|
Śmiech
Śmiech pariasów
PAWEŁ ŚPIEWAK
Jedynym rodzajem śmiechu, jaki zasługuje w pełni na to miano, jest ten, który stworzyli pariasi. Wszelki inny – ten z telewizorów, tak zwanych pism czy dodatków humorystycznych – zasługuje co najwyżej na miano rechotu. Dawny śmiech chcą wyrzucić pospołu pryncypialiści i parweniusze, zwani też nowobogackimi.
Naszą część świata przez dziesiątki – czy więcej – lat zamieszkiwali pariasi. Byli jak nikt świadomi tragiczności losu. Wrażliwi na cierpienie i cierpiący. Skazani na klęski, i bezradni wobec wielkich sił historii. Rozumiejący, że od czasów potopu świat zawsze i wszędzie obmywał się tylko krwią (Stanisław Jerzy Lec). Częściej przegrywano niż zdobywano światowy rozgłos. Słowo ,,sukces’’ brzmiało fałszywie i co gorsza podejrzanie. Zawsze ukrywało w sobie coś z oportunizmu i służalczości. Było za to dość miejsca na heroizm, ale bardzo mało na spokój i pogodzenie ze światem. Parias jest zawsze wyrzutkiem. Jest kimś nietypowym. Niepewnym swego statusu, bo z dnia na dzień może stracić wszystko. Dom, nazwisko, swoich bliskich. Zna swoje słabości. Wie, kim być nie może. Wie, że nigdy nie zyska materialnego i duchowego komfortu. W każdym razie nie zapewni mu go otoczenie, świat, w który został rzucony. Jest słaby i obdarzony łaską niedostosowania. Traktuje się go często jak garbusa, który mimo wszystkich zaświadczeń, że jest zdrowy i trzyma się prosto, będzie traktowany podejrzliwie i niechętnie. Jego świeczkę może łatwo zdmuchnąć prześladowca. Z pewnością parias nie może się przystosować, zgodzić na to, co jest. A w każdym razie jego wrogowie takiej zgody mu nie udzielą.
*
Najpotężniejszą bronią i siłą pariasa jest śmiech. Albo dokładniej: ironia, groteska, absurd i czuła kpina. Niekiedy opowiada (jak Kafka w ,,Procesie’’, gdy dwaj nijacy osobnicy przychodzą do pana K., oznajmiają mu, że jest aresztowany i zjadają mu śniadanie) komiczne historie, które wprowadzają nas w istotę humoru, w grozę komizmu. Parias nie potrafi ani siebie, ani innych oszukiwać. Zna nędzę i kolejne ukąszenia idei – od heglowskich po narodowo-katolickie. Nie wywyższa się swoją odwagą czy moralną prawością, bo wie, że bywają one zaprawione strachem, bezradnością, czasem kłamstwem. Nie wywyższa się, ponieważ nie ufa patosowi. Ten przekracza tylko granice śmieszności. Nie lubi histerycznych gestów, bo pachną tandetą. Są tanie i łatwe. Zresztą nie ceni ani samozadowolenia, ani dobrodusznej krzepy. Wie dobrze, że częściej niż byśmy tego chcieli, trzeba odgrywać rolę ofiar i wtedy można się tylko modlić o jedno: Boże, nie każ mi cierpieć tyle, ile potrafię wytrzymać. Zna kilka prawd. Jedną z nich jest ta, że los, historia, demony grają z nami w jakąś tajemniczą grę i nie sposób przewidzieć posunięć przeciwnika. On i tak wydrwi nasze najtęższe plany. Bóg przecież, jak pisał Lec, kpi również z satyryków pytających o drogę. Parias bywa gorzki. Goryczy nie sposób uniknąć. Bywa surowy, ale przede wszystkim umie śmiać się z innych śmiejąc się zarazem z siebie. Jego śmiech nikogo nie obraża, nie wywyższa, ale osadzony jest we wspólnocie doświadczeń. Jego ironia bliższa jest Sokratesowi, który chciał być bąkiem, by zgnuśniałe miasto pobudzić do ruchu. Przy tym zdaje sobie sprawę z tego, że ironia opada tylko nielicznych i nieliczni ją przeżywają.
Parias nie ufa wszelkiej władzy. Nie znosi uzurpatorów. W tym sensie jest urodzonym liberałem i krytykantem. Gdy wkracza w obszar polityki skazany jest na rolę buntownika, ale buntownika, który wie, i musi go to śmieszyć, że wybiera tylko jakąś postać klęski. Bywa tedy osobą podejrzaną. Nie znoszą go politycy i parweniusze, jak i zawodowi rewolucjoniści żądni nie tyle zwycięstw, ale tylko władzy. Nie ceni tych, którym nie dana jest „łaska humoru”, albowiem oni nie znają półtonów. Tak samo nie lubi parweniuszy obnoszących się ze świeżo zdobytymi tytułami i pieniędzmi. Są w nie zapatrzeni, ponieważ bez nich są nikim. Traktują siebie z bezpośrednią powagą i zadufaniem, bo stale niepewni swego statusu. Parias z kolei nie ma żadnej ustalonej pozycji. A w każdym razie nie szuka jej w ustalonych hierarchiach. On ma swoje miejsce trochę tułacza, wiecznego wygnańca, trochę szlemiela, radosnego i niewinnego fajtłapy. Szlemiel (taki Lejzorek Rojtszwaniec, jeden z moich ulubionych bohaterów literackich) nie może uciec przed pułapkami losu i brakuje mu sprytu i szczęścia. Jest zawsze podejrzany i przez nikogo, czasem nawet przez siebie samego, nie zaakceptowany. Szlemiel jest małym człowieczkiem, jak bohaterowie Chaplina czy Haška, który chce uniknąć nie tyle złego przeznaczenia, ale stania się jednym z tych opasłych grubasów, którzy rządzą światem. Jeżeli nawet śpiewa piosenkę (,,Gdybym był bogaczem!’’) bawi się jedynie swoimi marzeniami.
*
Śmiech, do którego wzrastałem i nim żyłem, nie zawsze był głośny. Sprawiał raczej, że zachowywaliśmy nieograniczony dystans wobec polityków, kaznodziejów, moralistów, wychowawców szkolnych i wychowawców ludzkości. Humor rodził w nas odruch nieufności wobec ustalonego i oficjalnego porządku. Miał jeden feler. Ale koszty śmiechu trzeba i warto zapłacić. Nigdzie nie czuliśmy się u siebie. Najlepiej odnajdywałem się „w szczelinach między praktyką i teorią, przyczyną i skutkiem”. Nie byliśmy nigdzie w domu. Zawsze nieco poza, wyrzuceni. Ba, nawet hołdujący swej podejrzanej dla wielu ludzi obcości. Zawsze bardziej otwarci na to, co nieoczywiste niż to, co jest proste i codzienne. Nieoczywistość rzeczy uczy umowności konwencji. Wszystko stawało pod znakiem zapytania, wszystko było podane w wątpliwość, ale nie wszystko przez to stawało się tylko zabawą. Pasuje tu słowo ,,zadziwienie’’, bo parias jest ciągle zdumiony i ciągle pozwala się zaskakiwać, gdyby, jak mówiła Szymborska, były w ogóle jakieś oczywiste światy.
Pariasami bywali poeci i aforyści, dramatopisarze czy prozaicy. Filozofowie pisywali bajki o zagubionych twarzach oraz kapłanach i błaznach. Czasem pojawiali się w filmie ,,Zezowate szczęście’’, jak choćby Kobiela wcielony w rolę Piszczyka. Każdy epizod jest tam zabawny, ale każdy kończy się przerażeniem.
Śmiech pariasów nie pociesza i nie zastępuje tragedii. Nie próbuje jej nawet uczynić znośniejszą. Lekki ton przydaje jeszcze jedną maskę zwykłemu bólowi. Cierpienie i śmiech współwystępują ze sobą i jedno wzmacnia tylko drugie. Humor intensywniej pozwala odczuć absurd i własną bezradność. Jeszcze skuteczniej odkrywa ich nieskrywane potęgi. Wie, że śmierć nie zna się na żartach, ale żartem daje się opisać. Tak się dzieje choćby w aforyzmach Leca, w których inkwizytorzy poznają wolność z zeznań więźnia, a mit określa świadomość. Śmiech nie ma rozpuścić prawdy. Nie ma dawać uciechy. Nie ofiaruje żadnego pocieszenia. Nie obroni przez fanatykami i władzą. Nie zastępuje niczego. Jest za to niemal sposobem bycia czy całą filozofią życiową. Jak w wielkich żydowskich dowcipach zaczyna żartem, zamyka filozoficzną sentencją.
Jeśli kończy się rzekomo świat absurdu, sfilmowany przez Stanisława Bareję, a opisywany choćby przez Milana Kunderę, jeśli nie będzie już teatru, w którym gramy wyłącznie nieswoje i nieoczekiwane role, jeśli uwierzymy w swoją sprawczość i racjonalność, jeśli zechcemy zbudować porządny i dobrze zaprojektowany ład, to jaki przystoi nam rodzaj śmiechu? Nie wiem. Nie ma nic śmiesznego ani w kolejnych wcieleniach supermana, ani w sentymentalnych rozebranych romansidłach. Nie zapewnią go grubokarczyste chamy w dresach usadowione w zagranicznych samochodach.
*
Z pewnością jest tak, że podział na lewicę i prawicę, podział na wierzących i niewierzących da się i powinno zastąpić podziałem bardziej fundamentalnym, ale bynajmniej podziałem nie tak prostym: na ludzi i „partie” obdarzonych łaską humoru i ludzi, którym obce są autoironia i dowcip. Piszę to z przekonaniem, choć wiem, ile wątpliwości i oskarżeń może paść pod moim adresem. I nie mam też wątpliwości, że póki co w tym znanym mi świecie jedynym rodzajem śmiechu, jaki zasługuje w pełni na to miano, jest ten, który stworzyli pariasi. Wszelki inny – ten z telewizorów, tak zwanych pism czy dodatków humorystycznych – zasługuje na miano co najwyżej rechotu. Dawny śmiech chcą wyrzucić pospołu pryncypialiści i parweniusze, zwani też nowobogackimi. Tworzą w tym wypadku sojusz bynajmniej niesytuacyjny.
Pryncypialiści, ponieważ wszystko traktują z tą samą nadętą powagą i wszędzie tropią tylko odchylenia od jedynie słusznej linii. Boją się i brzydzą postacią błazna nie dlatego, że bywa śmiesznie ubrany i dzwoni dzwoneczkami, ale dlatego, że ironizując, wątpiąc, szukając nie godzi się na żadne łatwe absoluty. Uprawia najbardziej gorszącą rozpustę, rozpustę swobodnego myślenia. Bywa nihilistą, bo podważa oficjalne truizmy, a o prawdzie woli milczeć lub przebiera ją w niezliczone maski. Jeśli ta pojawia się w swej oczywistej postaci, to jedynie w obszarze nicości i wtedy dręczy swoich podopiecznych niespokojnymi snami.
Pryncypialiści potrafią tylko szydzić i drwić. Wyśmiewać swoich wrogów, uważając, że sami wolni są od skazy wątpliwości. Mają wszelkie cechy neofitów. Dlatego są sztywni i przerażeni sobą. Zasiadają przecież w trybunale spraw ostatecznych. Podobni są w tym do parweniuszy, których bawi w programach telewizyjnych niejakiego Drozdy spadający na głowę panny młodej żyrandol lub pocieszny wypadek na skórce od banana. Obie grupy są beznadziejnie głuche na półtony i brak im poczucia absurdu i tragiczności. Są pozbawione krztyny dobrego smaku i dlatego nie znają żadnych samoograniczeń. Zresztą pryncypialistami bywają najczęściej parweniusze, którzy albo za minionego reżimu byli wiernymi jego sługami, albo ci, którzy korzystając z łaski późnego urodzenia teraz łatwo oskarżają o zdradę. Ich stać tylko na poniżanie i wyśmiewanie innych, bo sami boją się stanąć przed lustrem.
Śmiech wymaga ciszy, porzucenia błyskotek, tłumu. Wymaga jeszcze jednego: porzucenia uznanych hierarchii, czyli domaga się wolności. A reszta, to już sprawa indywidualnej inwencji. Dokładniej, dobrego spotkania z samym sobą.
Paweł Śpiewak – socjolog i historyk idei, stały współpracownik „Res Publiki Nowej” i „Tygodnika Powszechnego”.
|