Śmiech

 

 

 

Moi mistrzowie śmiechu

 

 

 

JERZY PILCH

 

 

 

 

 

 

Wśród całej masy książek, które ukradliśmy z ojcem księdzu wikaremu był też „Komizm” Stanisława Bystronia, śmiech mój bardzo wcześnie zyskał przez to chorobliwy podkład teoretyczny – śmiać się serdecznie i natychmiast śmiech swój szufladkować – to jest dopiero śmieszne, tym śmieszniejsze, że fundamentalne dzieło Bystronia jest też samo w sobie śmieszne. Trauma śmiechu wielokrotnego (np. nie z dowcipu się śmiejemy, a z tego, co dowcip opowiada) miała swoje apogeum przy śmiechu pokoleniowym, co w moim wypadku znaczy: śmiech wg Sławomira Mrożka.
Po zwycięskim śmiechu, jaki budziły przygody bohaterów Julesa Verne’a i Edmunda Niziurskiego („Księga urwisów”!), po zapierającym dech, ale krótkim (bo zachwyt brawurą jest krótki) śmiechu nad Haškiem i Rabelaisem, po ponurym fiasku, jakim okazali się wtedy Dickens i Cervantes (do dziś zresztą za cholerę nie wiem, co niby w tych autorach jest śmiesznego – moim zdaniem nic), po epifanicznych rechotach nad jakimiś fragmentami Witkacego przyszedł Mrożek i „wziął dziedzictwo”, i wrażliwość na komizm świata naszego powszedniego ukształtował. Kompletując na nowo bibliotekę, kupiłem niedawno trzy tomy opowiadań, zacząłem przeglądać i uświadomiłem sobie, że jako gomułkowski gimnazjalista tom opowiadań Mrożka „Deszcz” znałem praktycznie na pamięć, a jeśli jest w tym cień przesady, to w powiedzeniu, że mówiłem (mówiliśmy) wtedy całymi zdaniami, całymi fragmentami Mrożka jest z kolei cień niedosytu. Ciągle zresztą słyszę: Mrożek, Mrożek to, Mrożek tamto, cały Mrożek, sytuacja jak z Mrożka, itd.; ciągle to słyszę, a porządnego tekstu (już nie mówię książki) o decydującym intelektualnym i estetycznym wpływie tego autora – jak nie ma, tak nie ma. Przecież ja sam w tym kraju wszystkiego robił nie będę.
Zanim jednak zaczęła się epoka śmiechu świadomego, śmiechu szufladkowanego, śmiechu zwierciadlanego, śmiechu politycznego, śmiechu do cna wyczerpanego czy też śmiechu, jakiego się wam żywnie podoba, był czas niewinności, czyli – pewność, że jest tu jakiś paradoks terminologiczny, wezmę ze sobą do grobu – epoka przekazu oralnego.
W moich stronach podstawową propedeutyką życia refleksyjnego było pasienie krów – rzecz jasna do tego z racji ogólnej słabowitości też się nie nadawałem – w gruncie rzeczy od maleńkości nadawałem się wyłącznie do leżenia (w takim kontekście wyłącznie: bykiem) w łóżku. Leżałem w olbrzymim jak pokład żaglowca łóżku, podobno chorowałem, z pewnością słuchałem wszystkich głosów przychodzących z głębi dygocącego i trzeszczącego pod narkotycznymi nawałnicami domu. Chorobliwego inwentarza tych odgłosów, zaczynających się co rano od – a jakże – jaszczurczego chrobotu w kominie, teraz nie będę dawał – śmiechy nieodgadnione zaczynały się pod wieczór. To znaczy nieodgadnione jak nieodgadnione, jakichś wielkich mecyj fabularnych nie było. Pod wieczór do mojej babki Marii zachodziła sąsiadka pani Hania i te dwie – wtedy w moim dzisiejszym mniej więcej wieku – kobiety rozmawiały sobie. A raczej opowiadały jakieś historie, po których zaśmiewały się niepoczytalnie, po prostu konały ze śmiechu. Jeśli nawet nie zdarzało się to co dzień – to czy dwa, trzy razy w tygodniu mogą się trafiać aż tak śmieszne opowiadania? Jeśli nawet niekiedy delikatny brzęk szkła tamtym historiom towarzyszył, to przecież ani nie wyczerpywał on ich znaczeń, ani nie tłumaczył śmiechu narratorek. O czym one wtedy opowiadały? Co to były za historie? Jakie pointy te nieskłonne do śmiechu niewiasty do łez ze śmiechu doprowadzały?
Ach, oczywiście nie zamierzam kolejny raz nostalgicznie boleć nad bezpowrotnie przepadłymi literaturami domowymi. Przeciwnie – chcę je kiedyś napisać. Gdybym je wtedy słyszał i tak nic bym nie zrozumiał. Na szczęście słyszałem tylko śmiech wyraźny i niewyraźne szmery głosów. Muzykę śmiechu słyszę wyraźnie i do tej muzyki napisać (napisać, nie wymyślić) libretto to jest zadanie, którego trudność zdaje mi się tak wielka i zarazem tak nęcąca, że na razie z ulgą mówię: na toś jeszcze Pilchu za młody.

Jerzy Pilch (ur. 1952) – prozaik, felietonista „Polityki”. Ostatnio opublikował – nominowaną do Nagrody Literackiej Nike – powieść „Pod Mocnym Aniołem” (2000).

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl