|
Śmiech
Chrześcijaństwa
kłopoty z wesołością Śmiech
miejscami poświęcony
KS. JAN KRACIK
Do uczniów Jezusa ludzie przyłączali się nie dlatego, że ci głosili im złą, lecz dobrą wiadomość (takie jest znaczenie greckiego słowa evangelion) – radosną nowinę o zbawieniu. Z tak optymistycznego źródła winny więc chyba płynąć na wszystkie obszary ludzkiego życia strumienie usposabiające pogodnie, a nierzadko zgoła wesoło.
Jeśli potoki te nie wszędzie dopływały, jeśli często wsiąkały w piachy historii albo zanieczyszczone po drodze niosły ludziom mętne wody grozy zamiast otuchy, to należy się przyjrzeć przemianom owego systemu irygacyjnego świadomości chrześcijańskiej.
Śmiech smutniejszy od płaczu
Czy rozbrzmiewające w niej pierwotne radosne pienia betlejemskich aniołów nie zostały aby w średniowieczu przygłuszone chichotem ich upadłych kolegów? Czemu bowiem radosną fascynację nadzieją zbawienia tak często zastępowało szerzenie strachu przed jego utratą? Dlaczego perspektywa radości wiecznej tak długo słabo uszlachetniała radości tego świata, ukazywane najchętniej przeciwstawnie, nieufnie, a nawet z pogardą? Skąd tyle cierpiętnictwa w żywotach świętych? A może to głównie konwencja niefortunnej dydaktyki? Realni święci i rzesze mniej świętych, stanowiące Kościół, czy aby nie śmiali się częściej, niżby to wynikało z ukazywanych im wzorców? Weselni chłopi Petera Breugla na ponuraków nie wyglądają.
Jeśli zaś nigdy nie brakowało i roześmianych chrześcijan, to co wyrażały owe nastroje: głębię zaufania Bogu, puszczanie mimo uszu kazań o marnościach świata i jego zdrożnych przyjemnościach, życzliwość dla ludzi, drwinę z nich?
Chrześcijaństwo nie stanowi pierwszej czy jedynej religii, w której śmiech pełni rozmaite role. Życie każdej wielkiej religii skupia się wokół jej prawd, kultu, organizacji, norm. Dogmaty jako naczelne wartości wspólnoty są mocno chronione. Ich kwestionowanie czy wyśmiewanie zagraża temu, co nietykalne i spotyka się z represją. Przykładów dostarczają dzieje walki z bluźniercami, heretykami, prześmiewcami. Wcześniej zaś znane już starożytnym sięganie po komizm w celu ośmieszenia obcych i ich wierzeń, by w ten sposób wzmocnić konsolidację wokół własnej religii. Ludzi antyku nie raził ten dla nas zgoła żałosny gatunek humoru.
Nie brak go i w Starym Testamencie. Jedni szydzą z wysłańców Jahwe (np. 2 Krn 36, 16), a prorok Eliasz zanim wymordował paruset proroków Baala, natrząsał się niemiłosiernie z bezsilności ich Boga, który nie zsyła ognia na złożoną ofiarę (1 Krl 18, 27). W modlitewniku Żydów i chrześcijan, czyli w Psalmach, sam Bóg szydzi z pogan i
„śmieje się” zarówno z buntujących się przeciw Niemu ludów, jak i z każdego niegodziwca, którego On sam
„wyrwie z ziemi żyjących”; co ujrzawszy sprawiedliwi również
„będą śmiali się z niego”. Czciciele Jahwe dworują sobie z bóstw pogańskich, gdyż to
„srebro i złoto, robota rąk ludzkich. Mają usta, ale nie mówią, oczy mają, ale nie widzą, mają uszy, ale nie słyszą (...) nogi mają, ale nie chodzą” (Psalmy 2, 52, 58, 115).
W Nowym Testamencie śmiech (o radości mowa znacznie częściej) wspomniany jest tylko dwa razy, do tego w charakterze eschatologicznym, w kontraście z pożądanym w doczesności płaczem. Oto w Kazaniu na Górze powiedziano:
„Błogosławieni wy, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie” (Łk 6, 22). W liście zaś Jakubowym znalazł się apel do nazbyt wesołych grzeszników:
„Uznajcie waszą nędzę, smućcie się i płaczcie. Śmiech wasz niech się obróci w smutek, a radość w przygnębienie. Uniżcie się przed Panem, a wywyższy was” (Jk 4, 9-10). Lepiej więc płakać jako prześladowany za wiarę niż śmiać się jako prześladowca, lepiej smucić się własną nędzą moralną niż nią się cieszyć. Mamy tedy Chrystusową obietnicę daną uciśnionym, mamy i apostolską zachętę do obracania złego śmiechu w dobry smutek, czyli uznania przed Bogiem nędzy swego grzechu. Prowadzi to do wywyższenia będącego radością, do jakiej Nowy Testament ciągle zachęca. Ta wieczna zaczyna się w doczesności, gdzie przejawia się w życiu wiarą i miłością. Im bardziej konsekwentnie, tym łatwiej o harmonię radości człowieczych i religijnych.
Prawo kościelnego wahadła
Gdy owa konsekwencja, określona Dekalogiem jako warunek zbawienia, była przez chrześcijan masowo (szczególnie w epoce chrzczenia całych ludów) zaniedbywana, tym surowszy obraz Boga-Sędziego ukazywali duchowni wiernym. Ci więc poprzenosili na świętych co cieplejsze uczucia religijne. Pielgrzymowanie do nich sprzyjało pobożności przeplatanej niekoniecznie pokutnymi przystankami po gospodach. Przenoszenie relikwii, później koronacje obrazów, bywanie na odpustach stanowiły następną okazję układania bukietu doznań duchowych i wesołych. Jeszcze większą mieszaninę nabożności, parady i reklamy turystycznej obserwować można do dziś u honorujących swych lokalnych patronów Hiszpanów, Włochów czy amerykańskich Latynosów. Dogłębna potrzeba ciągłego oscylowania między sakralnym a ludycznym biegunem święta powodowała, że kościelne próby ich czasowego i przestrzennego rozdzielania, a zwłaszcza wytłumiania tego drugiego, przynosiły efekty niewielkie, a czasem przeciwne do zamierzonych.
Średniowieczni i nowożytni kaznodzieje oburzali się, że wierni niedzielne przedpołudnia poświęcają Bogu, a popołudnia oddając się zabawom ofiarują diabłu. Moraliści wykazywali bezecność światowych tańców, jakże różnych – tłumaczyli – od korowodów świętych w niebie, jakże bliskich procesji potępionych! Zakazywaniem zapustnych swawoli zajmowały się nawet synody.
Im bardziej jednak przeciwstawiano nabożeństwo rozrywce, a radość duchową cielesnej, zbyt słabo różnicując oceny tej drugiej, tym bardziej emancypowała się ona, by rozwijać się na obrzeżach sacrum, przeciw niemu czy jego kosztem. Piętnowaniu wesołego świętowania rzadko towarzyszyły alternatywne propozycje, chyba że zaliczać do nich pobyt w karczmie kościelnej (tj. tam, gdzie miejscowość należała do biskupa, kapituły czy klasztoru), funkcjonującej zresztą nie inaczej niż pozostałe.
Zakazanie jedzenia mięsa (w Polsce nadto nabiału) i urządzanie zabaw przez półtora zimowego miesiąca stanowiło główny powód wielkiego ożywienia konsumpcji i rozrywek w poprzedzającym Wielki Post karnawale. Narzucono wiernym mnóstwo świąt (w Polsce XVII–XVIII w. było ich oprócz niedziel 38, plus 15 półświąt, gdy po wysłuchaniu Mszy można było pracować), a oburzano się, że ludzie po nabożeństwie pragną starej jak świat ludycznej części świętowania. Tej nie dało się tedy skutecznie zakazać. Ale miejscowe duchowieństwo, związane ze środowiskiem i jego obyczajem, bywało często bardziej wyrozumiałe niż synody i moraliści. Niektórzy plebani sami zapominali o kanonicznych zakazach uczęszczania do karczmy.
