Śmiech

 

 

 

Moi mistrzowie śmiechu

 

 

 

JACEK FEDOROWICZ

 

 

 

 

 

 

Listę otwiera Kubuś Puchatek. Czyli A. A. Milne, ale w tłumaczeniu Ireny Tuwim. Nigdy nie posiadłem angielskiego w takim stopniu, aby samodzielnie porównać wartość Tłumaczenia i Oryginału, znam jednak kilku znawców tematu, którzy uważają, że bez Ireny Tuwim Kubuś nie byłby tym, czym jest. Poznałem Kubusia w zamierzchłych czasach dzieciństwa, na początku lat 40., poznałem, pokochałem i uznałem za wzór. Do dziś stosuję Wielkie Odkrycia, jakimi były dla mnie wtedy na przykład: takie właśnie używanie Wielkich Liter, czy też staranna interpunkcja odróżniająca zdanie, które przerywa się łagodnie (wielokropek) od zdania przerwanego gwałtownie (trzy myślniki). Że nie wspomnę o urzekającej atmosferze pogodnego żartu, utrzymującej się od początku do końca obu książeczek.
W połowie lat 50. po raz pierwszy w życiu miałem okazję zżynać z Kubusia: na premierę „Teatru Bim-Bom” pisałem tekst dla słynnej potem postaci „Dobrego Ducha”, który zstępuje na udręczoną socrealizmem ziemię i wstąpiwszy w ministra kultury sprawia, że w sztuce pojawia się „odwilż”, no i starałem się usilnie, aby Duch, którego zresztą miałem szczęście zagrać osobiście, w pierwszym swym pojawieniu na scenie mówił językiem Kubusia Puchatka. W okresie historycznym poprzedzającym powstanie „Bim-Bomu”, czyli w latach stalinizmu, cytaty z „Kubusia Puchatka” i „Chatki Puchatka” stanowiły swego rodzaju hasła, które – podobnie jak kasztany z placu Pigalle w filmach szpiegowskich – pozwalały wzajemnie się rozpoznawać młodym ludziom, nie należącym do wyznawców najlepszego z ustrojów. Tak było przynajmniej w moim otoczeniu.
Drugim mistrzem, na którym starałem się wzorować (lojalnie powołując się na źródło) był kilkanaście lat później Northcote Parkinson, znany jako Profesor Parkinson, autor „Prawa Parkinsona”. Odkryłem w jego pisaniu niepowtarzalny urok skrzyżowania satyry z ostrą publicystyką, czy może raczej publicystyki skrytej pod pozorami satyry. Jeśli ktoś pamięta jeszcze „W zasadzie TAK” (Stefan Kisielewski by pamiętał! Jemu zawdzięczam entuzjastyczną recenzję w paryskiej „Kulturze”), to ta książeczka była dowodem niezwykłej przydatności parkinsonowskiej metody pisarskiej w „realnym socjalizmie”, gdy chciało się powiedzieć prawie wprost, co się o nim myśli.
Wracając do prapoczątków, to w okresie „bim-bomowym” miałem jeszcze trzy wielkie (dozgonne!) miłości. Pierwsza uczyła mnie śmiechu eleganckiego. Był to oczywiście Jeremi Przybora, którego pamiętam od pierwszych wydań radiowego jeszcze Teatru „Eterek”, a którego pierwsze przedstawienie „Kabaretu Starszych Panów” wbiło mnie w podziw absolutny. Podobną reakcję i śmiech chyba podobny gatunkowo wywołał film Jacquesa Tati „Wakacje pana Hulot”. I wreszcie: śmiechu żywiołowego, organicznego, niepohamowanego, czasem zagrażającego życiu (naprawdę chciałem moją żonę wyprowadzić z seansu DKF w gdańskim „Żaku”, bo bałem się, że śmiechem aż takim zrobi sobie jakąś krzywdę) uczył mnie Buster Keaton, którego uznałem i uznaję nadal za Komika Wszechczasów.

Jacek Fedorowicz (ur. 1937) – satyryk, aktor, współtwórca m.in. Teatru Bim-Bom i radiowego magazynu „60 minut na godzinę”.

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl