Requiem dla dziennikarza

 

 

  

  Paragraf 23

 

   Katarzyna Kolenda-Zaleska

 

  

 

Przeczytałam tekst ks. Andrzeja Lutra z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony mogłabym podpisać się pod większością jego spostrzeżeń. Ale nie można nie zauważać, że to w telewizji publicznej powstają najwybitniejsze programy kulturalne, którymi żadna inna stacja nie może się poszczycić. Tu jest Teatr Telewizji, tu obsypane nagrodami „Rozmowy na koniec wieku” i „Rozmowy na nowy wiek”, tu znalazł miejsce dla swojego nauczania ksiądz Józef Tischner. Rozumiem jednak, że ks.Lutrowi chodzi o dziedzinę, za którą telewizja publiczna dostaje największe cięgi – politykę. 
W ustawie o radiofonii i telewizji zapisano fatalny, jak się okazało, w skutkach przepis, który politycy różnej maści bez skrępowania wykorzystują do granic możliwości. Chodzi o artykuł 23 ustawy: „Jednostki publicznej radiofonii i telewizji stwarzają partiom politycznym możliwość przedstawiania stanowiska w węzłowych sprawach publicznych”. I tu leży pogrzebany pies.

Jest sobota (jakakolwiek). Dziennikarz „Wiadomości” dostaje do ręki kalendarium PAP, czyli spis wydarzeń danego dnia. I tak na przykład:

- 11.00 – konferencja prasowa SLD – Sejm, sala 109
- 11.00 – konferencja prasowa ROP – Sejm, sala 102
- 12.00 – konferencja prasowa PSL – ul.Grzybowska
- 13.00 – konferencja prasowa Unii Wolności – ul.Marszałkowska
- 14.00 – konferencja prasowa Platformy Obywatelskiej – ul.Okólnik
- 14.30 – konferencja prasowa Unii Pracy – ul.Bracka
- 14.30 – konferencja prasowa AWS – Sejm, sala 102 (zwolniona już po konferencji ROP-u)

Wygląda to upiornie, prawda? Należałoby pojechać na wszystkie wymienione konferencje. A nuż ktoś powie coś wstrząsającego. Z reguły jednak żadnych wstrząsów nie odnotowujemy. SLD chce tworzyć nowe kluby sportowe, PSL martwi się o rolnictwo, a Unia Wolności o mizerię małych miast. AWS domaga się holdingu Polski Cukier. Itd. itd.
Dziennikarz już na pierwszy rzut oka widzi, że właściwie nic nie kwalifikuje się do emisji w ,,Wiadomościach”. Czasem zdarzy się jedna, albo dwie sprawy. Ale jest dopiero popołudnie i sytuacja zaczyna się rozkręcać. Dyskretnie dzwonią telefony od rzeczników prasowych i nie tylko. 
– Jak tam wypadliśmy – pada niewinne pytanie. Potem nieco bardziej natarczywe telefony do szefów. I klucz wszystkich rozmów – artykuł 23 ustawy.
Wydawca głównego wydania ,,Wiadomości” ma od rana ból głowy. Co dać, co pominąć. Dlaczego dać SLD i UW, a pominąć PSL i PO. W końcu nie ma wyjścia i daje wszystko. Jeśli nie da, to ma zmarnowaną niedzielę, bo musi odpowiadać na protesty wszystkich pominiętych partii. A one, gdy tylko wybrzmi końcowy sygnał ,,Wiadomości” – ślą protesty do wszystkich możliwych instytucji – do Krajowej Rady, Zarządu Telewizji, Rady Etyki Mediów i gdzie tylko możliwe. Szefowie i wydawcy nie chcąc narazić się na nieprzyjemności – dla świętego spokoju – dają więc wszystko, jak leci. Powstaje niestrawny materiał filmowy, z którego nie wynika właściwie nic. Potworek będący zaprzeczeniem dziennikarstwa. Niezadowolony jest i dziennikarz, i partia, której przesłanie zginęło w zalewie innych przesłań.
Swoją drogą zadziwiająca jest wiara partyjnych PR-owców w moc sobotnio-niedzielnych konferencji prasowych. Tradycję tę zapoczątkował ROP kilka lat temu i Jan Olszewski, instruowany przez zaprzyjaźnionego dziennikarza (zatrudnionego wówczas w telewizji publicznej), co niedziela dzielił się z dziennikarzami swoimi przemyśleniami. Po latach doczekał się godnych następców we wszystkich kręgach politycznych.
Nie jestem za tym, aby życie wewnętrzne partii politycznych ukryć przed opinią publiczną. Obywatele mają prawo wiedzieć, czy konkretna partia chce – na przykład – podniesienia czy zmniejszenia podatków lub szybszego wejścia do Unii Europejskiej. Wewnętrzne spory partyjne, roszady personalne też dla widza są interesujące. Jest oczywiste, że prezentujemy stanowiska partii w ważnych sprawach. Relacjonujemy zjazdy, kongresy, rady naczelne, konwencje, a także konferencje prasowe, byle działo się to zgodnie ze zdrowym rozsądkiem i umiarem. Ale zdrowy rozsądek zabija 23 artykuł ustawy o radiofonii i telewizji. Potem różni publicyści pastwią się nad „Wiadomościami”, bo dajemy tylko oficjałki i gadające głowy, a tu proszę, „Fakty” nie dają. Nie dają, bo zgodnie z ustawą nie muszą dawać. A my, zgodnie z ustawą, musimy. I nic na to nie poradzimy, że politycy różnej maści uwielbiają zagraniczne podróże, a najważniejszym atrybutem podróżnego ekwipunku jest telewizyjna kamera.
Na pewno nie tylko telewizja publiczna ma na sumieniu grzechy przypodobania się określonym opcjom politycznym. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji – instytucja na wskroś polityczna – nie tylko obsadza rady nadzorcze publicznych mediów. Rada przede wszystkim rozdziela koncesje stacjom komercyjnym. Od na wskroś politycznej Rady zależy, ile nadajników dostanie dana telewizja. Czy w tej sytuacji właściciele stacji mogą być, i są całkowicie odporni na polityczne wpływy?

I jeszcze jedna uwaga do tekstu ks. Andrzeja Lutra. Wydaje mi się, że w całej tej dyskusji nie chodzi tylko i wyłącznie o wolność słowa i dyspozycyjność dziennikarzy. Zniesienie cenzury, odzyskanie suwerenności nałożyło na nas nie tylko obowiązek rzetelnego informowania. My, dziennikarze, nie sprawdziliśmy się w wolnej Polsce, bo nie umieliśmy pomóc ludziom w zrozumieniu istoty demokracji. Nie uczestniczyliśmy aktywnie w tworzeniu obywatelskiego społeczeństwa. Owszem, wskazywaliśmy na bolączki, afery korupcyjne. Piętnowaliśmy nieuczciwych urzędników. Ale nie pomagaliśmy myśleć o państwie w kategoriach wspólnego dobra.
Krzysztof Piesiewicz pyta: czy słaba kondycja polskiej demokracji zagraża wolności mediów. Chciałabym odwrócić to pytanie. W jakim stopniu my, dziennikarze, jesteśmy winni słabej kondycji polskiej demokracji? Może przy okazji tekstu księdza Andrzeja Lutra i rozpoczętej przez niego dyskusji warto zrobić rachunek sumienia.

Autorka jest dziennikarką „Wiadomości” TVP PR1.

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl