Marek, ekspert od medycyny sądowej, który orzekał i przy sprawie Pyjasa, i przy tajemniczej śmierci Jana Brożyny w czerwcu 1976, również w III RP funkcjonuje w najlepsze...
– Rozwens zabił dziecko po pijanemu. Strzelał do psów sąsiada, które poszarpały skórę upolowanego przez niego zwierzęcia i trafił dziecko. Był wtedy prokuratorem, który prowadził wiele naszych spraw. Kiedy sam miał proces i sprawę próbowano zatuszować, Janek Walc, który był nadzwyczaj przyzwoitym człowiekiem, napisał potwornie agresywny reportaż i był wielki spór w „Biuletynie”, czy to ma iść w tej formie. Adam uważał, że nie można tak traktować człowieka na ławie oskarżonych; ta pryncypialność została mu do tej pory...
Jak się jest prawdziwym dysydentem, to się jest strasznie przyzwoitym. To nie jest polityka: występujesz w imię zasad moralnych, nie dostajesz za to nic, tylko po tyłku. Dyskutujesz o wartościach, a nawet jak wiesz, że możesz skłamać i nikt tego nie sprostuje, to tego nie robisz.
Tak było z aferą, którą mieliśmy w Grudziądzu. Nagle pojawiła się tam grupa, która zaczęła popierać różne inicjatywy KOR-owskie, zbierali podpisy, ktoś posyłał im bibułę... Wszystko pękło, gdy synowie lidera tej grupy, Edmunda Zadrożyńskiego, mieli proces o jakąś kradzież. Pojechał tam nasz adwokat, Jan Olszewski, i okazało się, że oni po prostu fałszowali podpisy w naszych apelach, bo chcieli zaistnieć w Wolnej Europie. Potem okazało się, że Zadrożyński był skazany za maltretowanie żony. Pytanie: polityczne represje czy naprawdę ją bił? A synowie: kradli czy nie? Nie byliśmy tacy uczciwi, żeby napisać, że tamte podpisy to oszustwo – po prostu przestaliśmy przyjmować następne.
Inny klasyczny spór o „życie w prawdzie” pojawił się, kiedy NOW-a wydrukowała pierwszą książkę na offsecie, „Małą Apokalipsę” Konwickiego. Byliśmy okropnie dumni, bo książka wyglądała prawie jak profesjonalna, ale wszyscy wiedzieliśmy, że wydrukowano 4 tysiące egzemplarzy, a tymczasem Mirek Chojecki chwalił się, że 10 tysięcy. Krzyczeliśmy wtedy na tego reklamiarza strasznie. To, co się działo, było wystarczająco oszałamiające, żeby jeszcze coś dodawać.
– Mimo to nie ustrzegliście się procesu o podawanie fałszywych informacji...
– Ale to też było w gruncie rzeczy zwycięstwo. Sprawa dotyczyła śmierci Pyjasa. Blokada informacji była totalna, nic nie mieliśmy i w końcu ktoś nadał KOR-owi nazwisko i rysopis człowieka, który Staszka śledził. Opublikowaliśmy to i wtedy wytoczono „Biuletynowi Informacyjnemu” proces. Było bardzo śmiesznie: sędzia na boku mówił adwokatowi, że jest zachwycony, bo „Biuletyn Informacyjny” trafił do akt sądu, a my byliśmy dumni, bo nie byliśmy oskarżeni o to, że go wydajemy, tylko żeśmy podali nieprawdziwą informację. Jeszcze się nam udało opublikować przyjemne sprostowanie w „Życiu Warszawy”, w którym po prostu zreferowaliśmy całą sprawę.
Ale generalnie myśmy się rzadko mylili. Kiedy kogoś zwijano, miał krzyczeć, żeby zadzwonić do Kuronia. I ludzie dzwonili. Tylko że jak ktoś obcy dzwoni i informuje o aresztowaniu, to Jacek nie alarmuje natychmiast Wolnej Europy. Najpierw trzeba sprawdzić, czy ktoś jest aresztowany, czy po prostu zapił się i gdzieś leży.
– Ludzie chętnie pomagali?
– Pamiętam taką historię z Bogdanem Borusewiczem. Przyjechał z plecakiem bibuły do Heleny Łuczywo, gdzie akurat był kocioł. Zorientował się, że drzwi otwierają ubecy i dał dyla. Zmylił pogonie, wpadł do autobusu, gdzie powiedział pasażerowi, że jest z KOR-u, a facet zgodził się wziąć plecak i przechować do następnego dnia.


PĘKNIĘCIE


– Mówił Pan o tych silnych więziach między KOR-owcami. Wiele z nich pękło w ostatnich latach...
– Czuję się związany ze wszystkimi ludźmi z tamtych czasów, poza tymi, którzy na to napluli. Antek np. mówił o frakcji „poststalinowskiej” w KOR-ze w wywiadzie dla pisma Regionu Mazowsze już dzień po rozwiązaniu Komitetu. Natomiast mam szacunek do Piotra Wierzbickiego, który kiedyś pisywał do „Biuletynu”. Mamy często kompletnie różne poglądy, ale szanuję go za to, że nie odciął się od przeszłości.
Z wielu wspomnień można odnieść wrażenie, że Wasz spór z Macierewiczem był raczej personalny niż ideowy. Z jego młodzieńczymi fascynacjami: Che Guevara, protesty przeciwko wizycie Nixona w Polsce – on jako człowiek prawicy?
– Nie będę mu zaglądał w duszę, choć kiedy go poznałem, na pewno był bardziej lewicowy ode mnie. Z drugiej strony – jego dziadek był działaczem Ligi Narodowej, ojca – działacza chadecji – zabili ubecy... Spory między nami wybuchały o głupstwa. Mieliśmy wrażenie, że Antkowi często chodzi o wpływy, o znaczenie, ale nie mogliśmy się też pogodzić z tym, jak nam mówił, że inną polskość reprezentujemy.
Nie chodziło tylko o polskość. Macierewicz protestował, kiedy Kuroń napisał list do Berlinguera, przywódcy włoskich komunistów, żeby stanął w obronie polskich robotników.
– Ale Berlinguer stanął w obronie i robotnicy zaczęli wychodzić! Co to komu szkodziło, że jakiś włoski komunista stanął w naszej obronie? Z tego zrobiono spór, żeby jakoś uzasadnić pęknięcie, które już się zarysowywało. Antek i Piotrek Naimski próbowali się samookreślić, mówiąc, że odwołujemy się do innej tradycji, że jesteśmy trochę inaczej polscy (chociaż nie było w tym antysemityzmu), że jesteśmy lewica itd.
W czasach „Solidarności” KOR nie miał dobrej prasy. Na pierwszym zjeździe Związku, gdy ogłaszaliście decyzję o rozwiązaniu, doszło do awantury między delegatami na temat uchwały dziękującej Komitetowi.
– Zjazd był kulminacją procesu, który zaczął się wcześniej. Podczas strajku sierpniowego spotkałem Kazimierza Dziewanowskiego, który przecież pisał do „Biuletynu”: opowiadał, że organizuje się list intelektualistów popierający strajki na Wybrzeżu i że się zastanawiają, czy dać do podpisania prof. Lipińskiemu, bo on jest z KOR-u. Kiedy rodziła się „Solidarność”, myśmy z jednej strony mieli poczucie, że to nasze dziecko, a z drugiej strony byliśmy traktowani jak niechciani rodzice. Nawet Andrzej Celiński na pierwszym zebraniu KOR-u po wydarzeniach sierpniowych postawił wniosek, żeby zakazać Jackowi wyjazdu do Gdańska. Byliśmy niewygodni, bo dla władzy, dla całej propagandy komunistycznej Komitet to był symbol ekstremy.
Sytuacja ludzi z ruchu KOR-owskiego była zresztą dwuznaczna: cała czołówka od lat nie mogła znaleźć pracy, więc nie mogła należeć do związku zawodowego. Można było przywrócić do pracy Anię Walentynowicz, ale Jacka Kuronia? Gdzie? A w związku toczyła się walka o rząd dusz. To była gra, w której użyto wobec nas dokładnie wszystkich argumentów stosowanych przez komunistyczną propagandę: że Żydzi, że tak naprawdę czerwoni, że ekstremiści...


NAJWAŻNIEJSZE BYŁY KOBIETY


We wspomnieniach Jacka Kuronia jest porównanie KOR-u do teatru amatorskiego, w którym są gwiazdy, ale jest też ktoś, kto musi sprzedawać bilety czy sprzątać...
– Sam mam poczucie, że dostałem prezent, który miał być dla kogoś innego. Członkiem KOR-u zostawało się trochę na zasadzie reprezentacji środowisk – kiedy chciano dokooptować kogoś z „Biuletynu” zdecydowano się nie na Joasię Szczęsną, tylko na mnie, bo miałem „marcowe” nazwisko.
„Myszek opozycji” były nieskończone ilości. Pamiętam Agnieszkę i Rafała Zakrzewskich, którzy heroicznie jeździli do Radomia – Agnieszka wyglądała jak dziewczynka i ocalała podczas jednego „wkroczu”, bo wzięto ją za córkę gospodarzy. Pamiętam też taką dziewczynę z Poznania, która odbierała „Biuletyn”: przyjeżdżała z wózkiem do zakupów i zabierała te 300 czy 400 egzemplarzy – straszny ciężar – do pociągu. Nawet nie wiem, jak się nazywa...
W ogóle najważniejsze były kobiety. One zawsze robią czarną robotę, pilnują papierków, nic nie gubią, redagują tekst do końca... Nie wyobrażam sobie Komunikatów bez Anki Kowalskiej, „Biuletynu” bez Joasi, a „Robotnika” bez Heleny Łuczywo. Ale dla mnie najważniejsza była Gajka, na której trzymał się cały dom Kuroniów.
– Mówi Pan, że to był fantastyczny czas. Skąd zatem rozgoryczenie tak wielu dawnych opozycjonistów?
– Bycie w opozycji dawało pewien komfort. Parę lat życia bez pracy może rozleniwić. Można nic nie robić, tylko kręcić się po bankietach i czytać książki... Była swego rodzaju równość: byłeś kolporterem i byłeś traktowany tak samo, jak profesor uniwersytetu. Ale potem nagle okazało się, że ty nic nie umiesz poza gadaniem, kolportowaniem czy drukowaniem na powielaczu, a oni robią kariery: w polityce, w mediach... Zachowując proporcje, to jest tak jak z politykami, którzy teraz, po 12 latach posłowania, nie weszli do Sejmu. Czy będą umieli wrócić do normalnego życia?
A co do tego fantastycznego czasu... Uświadomiłem sobie, że w ciągu tych 12 lat wolności po raz pierwszy buduję swoje życie: myślę o tym, co będzie za rok, za pięć lat, czy coś kupić, kiedy... Wcześniej zawsze byłem w sytuacji, że nie ma nic do planowania, bo nie ma żadnej przyszłości.
– Ile miał Pan lat, jak przyszła wolność?
– Czterdzieści trzy. I uważam, że to właśnie jest normalne życie, tych ostatnich 12 lat... 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl