Requiem dla dziennikarza

 

 

  

  Zawód: dziennikarz

 

   Z Ryszardem Kapuścinskim rozmawiają Katarzyna Janowska i Piotr Mucharski

 

  

 

KATARZYNA JANOWSKA, PIOTR MUCHARSKI: – Kiedy Pan wraca do Polski po dłuższej nieobecności, skąd czerpie Pan informacje o tym, co się tutaj zdarzyło?
RYSZARD KAPUŚCIŃSKI: Tak na dobre nigdy z Polski nie wyjeżdżałem. Utrzymuję kontakt emocjonalny i informacyjny – dzwonię do Warszawy, spotykam rodaków, którzy dzielą się swoją wiedzą o kraju. Jeżeli zna się dobrze sytuację w Polsce, to wystarczy strzęp informacji, żeby odtworzyć obraz całości. Trzeba jednak pamiętać, że kraje takie jak Polska tylko sporadycznie występują na kreowanej przez media mapie świata. 
Wciąż żyjemy w zamkniętych niszach mentalnych, emocjonalnych i kulturowych. Kiedy przyjeżdżam do jakiegoś kraju, natychmiast dowiaduję się, jak ważny jest polityk X, albo jakaś sprawa lub wydarzenie, od którego – jakoby – zależą losy świata. Potem wsiadam w samolot i po godzinie ląduję w innym kraju, gdzie zupełnie inni ludzie, sprawy i wydarzenia są najważniejsze, tylko poziom emocji ich dotyczący jest taki sam. Znów wsiadam w samolot i ląduję w kolejnej niszy. 
Świat składa się z takich kulturowo-emocjonalnych cząstek. W związku z tym trudno ogarnąć problematykę większych obszarów czy kontynentów. Zawsze dominuje jakieś tu i teraz.
Co jest ważne w polskiej niszy?
– W Polsce mamy typowy stan transformacji, więc dominujące jest poczucie szoku. Społeczeństwo staje się zamknięte, bo transformacja wiąże się z kryzysem. Wciąż szukamy sposobów zaadoptowania się do nowej rzeczywistości i to nas głównie absorbuje. Jesteśmy zajęci sobą, na co w dodatku nakłada się specyficzna polska tradycja i megalomania. Zamiast pracować na rzecz rozszerzania naszych horyzontów myślowych i pojęciowych o to wszystko, co właśnie wypracowuje świat, umacniamy naszą prowincjonalność, ekscytujemy się głównie tym, co się dzieje w wąskich kręgach politycznych. One są największą fascynacją naszej kultury medialnej. W systemie komunistycznym życie polityczne było zamknięte, a więc nudne i przewidywalne. Dziś media eksploatują trzeciorzędne gry polityczne. Do tego dochodzi traktowanie demokracji jako pełnej wolności, a nie jako zobowiązania czy powinności.

