Śmiech

 

 

 

Moi mistrzowie śmiechu

 

 

 

JANUSZ GŁOWACKI

 

 

 

 

 

 

Pierwszy śmiech, jaki pamiętam, zawdzięczam ojcu. Zbił mnie pasem, bo się nie chciałem uczyć angielskiego. On mnie bił, a ja się śmiałem ze złości i upokorzenia. Ogólnie chodziło o to, żeby pokazać, że się nie dam, i że mnie nie boli. Nie wiem, czy to ma jakiś związek z tym, że o rzeczach bolesnych potrafię pisać tylko wesoło, a śmieszy mnie, kiedy mówię coś poważnie.
Moim drugim nauczycielem śmiechu był Waldek, syn dozorcy. Waldka, podobnie jak Manuelę z Wielkiego Brata, śmieszyło wszystko. Głównie rzeczy najprostsze, na przykład ciężko garbaty kolega z tej samej klatki, Żyd krawiec i niestety moje za chude nogi, za krótkie spodnie i ostrzyżona na jeża głowa. Z tego wszystkiego zaśmiewałem się razem z Waldkiem, bo miałem 9 lat a on 14 i jak mnie coś za mało śmieszyło, dostawałem kopa. Śmiałem się więc szczerze i serdecznie, podobnie jak rzymscy senatorowie zaśmiewali się z żartów Kaliguli, a Nikita Chruszczow z choreograficznych pomysłów Stalina.
Podobno na świecie nie ma nic śmieszniejszego niż nieszczęście. Na ogół się uważa, że trudniej niż z garbusa jest śmiać się z nieszczęścia własnego. Ale może się to okazać całkiem łatwe, jeśli ma się wewnętrzne poczucie humoru, czyli taki sobie dar, z którym się człowiek rodzi albo i nie rodzi. Otóż zdeklarowani melancholicy mają najczęściej szalone poczucie takiego właśnie humoru wewnętrznego, na temat życia, świata i swojego na tym świecie miejsca. Podobno za pierwszy tekst melancholiczny uchodzi historia Hioba. Przypuszczam, że przy tworzeniu tej historii autor mógł odrobinę chichotać.
Z oficjalną hierarchią śmiechu zapoznał mnie w latach 70. minister kinematografii przy okazji zatrzymywania filmu „Rejs”. Zastrzegł się, że osobiście bardzo ceni śmiech i sam dla zdrowia psychicznego śmieje się codziennie 10 minut z zegarkiem w ręku. Jednakże z punktu widzenia Ministerstwa istnieją tylko dwa rodzaje śmiechu: potrzebny i niepotrzebny.
Przechodząc do lektur. W pierwszej klasie gimnazjalnej ogromnie śmieszyła mnie „Monachomachia”, z tym, że się trochę dziwiłem, jak znakomity biskup, ulubieniec Fryderyka Wielkiego, wiedząc to wszystko, co wiedział o świecie i ludziach mógł napisać „Święta miłości kochanej Ojczyzny”.
Trochę później, w kolejnych klasach, na dobrych kilka lat przygasili mi śmiech kolejni nauczyciele przy pomocy naszych wieszczów, a zwłaszcza pod-wieszczów. Wyciągnęło mnie z tego paru Czechów, ale głównie Rosjanie, czyli Babel, a trochę wcześniej Gogol, Czechow i wielki humorysta rosyjski – Dostojewski. Masochistyczny śmiech autora „Notatek z podziemia” i „Biesów”, podobnie jak chichot Kafki, czy uśmiech Becketta, ciągle podnoszą mnie na duchu. Przyuczając do końcowego odjazdu ze stacji Warszawa czy Nowy Jork do takich czy innych Pietuszek.

Janusz Głowacki (ur. 1938) – prozaik i dramaturg, autor m.in. „Polowania na karaluchy” oraz „Antygony w Nowym Jorku”, wraz z Markiem Piwowskim współscenarzysta filmu „Rejs”.

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl