|
1. rocznica śmierci ks.
prof. Józefa Tischnera
Czy są granice, których
przekraczać nie wolno?
Profanowanie
kultury
CHANTAL DELSOL
Kiedy zaprosiliśmy Józefa Tischnera jako profesora na nasz uniwersytet
Marne la Vallée w Paryżu, miałam okazję dostrzec pokrewieństwo naszych myśli. Stąd zrodziła się przyjaźń – krótka, niestety. Spośród jego tekstów mogłam przeczytać tylko te przetłumaczone, czyli niewiele. Tak więc zaproponować mogę jedynie rozważania dotyczące tematu, który leżał w polu jego zainteresowań. Będzie to mój sposób uczczenia jego pamięci i przyczynienia się do trwania jego myśli, której zasięg obejmie, mam nadzieję, nie tylko Polskę, ale i całą Europę.
Dlaczego wybrałam zagadnienie ograniczeń? Ponieważ jest ono jednym z tych pytań, które dręczą dzisiejszego człowieka o wiele bardziej, niż ludzi w dawnych czasach. Wydaje mi się, że na przełomie naszego stulecia zagadnienie to nabrało kapitalnego znaczenia – do tego stopnia, że nie da się go pominąć. Powiem więcej: zapominanie o nim lub próby ukrycia byłyby nierozumne.
Świat nieukończony
Zagadnienie ograniczeń wyraża się w pytaniu: do jakiego punktu człowiek może przemieniać świat, w którym żyje, nie niszcząc przy tym samego siebie? Dodam od razu, że nie mam odpowiedzi. Nie posiadamy już powszechnie akceptowanych dogmatów, które dostarczałyby odpowiedzi jasnych i precyzyjnych. A zresztą, filozofia nie jest powołana do dostarczania odpowiedzi, ale do zastanawiania się nad pytaniami. Sądzę jedynie, że stajemy wobec takiego zagadnienia, o którym nigdy nie powinniśmy przestać myśleć: po pierwsze dlatego, że ograniczenia zmieniają się wraz z upływem czasu i granice zapewne nigdy nie zostaną ostatecznie wytyczone; po wtóre zaś dlatego, że ludzkie działanie pozbawione tego rodzaju namysłu łatwo wkracza na złe drogi. Zatem nawet względność ograniczeń nie może nas przekonać, byśmy przestali o nich myśleć.
Najpierw trzeba stwierdzić, że zagadnienie ograniczeń dotyczy człowieka, ponieważ jest on stworzeniem kulturowym, a to znaczy – podległym nieustannej przemianie. Bezustannie stara się on przekroczyć to, czym jest, aby osiągnąć coś więcej i coś lepszego. I właśnie rozwój – nieprzerwany i przekazywany z pokolenia na pokolenie – odróżnia go od zwierząt.
Tym bardziej jest to prawdziwe w odniesieniu do kontynentu europejskiego, który dziedziczy kulturę przekształcania świata wywodzącą się z chrześcijaństwa. Mit biblijny wyraża to w sposób jasny: Bóg nie pozostawił nam świata statycznego, lecz świat nieukończony. Do nas należy doskonalenie go i, jeśli wolno mi tak powiedzieć, ukończanie go w nieskończoność. Charakterystyczna dla Europy idea postępu wpisuje się w ten specyficzny sposób rozumienia ludzkiego bycia-w-świecie.
Tak więc w imię postępu posuwamy się naprzód poprzez wieki, wkraczając na nieznane terytoria: morza i nieba, poznania, techniki... Aby ulepszyć nasz świat zmuszeni jesteśmy zakłócać jego porządek: nieustannie przekraczamy granice. Spójrzcie na ewolucję nauk: przedstawia się ona jako nieprzerwany ciąg kwestionowania przyjętych poglądów, obalania tradycji i zwyczajów. Do tego stopnia, że wielcy odkrywcy zawsze bywają niezrozumiani, znienawidzeni, uważani za anarchistów i za niebezpieczne indywidua, których myśl im współczesna odsuwa na bok i skazuje na przetrwanie. Szczególnie dobrze wiecie o tym tu, w Krakowie, gdzie w jednym z waszych kościołów umieściliście sławne słowa Kopernika:
„Sapere Auso” – myślenie jest w tym znaczeniu zuchwalstwem, jest transgresją
(„myśleć to mówić nie” – powiada filozofia).
Chociaż nieustanna wola przekraczania ograniczeń stanowi jeden z naszych najważniejszych wyróżników, to przecież bardzo dobrze wiemy, że transgresje nie są bezkarne, że istnieje cena do zapłaty. Jednakże ten problem przedstawia się następująco: nigdy nie wiemy z góry, od jakiego przekroczenia poczynając, trzeba będzie płacić, ani jaka będzie cena. Dręczy nas to. Wymyślamy trzy europejskie postacie (grecką, niemiecką i angielską), które na przestrzeni tysiącleci opowiadają o tym niepokoju transgresji. Oto Prometeusz, Faust, Frankenstein. Postacie układają się w genealogię. Ich dynastia nas prześladuje. Chodzi o to, by transgresja, siła napędowa ulepszania świata, ostatecznie nie zniszczyła ludzkości, której miała za zadanie służyć.