DOBRY TOWAR
Jakie powinności ma dzisiaj dziennikarz?
– Okres polskiej transformacji polityczno-ustrojowej zbiegł się z momentem rewolucji medialnej na świecie. Klasa medialna – często używa się dziś tego pojęcia – która jest nowym fenomenem socjologicznym i kulturowym w naszym ustroju, bardzo się rozrosła. Dlatego też dziennikarstwo, które było dotąd dość ekskluzywną profesją, stało się masowym zajęciem. Tysiące ludzi, nie mając żadnego doświadczenia, przygotowania profesjonalnego i – co bardzo ważne – etycznego zostało wchłoniętych przez media.
Media tradycyjnie spełniały rolę przewodnika, siły orientującej społeczeństwo. Człowiek sięgał po gazetę nie tylko po to, żeby się czegoś dowiedzieć, ale również żeby wyrobić sobie pogląd, coś zrozumieć, sformułować opinię o świecie. Zwłaszcza prasa wyposażona była w duży ładunek wiedzy. Wynikało to z przyjęcia przez nią odpowiedzialności społecznej za kształt państwa, poziom świadomości obywatelskiej. Obecnie media bardzo się zróżnicowały. Nie tylko w sensie technicznym, bo powstała telewizja satelitarna i cyfrowa, rozwinęło się radio, powstał internet. Chodzi o to, że media na całym świecie zróżnicowały się bardzo pod względem poziomu.
Poziom mediów dokładnie odzwierciedla sytuację w kulturze z jej podziałem na kulturę wysoką i masową. Są poważne pisma, radiostacje, programy telewizyjne i w nich zachowało się odpowiedzialne dziennikarstwo w starym stylu. Ale jest to oczywiście mniejszość. Bo media w większości są dziś częścią dynamicznie rozwijającego się w skali planetarnej świata usług. Dlatego musimy pamiętać, że kim innym jest dziennikarz, a kim innym pracownik mediów. W polskim języku to rozróżnienie niestety nie funkcjonuje. W angielskim jest natomiast bardzo wyraźnie definiowane. Używa się pojęcia „journalist” i używa się pojęcia „media-worker”, które z dziennikarstwem nikomu się nie kojarzy. Można być journalist i wcale nie być media-worker. I odwrotnie. Media-worker dziś jest prezenterem w dzienniku telewizyjnym, jutro może być rzecznikiem rządu, pojutrze maklerem giełdowym, a popojutrze pracować jako dyrektor fabryki w jakiejś wielkiej firmie naftowej. Dla niego ta praca nie jest związana z żadną powinnością społeczną czy obowiązkiem etycznym. On jest od sprzedawania towarów, jak wszyscy pracownicy sektora usług, który stanowi olbrzymią – stale rosnącą – część zawodów w rozwiniętych społeczeństwach.
Dlatego tak trudno nam mówić o dziennikarstwie i mediach w ogóle. Na całym świecie są znakomite gazety, takie jak „Le Monde”, „El Pais”, „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, „Independent”, albo „New York Times”. Są ambitne, dają rzetelny i pogłębiony obraz świata. Podobnie jest z telewizją: BBC i Arte, wspaniałe kanały telewizyjne, też są częścią świata mediów. Ale obok nich istnieje owa masówka medialna, która należy do kultury zabawy i nie ma nic wspólnego z rzetelną informacją i wiedzą. 
W Polsce ciągle żyjemy według standardów z epoki przedmedialnej i od ludzi, którzy nie mają ani takich kwalifikacji, ani aspiracji, żądamy respektowania zasad, które nie są i nie mogą być ich zasadami. Na świecie nikt nie żąda od media workers, by byli komentatorami spraw wielkiego świata, albo dawali nam jakieś objaśnienia o walorze poznawczym. Rozlicza się ich z atrakcyjności towaru, który wyprodukują. To są reguły medialnego świata, w którym – nie zdając sobie z tego jeszcze sprawy – już tkwimy, którego jesteśmy częścią. W mediach nie będą pracować wyłącznie Lipmanowie, Wańkowicze i Pruszyńscy, choć dla nich też musi być miejsce.
Czy są dziś w ogóle tacy, którzy chcą być Pruszyńskimi?
– Spotykam się z młodymi reporterami. Są to ludzie bardzo ambitni, oczytani, z wielkimi pasjami. Chcą być nowymi Pruszyńskimi. Pytanie tylko, czy warunki im na to pozwolą, czy będą mieli taką możliwość? 
Mają wątpliwości, co do swojej profesjonalnej przyszłości?
– Tak, boją się. W masowych radiostacjach potrzebni są ludzie, którzy potrafią nacisnąć guzik, by puścić właściwą płytę i od czasu do czasu nadać reklamę. Do tego nie potrzeba dziennikarza. Natomiast by napisać dobry reportaż, objaśniający, co się dzieje na świecie, czy komentarz, mówiący o tym jak interpretować jakieś zjawisko, potrzebny jest dziennikarz. Ambitne dziennikarstwo – np. reportaż literacki – zostało wypchnięte w rejony literatury. W mediach nie ma już dla niego miejsca. 
Masowe media coraz bardziej będą się stawały częścią przemysłu rozrywkowego. W języku angielskim, który najszybciej reaguje na te przemiany, istnieje pojęcie „media industrial complex”, analogiczne do funkcjonującego w okresie zimnej wojny pojęcia „military industrial complex”, który stanowił „stos pacierzowy” powojennego systemu. 
Ale zimna wojna się skończyła, zbrojenia przestały być tak ważne i głównym przemysłem świata stał się przemysł rozrywki i mediów, coraz silniej ze sobą związanych.
Ale media to informacja...
– Nie. Media to dużo więcej niż informacja. Media to przekaźnik. Ale przekazujemy nie tylko informację.
Informacja kiedyś znaczyła tyle, co wiadomości, które miały obiektywną wartość. Odkąd prawa dyktuje rynek, główna wartość informacji przestała być utożsamiana z prawdą. 
Centra medialne zostały opanowane przez wielki kapitał, ponieważ okazało się, że informacja jest towarem, który przynosi największe zyski. Dlatego myślę, że dziś pojęcie „czwarta władza” przestało być aktualne. Nawet tradycyjnie pojmowana niezależność mediów praktycznie już nie istnieje. Media są sprzęgnięte z gospodarką i kapitałem, a z punktu widzenia kapitału informacją rządzą takie same prawa jak reklamą. Prawda ma się przede wszystkim sprzedawać, czyli musi być atrakcyjna. Może być informacja ważna i prawdziwa, ale nie posiadająca żadnej atrakcyjności – tym gorzej dla niej, bo nie pójdzie w mediach. 
Stąd tak wielki rozziew między mediami wysokimi, gdzie prawda, dochodzenie przyczyn, pokazywanie źródeł, przewidywanie skutków jest naturalnym imperatywem, a mediami masowymi, którym chodzi tylko o przyciągnięcie uwagi odbiorcy. 
Ma to jeszcze jeden niebagatelny skutek. Media wysokie skierowane są do aktywnego odbiorcy, który jest uczestnikiem procesu przekazu, gotowym do konfrontowania i kształtowania własnych opinii, a w mediach masowych chodzi o biernego odbiorcę, bezrefleksyjnego konsumenta. Dotyczy to głównie telewizji.
W naturze telewizji jest jakaś dwoistość. Z jednej strony może ona sprawić, że bogaty zobaczy cierpienie głodującego na drugim końcu świata i będzie chciał mu pomóc. Z drugiej strony za jej przyczyną stajemy się często tylko medialnymi turystami, podglądającymi ludzkie dramaty, które nas w żaden sposób nie dotyczą. Jaka jest więc prawda o telewizji: czy buduje solidarność sumień, czy zalewa nas obrazami, które w nic się nie układają?
– Rola obrazu telewizyjnego jest ogromna. Musimy zdawać sobie jednak sprawę, że obraz nie wzbudza refleksji, tylko działa na nasze emocje.
Następnego dnia po tym, gdy telewizja amerykańska pokazała zdjęcia żołnierza zamordowanego w Somalii, którego nagie zwłoki ciągnięto po ulicy, prezydent Bush zdecydował o wycofaniu wojsk amerykańskich z tego kraju. Ale w Ruandzie w ciągu trzech miesięcy wymordowano milion ludzi. Żadne obrazki nie były w stanie powstrzymać rzezi.
Podobnie, jak w przypadku wszystkich zjawisk współczesnego świata, tak i w tym, nie ma jednej odpowiedzi.
 
MISJA
Jak Pan ocenia polskich dziennikarzy? Czy są to już tylko pracownicy mediów, czy jeszcze dziennikarze? Których jest więcej?
– Zawsze będzie więcej media workers niż dziennikarzy. Powiedzmy – w stosunku 10:1. Na rynku zostanie kilka tytułów, które będą się orientować na aktywnego odbiorcę, ale reszta ograniczy się do quizów, seriali... 
Media mają wymiar globalny, więc polskie nie będą stanowić wyjątku. Uczestniczymy w procesie rewolucji informacyjnej i jej prawa również będą nas obowiązywać. 
W polskiej prasie o polityce pisze się głównie w kategoriach „kto kogo”. Brakuje zasadniczych debat. Z kolei w dyskusjach, które pojawiają się na łamach, powtarzają się tematy i dyskutanci, których argumenty są najczęściej od dawna znane. Skąd ta mizeria?
– Nie wynika to ze stanu prasy, ale ze stanu społeczeństwa. Można inicjować dyskusję, ale jeśli ona nie znajduje oddźwięku w społeczeństwie, umiera śmiercią naturalną. Nasze społeczeństwo znajduje się w stanie krytycznym. Przeżywamy dotkliwy kryzys kultury, etyki, zachowań społecznych, a przede wszystkim oświaty. Media są tylko odbiciem stanu rzeczy, którego żadna debata w prasie nie zmieni. Śmieszą mnie dyskusje, czy wejdziemy do Unii Europejskiej w 2003 czy może w 2004 roku. Problem jest innej natury. Społeczeństwa Unii Europejskiej są na bardzo wysokim kulturalnym poziomie. Świadczą o tym wskaźniki czytelnictwa, oglądalności ambitnych programów i udziału ludzi w kulturze. W tym kontekście nieważne jest, czy wejdziemy do Unii rok wcześniej, czy później, W ciągu roku i tak nie zlikwidujemy dystansu dzielącego nas od państw rozwiniętych. Stan naszej kultury i oświaty jest zasadniczą przeszkodą dla naszego udziału w strukturach europejskich. Być może wejdziemy do Unii i staniemy się obywatelami drugiej kategorii i to nie dlatego, że tak nas będą traktować, tylko z powodu naszej kulturowej kondycji. Nasze społeczeństwo w ogóle nie jest świadome tych problemów. 
Do dobrego tonu należy lamentowanie nad kryzysem mediów. Czy pan dostrzega jakieś szczególne załamanie na rynku medialnym w Polsce?
– Nie uważam, żeby polskie media były dotknięte specjalnym kryzysem. Ich stan jest odbiciem stanu społeczeństwa. Jeśli mówimy, że jakiś poseł jest nie na poziomie, to trzeba pamiętać, że myśmy go wybrali w demokratycznych wyborach. To jest krew krwi i kość z kości tego społeczeństwa. Nie ma na kogo zrzucić odpowiedzialności. 
Wracamy do punktu wyjścia: do stanu naszych uczelni, szkół, całego procesu wychowawczego. Konieczne jest wychowanie społeczeństwa obywatelskiego, czyli takiego, które umie i chce reagować. Jeśli będziemy mieć do czynienia ze świadomym odbiorcą, który nie ma ochoty oglądać beznadziejnych programów telewizyjnych czy czytać kiepskich gazet, wówczas kiepska stacja, z powodu braku reklamodawców, będzie musiała zmienić swój profil lub upadnie.
Powiedział Pan o braku profesjonalizmu u ludzi, którzy idą do mediów, ale powiedział Pan też o ich nieprzygotowaniu etycznym. Czy w tym niewykrystalizowanym świecie polskich mediów etyka sprowadza się do zasad handlarzy informacją?
– Na całym świecie słabość wydziałów i studiów dziennikarskich polega na tym, że uczy się tam przede wszystkim technik i technologii. Przygotowanie etyczne do zawodu jest zupełnie ignorowane. A dziennikarz musi dokonywać wyborów moralnych często momentalnie, w sekundzie, na przykład kiedy przeprowadza wywiad lub nadaje transmisję na żywo. Wymaga to błyskawicznej reakcji, a więc i doskonałego przygotowania etycznego. 
Według rozróżnienia, którego dokonał McLuhan, dyskusja skupia się dziś na „messenger” a nie ma „message”, tj. szkolenie jest skoncentrowane na środkach przekazu, zamiast na przekazie – jego sensie, wartości, kontekście etycznym. Uczy się, jak zamknąć przekaz w minucie czasu antenowego, albo w dwudziestu wierszach druku, ale nie mówi się o sensie tego przekazu. Nieważne co się sprzedaje, tylko jak się sprzedaje. 
Parę miesięcy temu środowisko dziennikarskie podzieliła sprawa odejścia z Radia Zet grupy dziennikarzy, którzy nie zgadzali się z komercjalizacją radia. Na ich miejsce bardzo szybko przyszli inni, dla których sprawa ta nie miała nic wspólnego z etyką. Czy tak różna ocena tych samych faktów brała się właśnie z tego, że nie jest jasne, jakie zasady obowiązują w środowisku dziennikarskim?
– Nie znam tej sprawy dokładnie. Ale odpowiedź może być dość prosta. Na całym świecie zwiększyła się zawodowa mobilność. Nie ma już redakcji, czy sieci telewizyjnych, z którymi pracownicy byliby związani przez całe życie. Dzisiaj pracuje się w „New Yorkerze”, potem w „New York Timesie”, albo NBC. Więc i u nas owa rutyna, przywiązanie do jednej firmy, powoli odchodzi w przeszłość.
To dobrze czy źle?
– Nie można nowych zjawisk oceniać w tych kategoriach. Po prostu świat nieuchronnie zmierza w tym kierunku, czy to się nam podoba, czy nie. Powtarzam młodym ludziom: uczcie się kilku zawodów. Kiedy w jednym zawodzie stracicie pracę, bo jakiś sektor rynku się skurczył, będziecie mogli pójść do zawodu w sektorze, który przeżywa rozkwit. A przemiany rynku powodowane przez przemiany technologiczne są dzisiaj bardzo gwałtowne i nieprzewidywalne. Podobnie proces uczenia się dziś praktycznie się nie kończy, nawet dyplom uniwersytecki jest tylko zamknięciem pewnego etapu. Kształcenie trwa całe życie, ponieważ taka jest dynamika rozwoju współczesnego świata. Chcąc dotrzymać mu kroku, musimy wykształcić w sobie zasadnicze cechy: ruchliwość, elastyczność, adaptacyjność. Nadchodzi świat ogromnych możliwości, ale równocześnie jest to świat bardzo trudny, bo wymaga nieustającej pracy, nieustającej koncentracji. 
Pan mówi o migracji międzyzawodowej. Dla dziennikarzy zawsze była ważna solidarność zawodowa. Jak można być solidarnym, jeśli z dnia na dzień można zmienić zawód? Czy może ona obowiązywać pracowników mediów?
– Ich solidarność nie obowiązuje, bo oni nie traktują dziennikarstwa jako życiowej misji. A prawdziwy dziennikarz traktuje swój zawód jako sposób życia, jako część tożsamości. On się utożsamia ze swoim zawodem.
Skąd współczesny dziennikarz może mieć poczucie misji?
– To się ma w sobie. Prawdziwe dziennikarstwo jest rodzajem powołania. Jest zawodem na pograniczu misjonarstwa.
Jak tę misję zdefiniować?
– Misja to coś takiego, czego owoce wychodzą poza nas samych. Nie robimy tego tylko po to, by kupić samochód lub zbudować willę. Robimy to dla innych.
Czyli wierzymy, że istnieje dobro wspólne...
– Ono niewątpliwie istnieje w każdym społeczeństwie i jest zasadniczym zobowiązaniem, choć nigdy nie jest to odczucie masowe. Jest jednak ograniczona ilość ludzi, którzy są obdarzeni taką – mówiąc językiem religii – „łaską”, albo darem czynienia czegoś, co wykracza poza ich partykularne życie.
Wiara w sens wydzierania światu prawdy i dawania jej innym?...
– Może nie wydzierania, tylko poszukiwania, badania i dzielenia się tym z innymi. Za to urodzony dziennikarz jest gotów pójść do więzienia (co przecież często się zdarza), utracić majątek, albo żyć w nędzy. Nie ma dla niego innych motywacji. Ale – jak powiadam – jest to pewien dar, łaska, właściwość, która nie jest rozsiana masowo. Mają ją tylko niektórzy. I oni są naprawdę dziennikarzami.
W notatce o warsztatach, które prowadził pan razem z Gabrielem G. Marquezem w Meksyku podkreślał Pan, że tamtejszych dziennikarzy charakteryzuje odwaga. Walczą z korupcją, mafią... Czy w Polsce dziennikarze są odważni?
– Ci, którzy zajmują się w wykrywaniem afer, demaskowaniem związków mafijnych, na pewno wykazują odwagę. Co do tego nie mam wątpliwości.
Czy polska prasa jest ostra?
– Nie ma już ostrej prasy na świecie. Media przestały być opozycją do systemu. Dawniej prasa demaskowała, coś zażarcie zwalczała. Dzisiaj media zmieniły swoją pozycję. Usadowiły się przy władzy, już nie kontestują, nie kwestionują zasad.