Nauczać bawiąc?
Profanum przenikało do sacrum głównie drogami inkulturacji. Najświętsze obrzędy zastygłe w monotonii rytu, sprawowane w niezrozumiałym języku, wymagały przybliżania. Należało tedy zainteresować, poszerzyć skalę przeżyć, zaspokoić ciekawość. W kościele i obok niego rozkwitła tedy paraliturgia. Odgrywane scenki, misteria, czytelne symbole wyrażały treść święta, asymilowały je i obrazowały, przemawiając do wyobraźni, wzruszając, ale i bawiąc. Te organizowane przez duchownych lub za ich zgodą przedsięwzięcia doznawały bez porównania słabszej kontroli kościelnej niż oficjalny kult, co umożliwiało nasycanie ich ulubionym elementem ludycznym.
Deszcz kwiatów lub płonące pakuły zrzucane na wiernych przez otwór w kościelnym sklepieniu i wyfruwający z chóru gołąb w dniu Zesłania Ducha Świętego, symbolizowały Jego zstąpienie wyraziście, choć nie tak poważnie jak powściągliwe znaki liturgiczne. Inscenizacjami w ciągu roku kościelnego obrósł mocno czas Męki Pańskiej, a zwłaszcza okres Bożego Narodzenia, gdzie najłatwiej było wprowadzić zabawne motywy, przetrwałe wszak do dziś w szopkowo--pastorałkowej wersji tajemnicy Wcielenia. Wydarzenia pasyjne, które zdominowały (w polskiej pieśni kościelnej – do dziś) cały Wielki Post, powstrzymywały ludyczne potrzeby.
Rozładowaniu tego napięcia sprzyjała Wielkanoc, gdzie radości ducha wtórowała i radość najedzonego wreszcie ciała, a bilans ludowy owych nastrojów i obrzędów (np. śmigus) wyrażało określenie pożądanych skutków wesołych wstawek w kazaniu wielkanocnym: risus paschalis – śmiech wielkanocny.
Nie było to puste pojęcie, jeśli było się w stanie tak wymownie skroplić pod piórem polskiego paulina, piszącego około 1582 r. swą
„Historyję o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim”, bilansującą rodzime tradycje łączenia religijnej powagi i śmiechu. Oto Lucyper nie chce wpuścić do piekieł Jezusa, ten więc grozi, że go
„chorągwią zmłóci”, potem ciągnie czarta za łańcuch, a do Jana Chrzciciela powiada:
„Aleś kosmaty, nieboże, w tej wielbłądowej siermiędze, zklękła by się ciebie Matka”. Takie mieszanie radości paschalnej z rubasznym humorem było już na tyle obce w połowie XX w., że kiedy Teatr Narodowy w 1961 r. wystawił ową
„Historyję” w reżyserii Kazimierza Dejmka, polski episkopat wystosował protest do rządu, a jezuici w kościele przy Rakowieckiej wywiesili ostrzeżenie (szczegóły – w „Kartkach z dziennika” Jerzego Zawieyskiego).
Ani zakazać, ani ochrzcić
Jasełkowe natomiast krotochwile, obracające się wielce swobodnie także wokół głównej prawdy wiary, nie rażą jakoś nikogo do dziś. Te kościelnie zaakceptowano, tamtych nie. Pogodzono się też dawno, a milcząco z największym czasowym zbliżeniem sakramentu ze skromnie raczej uduchowioną radością uczestników wesela.
Ludyczne dodatki do niektórych praktyk pobożnych znane były tylko w poszczególnych krajach. Francuskie synody średniowieczne piętnowały procesje pątników zamieniające się w taniec wokół relikwiarzy niektórych świętych, a także tańce w noc świętojańską. W XVII w. w jednych diecezjach ogni świętojańskich zakazywano, w innych natomiast próbowano je
„chrzcić”, odrzucając zabobonne wierzenia i magicznie rozumiane praktyki towarzyszące, a upowszechniając ich interpretację symboliczną. Część zatem biskupów sądziła, że da się zaszczepić nowe pojmowanie owych praktyk, a część była zdania, że oficjalna ich wykładnia będzie tylko legitymizacją podejrzanych wierzeń i zabaw, których lepiej zakazać. Obydwie postawy spotkamy w historii. Pisać zaś ją należy w tej materii nie tylko od strony zakazów czy koncesji kościelnych, ale i od strony wiernych, pytając, co dla nich było sednem obrzędu, a co jego oprawą czy okazją.
Śmiech rozbrzmiewał nie tylko po dość regularnej przeprowadzce uczestników sumy do karczmy, gdzie wesołość równoważyła powagę przedpołudniowego nabożeństwa i utrapienia dnia powszedniego. Niekiedy i do kościoła zawitały żarty wplatane przez kapłana w kazanie. W okresie baroku osłabło poczucie niestosowności używania takich ozdobników na ambonie, stając się lubianym narzędziem dydaktycznym, a później popisem i zabawką, nie tyle ułatwiającą przyswojenie treści, co jej trywializację. Ten rodzaj poczucia humoru zwalczać będzie katolickie Oświecenie.
Był jeszcze i taki śmiech, który brał się z parodiowania religijnych obrzędów i czczonych postaci. Z odruchowym zaliczaniem wszystkich takich zachowań do bluźnierstwa należy się powstrzymać, usiłując wpierw wniknąć w powody i cel tego wędrowania granicami uwielbienia i profanacji. Przecież w epoce ideowego monopolu i praktycznej dominacji Kościoła, przy surowym prawie ścigającym bluźnierców, nie zaliczano do nich niejednego rubasznego traktowania, a nawet parodiowania świętych postaci i obrzędów! Ckliwy czy niesmaczny komizm pastorałkowy poklepywał po plecach Jezuska, pastuszków, aniołków, starego Józefa i ciągnących z dzbana na weselu w Kanie apostołów. W baroku niektórzy kaznodzieje nie powstrzymają się od żartów mówiąc nawet o Golgocie.
Najtrudniej dziś pojąć obchodzone w średniowieczu w niektórych krajach Święto Głupców, łącznie ze sprawowaną przez przebierańców liturgią na niby, gdzie żacy i duchowni zamieniali swe miejsca i role. Taka zabawa polegająca na odwracaniu społecznego porządku świata, znana już starożytnym, miała pewne inspiracje ewangeliczne (rola prostaczków i dzieci, ostatni pierwszymi i odwrotnie), które jednak gubiły się łatwo w takim ich manifestowaniu, które musiało się spotkać ze sprzeciwem władz kościelnych.
Granice tego, co w parodii uwłaczające, a co dopuszczalne zależą od wrażliwości epoki i społeczności. Wygłaszanie żartobliwego kazania pod koniec karnawału, praktykowane do dziś w niektórych stronach Niemiec, u nas nie funkcjonuje. Uznany za stosowny humor religijny trzyma się standardów określonych historycznie i kulturowo. Są tematy i obrzędy, których włączanie do dowcipów uważane było czy jest za niedopuszczalne, są i takie, które nie tracą swej powagi, chociaż obrastają facecjami jak Sąd Szczegółowy, św. Piotr na furcie Niebieskiej, zbawieni i potępieni.
Obszary długo szerzonej, a stopniowanej niekiedy aż po groteskę, grozy, zostały przez odbiorców tych przytłaczających wizji opatrzone w ciągu wieków w wentyle bezpieczeństwa wyzwalające śmiech. Nie szyderczy ani cyniczny, lecz pozwalający odetchnąć i zyskać dystans wobec monotonii i jednostronności. Żaden łuk nie wytrzymuje ciągłego napięcia.
Ks.
Jan Kracik
|