|
Śmiech
Zacznij
od siebie
MICHAŁ KOMAR
1. Śmiech jest powszechnym wśród
osobników ludzkich sposobem wyrażania wesołości, w którym ruchom mięśni twarzy towarzyszy niekiedy swoisty głos, a także – choć rzadziej – parskanie, łzawienie, zrywanie boków, tarzanie się i pękanie. Platon był mu niechętny, być może dlatego, że Sokrates śmiał się nader często, także i wówczas, gdy był obiektem kpin. Od Eklezjasty dowiadujemy się, że „śmiech głupca jest jak trzask cierni płonących pod garnkiem”. W zarysowanej przez Księgę wizji marności wszystkiego, przede wszystkim zaś bydlęcej marności ludzkiego życia, śmiech jest zrazu traktowany jako znak szaleństwa, potem jednak – ku naszej błazeńskiej uldze – staje się narzędziem oczyszczania serc z gniewu i złości. Utwory Michaiła Sałtykowa-Szczedrina, Michaiła Bułhakowa i Michaiła Zoszczenki zaświadczają, że śmiech jest ostatecznym sposobem wyrażania rozpaczy: śmieję się, bo łez mi już zbrakło.
2. Aktorzy komedii attyckiej nosili prócz masek wypchane zady, wypchane brzuchy i nadnaturalnej wielkości skórzane phallosy. Podobne postaci występują na starych rycinach obrazujących sztukę aktorską w Indiach, Chinach i Japonii. Przyczyny, dla których ponosi nas wesołość, są trwałe. Miles gloriosus jest obiektem śmiechu od ponad dwóch tysięcy lat; ani koloryt lokalny, ani historyczny kostium nie mogą przesłonić związków łączących Papkina, Falstaffa i Pyrgopolinika. Idzie tu – by przypomnieć słowa Arystotelesa („Poetyka”) – o „naśladowanie ludzi gorszych, lecz bynajmniej nie w znaczeniu wszystkich ich wad, a tylko w zakresie śmieszności, która jest częścią brzydoty. To co śmieszne, jest przecież związane z jakąś pomyłką lub z bezbolesnym i nieszkodliwym oszpeceniem”. Śmiech bywa więc narzędziem wywyższenia etycznego, estetycznego i intelektualnego; z jego pomocą możemy potwierdzić własną godność, mądrość czy też piękno, cechy, których wcale nie jesteśmy pewni, kwestionuje je bowiem pomieszany świat.
3. W „Dekameronie” Mistrz Simone, lekarz, który powrócił do Florencji ze studiów we wszechnicy bolońskiej, prosi Bruna i Buffalmacca, aby wprowadzili go do towarzystwa, które para się korsarstwem. Simone uważa, że dzięki takiej znajomości będzie się mógł szybko wzbogacić. Dochodzi do nocnego spotkania na oznaczonym miejscu. Buffalmacco wrzuca doktora do smrodliwej jamy i tam go pozostawia. Celem opowieści jest wykazanie, że pewni siebie, pyszni, „przyodziani w długie, fałdziste szaty szkarłatne, futrem bramowane” absolwenci bolońskiej uczelni, sędziowie, doktorzy i notariusze, są w istocie nadętymi głupcami, oszustami i tchórzami. Ponieważ tak jest, ich wyuczona wiedza o Hipokratesie i Avicennie musi ustąpić przed instynktowną, rubaszną mądrością Bruna i Buffalmacca, ubogich, niewykształconych malarzy florenckich: „Oto jak się do rozumu przywodzi tych, co go nie nabyli w Bolonii”.
A przy tym kara wymierzona pyszałkowatemu doktorowi nie krzywdzi go, nie pozbawia człowieczeństwa: „doktor uderzył w prośby o przebaczenie i zaklął ich na Boga, aby mu wstydu i przykrości nie czynili. Wreszcie udało mu się udobruchać ich potulnymi słowy”. Zatem śmiech odsłania fałsz pozorów. Osądza i obezwładnia kłamstwo. Przywraca światu obraz zgodny z rozumną naocznością, ze zdrowym rozsądkiem. Zwycięża – póki sam nie zacznie opierać się na wizerunku naoczności wykrzywionym przez ideologiczne urojenia.
Przykładem mogą być popularne niegdyś próby wyśmiania teorii względności. „Jakież na to wszystko daje Einstein dowody? Nie daje żadnych; tam są tylko kolumny matematyczne ciągnące się bez końca” – pisał (bez żartobliwych intencji) w 1920 roku pewien utytułowany naukowo warszawski publicysta narodowo-katolicki, dodając, że hipoteza Einsteina jest niczym więcej jak dywersją ateistyczną i bolszewicką. Głosi ona bowiem, że nie istnieje absolutny układ odniesienia. To zaś w (nieuprawnionym) przekładzie na język codziennej praktyki miało oznaczać, że nie ma wartości stałych, wszystko jest względne, Einstein, jak wiadomo, jest Żydem, a jego teoria – wyrazem wrogiego prawdziwej nauce katolickiej ducha Talmudu. W prasie popularnej sprawę kwitowano żartem: „żydek Einstein powiedział, że wszystko jest względne, więc ci nie oddam długu”; w ten sposób czytelnik zyskiwał podwójną nobilitację: stawał ponad sławnym fizykiem, bo ten okazywał się jedynie pogardzanym „żydkiem Einsteinem” a zarazem demaskował niezrozumiałą teorię.
Po 20 latach niektórzy teologowie spostrzegli, że teoria względności nie daje się pogodzić z podstawowymi założeniami materializmu, pozwala natomiast na operowanie pojęciem wszechświata nieograniczonego lecz skończonego oraz na „redukowanie optymizmu co do możliwości osiągnięcia przez naukę ostatecznej prawdy, nie mówiąc już o szczęściu”. W istocie, o dziejach teorii względności dałoby się napisać interesującą komedię lub przynajmniej poemat dydaktyczno-satyryczny na wzór „Narrenschiff”.
4. Co jest śmieszne? To, co wzbudza
naszą wesołość przez śmiech wyrażaną. 30 lat temu znalazłem w zatęchłej księgarni jakiegoś rosyjskiego stowarzyszenia emigracyjnego w Paryżu zdjęcie przedstawiające szeroko uśmiechniętych mężczyzn. Potem oglądałem je w Moskwie, w Berlinie, w Warszawie i w Mińsku, w Belgradzie, w Zagrzebiu, to samo zdjęcie, ale za każdym razem z innym podpisem. Uśmiechnięci mężczyźni byli w mundurach polowych, z bronią. Stali pod drzewem, na gałąź którego nabito nagi, skrwawiony korpus, bez rak, bez nóg, odrąbanych w pachwinach, z rozprutym brzuchem, z wyłupionymi oczyma i penisem wciśniętym w usta. A mężczyźni uśmiechnięci, zadowoleni, radośni, patrzą w obiektyw.
Podpis paryski informował, że to żołnierze 6 Dywizji Kawalerii armii Semiona Budionnego w chwilę po zamordowaniu kapitana A.N. Nogina z 1 pułku Armii Ochotniczej. Podpis moskiewski, że to żołnierze armii generała Denikina po zamordowaniu wziętego do niewoli komisarza I. Kogana z oddziału bolszewickiego. W Berlinie – że to niemieccy i litewscy esesmani po likwidacji jakiegoś getta. W Warszawie, że to Ukraińcy z sotni Wasyla, po wymordowaniu polskiej wsi na Podolu w 1944 roku. W Mińsku brak było pewności: albo Polacy z 202 batalionu policji granatowej, który w 1943 roku brał udział w hitlerowskich akcjach pacyfikacyjnych na Białorusi, albo też żołnierze I Rosyjskiej Narodowej Brygady SS (Gil-Rodionowa), która przekształciła się z czasem w I Antyfaszystowską Brygadę Partyzancką. W Belgradzie była mowa o chorwackich ustaszach. W Zagrzebiu z kolei o serbskich czetnikach. To zresztą nie ma większego znaczenia.
Ma znaczenie: drzewo, uśmiech wyrażający wesołość, ręka obcięta, uśmiech wyrażający wesołość, rozpruty brzuch i wyrwane jelita, uśmiech wyrażający wesołość.
5. Wedle Arystotelesa u źródeł komedii
leżało osobiste szyderstwo, chęć poniżenia przeciwnika. Jeśli tyle jest rodzajów śmiechu, ilu ludzi, to nie byłoby powodów do śmiechu. Sprawa dotyczy wspólnoty, która rozpoznaje się w granicach pewnego porządku społecznego. Pierwszy konkurs komediowy odbył się w 486 roku p.n.e.; wtedy archont wyznaczył z listy podatkowej obywateli, którzy mieli sfinansować przygotowanie przedstawienia. Komedia – całość ułożona „z wątków i fabuły ogólnej” – stała się formą artystyczną. Odcięta od swych orężnych początków, zaczęła odwoływać się do poczucia humoru.
6. Niewątpliwie rzecz zaczyna się w rozpaczy. Tak – nic nam nie jest dane, nic oprócz tragizmu. Marność nad marnościami. Ale to poczucie, dla którego można znaleźć tysiące rozumnych dowodów, wyraża się niekiedy śmiesznym nadmiarem? Nie o stan spraw idzie, bo ten jest nieodwracalny, lecz o ludzi, który przybierają wobec niego pozy. Przekonani, że z uwagi na urodzenie, tytuł, talent czy stanowisko stali się depozytariuszami wyższej wiedzy, więcej: że przez nich wiedza owa promieniuje, kroczą miast chodzić; krocząc zaś mają zawsze zaciśnięte pośladki, co nadaje im widok nieodparcie komiczny, zarówno z przodu jak i z tyłu.
Paść ofiarą wyobrażenia własnej godności! Malvolio (z „Wieczoru Trzech Króli”) – „tak uroczyście ogłasza swoje wyroki, tak wysokie ma o sobie pojęcie, zdaje się mu, że jest tak nadziany wspaniałościami – uwierzy więc, że kto na niego spojrzy, zakochać się w nim musi” – i (dla przykładu) Heidegger, który patrząc na świat i ludzików z wyżyn swej filozofii dochodzi do wniosku, że powinien zostać instytucjonalnym wodzem niemieckich myślicieli w państwie nazistowskim i kroczy, kroczy, kroczy, podniosły, namaszczony.
„Niech uważa się za głupca, a wówczas stanie się mądrym” (1 Kor 3, 18). Humor nie odbiera powadze sensu. Sprawdza jej treść. Przymierza do ludzi. W ten sposób staje się instrumentem moralnej równowagi.
7. Blondynka – dodam, że wielkiego powabu i wielkiej wiedzy – opowiada mi o miejscu humoru w terapii. Idzie o dzieci z krajów rozdzieranych przez wojny domowe, dzieci, które uzbrojone w noże i broń maszynową brały udział w masowych morderstwach. Teraz – uczone są clownady. Dzięki temu zaczynają widzieć w człowieku bliźniego.
Clown, jak wiadomo, najgłośniej śmieje się z samego siebie. Niekiedy płacze, ale nieudolnie, bo łez mu już zbrakło.
Michał Komar (ur. 1946) – prozaik, eseista, scenarzysta, krytyk, felietonista „Tygodnika Powszechnego”. Ostatnio opublikował książkę „Trzy” (Warszawa 2000).
|