Rozterki Frankensteina
Kiedy transgresja niszczy byt, staje się profanacją. Czy oznacza to, że gest zniesienia ograniczeń ostatecznie dotyka jakiegoś nienaruszalnego, świętego jądra? Jakiego? Tego nie wiemy.
To być może najważniejsze z pytań zadawanych w naszych czasach – gdyż jesteśmy spadkobiercami stulecia największej profanacji. Istota totalitaryzmów zawierała się w twierdzeniu: jeżeli chodzi o człowieka, wszystko jest możliwe. Profanacja człowieka przedstawia najistotniejszą modalność totalitaryzmów. Sądziły one, że nie ma nic do sprofanowania, że nie ma żadnego nienaruszalnego jądra, że człowiek może bezkarnie stać się czymkolwiek. Skutki XX wieku pozostawiają nam takie przekonanie: nasze przerażenie wobec tego, co się stało, jest dowodem, że naruszyliśmy pewien porządek. Ale jaki? Tego nie wiemy. To stulecie swoim gorzkim doświadczeniem uczy nas, że istnieje coś, co można sprofanować. Lub też – by powtórzyć za Hanną Arendt – że jeżeli idzie o człowieka, nie wszystko jest możliwe.
Sądzę, że wciąż ponawiane w naszej epoce roszczenie, że „wszystko jest możliwe”, niesie w sobie potencjalny ładunek zbrodni. Innymi słowy, straciliśmy prawo do transgresji bez jednoczesnego myślenia o profanacji. Nie możemy już utrzymywać, że nie ma nic do sprofanowania. Dlatego właśnie jestem konserwatystką. Nie dlatego, bym uważała, że należy utrzymywać porządek świata takim, jaki jest. To byłoby idiotyzmem, zwłaszcza w Europie (choć wciąż istnieją ludzie, którzy uważają, że porządek świata powinien być odtwarzany co do joty z pokolenia na pokolenie, a najmniejsza ewolucja stanowi niebezpieczną transgresję). Być konserwatystą oznacza nieustannie poszukiwać miejsca, gdzie znajduje się owo nienaruszalne jądro, którego profanacja zraniłaby byt. Byt, którego wolność, bezpieczeństwo, dobrobyt chce się ulepszać. Nie oznacza to zaprzestania ruchu w przód, lecz ruch do przodu z przezornością, aby nie zniszczyć tego, co ma być ocalone. Oznacza to, że w trakcie nieustannej, dobroczynnej i koniecznej ewolucji pozostaje coś, co powinno być uchronione i ocalone. Co?
To my sami musimy definiować to na każdym kroku. My, nie posiadający nigdy absolutnej pewności, ale wyposażeni w roztropność, z której Bóg uczynił dar Salomonowi lub też w to, co Arystoteles nazywał prudentia (grecka
„phronesis”). Pytanie pozostaje otwarte: w jaki sposób odkryć ograniczenia?
Nie posiadamy już powszechnie przyjętych dogmatów, które wskazałyby nam, gdzie znajdują się ograniczenia. Na przykład definicji
„natury” ludzkiej, dzięki której wiedzielibyśmy, gdzie kończy się transgresja, a zaczyna profanacja. Jesteśmy jedynymi na świecie istotami przekonanymi o tym, że potencjalna zbrodnia znajduje się w naszych rękach, ale nieświadomymi miejsca, od którego się ona zaczyna.
Jest zatem prawdopodobne, że musimy wypróbowywać doświadczenia transgresji, obserwować ich następstwa, rozważać je i wycofywać się w przypadku, gdy czujemy, że zniszczylibyśmy coś istotnego. Innymi słowy: ponieważ przestaliśmy już wierzyć w dogmaty, które dawniej mogły wstrzymywać nasze działania, zapobiegając niebezpieczeństwom, zmuszeni jesteśmy próbować, a więc podejmować ryzyko zniszczenia, zanim zrozumiemy, czy jest to transgresja i postęp, czy profanacja.
Oznacza to, że przemiany techniczne, medyczne, społeczne, których celem zawsze jest ulepszenie kondycji ludzkiej, wprowadzane być powinny nie tylko z entuzjazmem, jaki towarzyszy nowym zdobyczom, ale także z pełną cierpliwości uwagą (taką, która porównuje planowane skutki z uzyskanymi wynikami) oraz z uczciwością (która zdolna jest uczynić krok w tył, jeśli planowane ulepszenie nie nastąpiło, lub, jeśli nastąpiwszy, spowodowało niedopuszczalne nieszczęścia). Uderza mnie fakt, że gdy w Holandii legalizuje się eutanazję, prasa francuska oklaskuje to jako
„zniesienie kolejnego tabu” – co nie wróży nic dobrego dla zdolności osądu skutków transgresji. Nie chodzi o to, byśmy z zamkniętymi oczami szli w kierunku Postępu uświęconego w imię dodatkowych swobód osobistych. Chodzi o takie kierowanie się ku ciągłemu ulepszaniu naszego istnienia na ziemi, które uwzględnia wszelkie aspekty tego istnienia, oraz – co pragnę ze szczególną mocą podkreślić – stara się zawsze chronić najsłabszych (ewolucja prawa rodzinnego zmierza w stronę poszerzania osobistych swobód dorosłych, coraz bardziej zaniedbując ochronę dzieci). Czy nam się to podoba, czy nie, jedyne, co nam pozostało, by wyznaczyć granice transgresji, to doświadczenie nieszczęścia, a zwłaszcza nieszczęścia najsłabszych. Do tego jeszcze trzeba chcieć liczyć się z takim doświadczeniem.
Chcę przez to powiedzieć, że posiadamy możliwość osądzania dobrodziejstw oraz zgubnych skutków naszych doświadczeń. W tym celu trzeba jednak odrzucić ideologię, spojrzeć na fakty w pełni przytomnie i z pokorą, otworzyć oczy na nasze nadużycia, przyznać, że nie jesteśmy demiurgami i że nie wszystko wolno nam bezkarnie. Ta pełna skromności postawa nieczęsto spotykana jest wśród nas, ludzi współczesnych. Pomimo wszystkiego, co wydarzyło się w XX wieku, nadal snujemy marzenia Frankensteina, który w miejsce Boga stworzył życie. Lub też – by powołać się na aktualne przykłady – pragniemy sprawić, by dziecko miało dwie lub trzy matki, by para homoseksualna miała dzieci itp.
Pokora wobec bytu
Odroczony proces przeciw totalitaryzmom apeluje o coś więcej, niż niezgoda na ich skutki widoczne w postaci terroryzmu. Przywołuje myśl o ograniczeniach. Totalitaryzmy charakteryzowała przede wszystkim pewność, że o człowieku nie można orzekać niczego. Ograniczenia są orzekaniem o człowieku. Nadają one człowiekowi imię i tożsamość, gdyż imieniem bytu jest to, co go odróżnia, a tym samym, ogranicza. Lekcja XX wieku nie ogranicza się do tego jednego
„nigdy więcej Auschwitz”. Głębiej przedstawia się ona tak: posiadamy takie ograniczenia, których sobie nie wybieramy, a które wyrażają naszą fundamentalną skończoność. Trzeba będzie przyjąć istnienie
„kondycji ludzkiej”, nawet jeśli jej kontury są płynne i trzeba ją będzie nieustannie na nowo definiować Trzeba przyjąć istnienie determinantów właściwych naszemu byciu ludźmi. Nie zadowalać się głoszeniem praw człowieka, lecz zastanowić się nad pytaniami: kto to jest człowiek? (czy jest czymś więcej niż zwierzę? – to zaś nakazuje nam z uwagą rozważyć tezy głębokiej ekologii, które w chwili obecnej wsączają w umysły nowy panteizm) oraz: czym jest człowiek? Czy potrzebuje on autonomii i odpowiedzialności, by budować siebie? Czy powinien on być rozpatrywany jako jednostka, czy jako podmiot?
Taka postawa wymaga zaprzestania eksperymentowania na człowieku. Przeciwnie, wymaga zgody na liczenie się z doświadczeniami transgresji. Eksperymentowanie wyraża wolę opanowania rzeczywistości ludzkiej, naginania jej do naszych życzeń, modelowania jej podług naszych chęci. Liczenie się z doświadczeniem jest otwarciem na rzeczywistość. Tylko ono może wznieść bariery na brzegu przepaści. Zagubiliśmy odruch pokory wobec bytu. Musimy się go ponownie nauczyć – niczym utraconej praktycznej umiejętności.
Tłum. Ewa Mukoid
Tekst ten prof. Chantal Delsol wygłosiła na Uniwersytecie Jagiellońskim 31 maja 2001 r., podczas sesji zorganizowanej w ramach „Dni Tischnerowskich”. Autorka jest kierownikiem Katedry Filozofii Politycznej i dyrektorem Ośrodka Studiów Europejskich w paryskim Uniwersytecie Marne la Vallée. Po polsku ukazała się jej książka „Zasada pomocniczości” (Znak, Kraków 1995). Ks. Tischner pisał o innej książce Delsol, opublikowanej w 1996 r. „Le Souci contemporain” („Współczesna troska”). Fragment tej książki, z towarzyszącą mu dyskusją, ukaże się w październikowym numerze miesięcznika „Znak”.
|