BŁAZEN I KAPŁAN
To znaczy, że się odideologizowały?
– W dużym stopniu tak. Przestały być dzisiaj orężem walki. 
Może nie ma takiej potrzeby. Choć byłoby to potwierdzenie tezy o końcu historii...
– Trudno to jednoznacznie ocenić... 
Pamiętajmy jednak, że media dzisiaj wchodzą w skład wielkich systemów własności. Wszystkie media w Europie są kontrolowane przez dziewięciu właścicieli. Również w skali globalnej są bardzo scentralizowane. Jest to właściwie jedna wielka sieć, która narzuca swoje wymagania. I nie ma konkurencji.
Cały świat znajduje się w rękach dwóch banków: Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, więc nie ma dokąd uciec.
To jest apokaliptyczna wizja, bo klasyczny pogląd mówi, że demokracja nie może funkcjonować bez niezależnej czwartej władzy... A tu się okazuje, że żyjemy w orwellowskim świecie, nawet o tym nie wiedząc.
– Trzeba rozróżnić między myśleniem orwellowskim i myśleniem huxleyowskim. To były dwie różne wizje świata. Orwell przepowiadał brutalny świat dyktatury i cenzury. Widział świat jako więzienie. Huxley widział świat jako nieustającą zabawę. I okazuje się, że to on miał rację. Kto miałby się temu sprzeciwiać? Gdzie są wrogowie? Wszyscy oglądamy tę samą telewizję, wszyscy mówimy tym samym językiem, wszyscy jesteśmy kształtowani przez te same media, więc z czym tu walczyć i po co? Zresztą nim zaczniemy o tym dyskutować, musimy zdać sobie sprawę, że mówimy o świecie, do opisu którego nie mamy jeszcze wypracowanych adekwatnych pojęć i definicji. Współczesna humanistyka wciąż nie nadąża za tym wyzwaniem.

– Tocqueville, opisując rolę prasy w Ameryce, pisał: prasa jest ważna nie dla dobra, które czyni, ale dla zła, któremu zapobiega... Czy ta definicja stała się nieaktualna? Jak to wygląda np. w Ameryce Łacińskiej?
– W Ameryce Łacińskiej rola prasy jest zupełnie wyjątkowa. Ciekawe, że nie ma tam właściwie rozróżnienia między dziennikarzem a pisarzem. Wszyscy ważni pisarze – Fuentes, Llosa, Marquez – piszą artykuły, występują w telewizji, albo w radiu. Zajmują stanowisko w kwestiach politycznych i społecznych.
Pisarz pełni służbę obywatelską jako dziennikarz?
– Tego się od niego wymaga. Pisarz, który milczy, który nie uczestniczy w życiu publicznym, albo mówi – jak to bywa u nas – że go to nie interesuje i nie zabiera głosu, zostaje zmarginalizowany.
Wróćmy więc do „wysokiego dziennikarstwa”. Jaką ono pełni rolę w Europie?
– Regis Debray parę miesięcy temu wydał bardzo ciekawą książkę o dziennikarstwie. Uważa, że siła opiniotwórcza, jaką we Francji miało środowisko intelektualne – ludzie pokroju Sartre’a lub Camusa – została mu odebrana. Obowiązujące dla opinii publicznej wyroki, co jest dobre a co złe, są dziś ferowane przez prasę. I druga rzecz – Debray uważa, że współczesny dziennikarz pełni funkcję kapłańską: rzuca klątwy, potępia, albo chwali, oświeca. Ale oczywiście Debray mówi tu o dziennikarzach z „Le Monde” albo RFI.
Ich nie obowiązują prawa popytu i podaży?
– Właściciel będzie z reguły wyróżniał wielkich komentatorów, wielkie pióra. Właściciele cenią programy, w których wyraża się indywidualność. Reich-Ranicki i Pivot mogą mówić wszystko. Oni wydają sądy, oni promują i potępiają, jak kiedyś kapłani z ambon.
 
POWIĘKSZENIE
Rozmawiamy w Pana gabinecie, który od podłogi do sufitu wypełniony jest książkami w różnych językach i z różnych dziedzin. Pokazywał nam Pan swoje obecne lektury: najnowszą pracę z dziedziny fizyki, kilka książek o globalizacji, dowiaduje się Pan, że właściwie świat jest niepoznawalny i niemożliwy do zrozumienia, a jednak próbuje go Pan zrozumieć. Na czym właściwie polega profesjonalizm w tym zawodzie?
– Dziennikarze często nie zastanawiają się, do kogo się zwracają, zapominając, że ten, do kogo adresują swoje wypowiedzi, może być o wiele mądrzejszy i inteligentniejszy od nich. 
Sprawy nie ułatwia fakt, że u nas dziennikarz musi być omnibusem i w związku z tym pisze o wszystkim. Tymczasem żyjemy w świecie wysokiej specjalizacji, dlatego powinniśmy podchodzić do naszego zawodu z poczuciem ogromnej pokory, ze świadomością własnych ograniczeń. Jednym słowem, jeśli chcemy zaprezentować jakiś temat, to musimy być do niego świetnie przygotowani. W ten sposób przyzwyczajamy odbiorcę do faktu, że z naszym nazwiskiem wiąże się coś istotnego. Ten – traktowany jako misja – zawód, ze względu na ogrom informacji, opinii i wiedzy, które powinniśmy ogarnąć, staje się coraz trudniejszy. Poprzeczka jest ustawiona bardzo wysoko. Trzeba cały czas się rozwijać, wzbogacać swoją wiedzę. Jest to wyzwanie, którego nigdy nie można zaspokoić i które nigdy nie ma końca. Niebezpieczeństwem w dziennikarstwie jest rutyna. Przyswojenie paru odruchów, zachowań, umiejętności, które potem się tylko powiela. 
Wielu młodych ludzi, kształcących się w szkołach dziennikarskich, szybko zaczyna się orientować, że bardzo trudno temu sprostać. Dlatego wybierają kierunki związane z medialnymi usługami.
Współczesność stwarza niespotykane możliwości i jednocześnie mnoży utrudnienia. Świat XXI wieku jest bardzo obiecujący, ale musimy mieć świadomość, że będzie to także świat bardzo bezwzględny. Świat tylko dla ludzi udanych, dla tych, którzy mu sprostają. Rodzina ludzka powiększa się co roku o 80 mln ludzi. I wszyscy szukają swojego miejsca pod słońcem. Środki masowego przekazu, lansując konsumencki obraz życia na bardzo wysokim poziomie, wywołały wielką rewolucję oczekiwań. Coraz mocniej więc rywalizujemy ze sobą. 
Nadchodzi cywilizacja ludzi wykształconych. I tylko ci, którzy to zrozumieją, będą mieli perspektywy godziwego życia w XXI wieku. Reszta znajdzie się na marginesie. Wielu ludzi na świecie już to przeczuwa i rozumie. Uświadomili mi to mieszkańcy jednej z biednych dzielnic Limy. Stolica Peru jest okropnym miastem: leży na pustyni, jest gorąco, brakuje wody, bieda. Pytałem ich, po co przyszli ze wsi do miasta, mieszkać w tych okropnych warunkach. A oni: bo u nas we wsi nie ma szkoły, segnor, my już jesteśmy nieważni, ale chcemy wykształcić dzieci, chcemy żeby one miały szansę.
Przeglądaliśmy album zdjęć z Afryki Pana autorstwa i uderzyło nas to, jak bardzo Pański obraz różni się od tego, do jakiego przywykliśmy. Pańska Afryka jest pogodna, uśmiechnięta, właściwie poza jednym zdjęciem, nie ma w niej cierpienia, głodu. Jaka jest prawda o tamtym świecie? Czy to był tylko wybór na użytek tego albumu, czy Pan rzeczywiście tak widzi Afrykę?
– Tak ją widzę, ale znowu dotykamy generalnego problemu. W same prawa optyki wpisana jest deformacja. Obiektyw zawsze dokonuje selekcji, pokazuje jakiś wycinek rzeczywistości, który poprzez mechanizm powiększenia zyskuje walory obrazu całościowego. Widz jest przekonany, że cały tamten świat tak wygląda. Jest to przykład, że w świecie pełnej informacji można jednocześnie uprawiać pełną dezinformację. Afryka jest co prawda biedna, ale jest to normalny świat. Jest tam oczywiście kilka tragicznych punktów, w których dzieją się straszne rzeczy. Media na tym się koncentrują, kreując w ten sposób nieprawdziwy obraz całego kontynentu. Mój album jest polemiką z deformującą manierą mediów. 
Cały problem z opisywaniem współczesnego świata sprowadza się do tego, że każde wydarzenie, sprawa, problem jest jednocześnie takie i inne. Zawsze zresztą tak było, ale nigdy na tę skalę. Świat stał się tak różnorodny, że przy jego opisie trzeba starać się obejmować jak najwięcej elementów.
W „Lapidarium” przytacza Pan list od przyjaciela, włoskiego reportera, który od 20 lat mieszka w Dehli i pracuje jako korespondent „Der Spiegel”. Pisze on, że zawód reportera ginie, że coraz mniej jest ludzi zainteresowanych tajemnicą świata, a coraz więcej takich, których interesuje jego luksus. Czy to prawda? Czy ma Pan poczucie, że jest jednym z ostatnich?
– Nie. Jemu zresztą głównie chodziło o tych, którzy pracują tylko tam, gdzie im lepiej płacą. A dziennikarz to jest ktoś, kto ma w sobie judymową pasję. Oczywiście 99 proc. ludzi na świecie marzy zapewne o wygodnym życiu, ale zawsze jest jeszcze jeden procent odmieńców, którzy są w stanie zrezygnować z wygody na rzecz fascynacji. Są to reporterzy, ale także członkowie organizacji pozarządowych, wolontariusze, pracownicy instytucji humanitarnych, Lekarze Bez Granic. W różnych miejscach spotykam ludzi, którzy mogliby żyć komfortowo, a żyją bardzo biednie w jakiś maleńkich osadach, wioskach afrykańskich. Holendrzy, Szwajcarzy, Amerykanie...
Pisze Pan, że dawniej żyliśmy jedną historią, tą, która bezpośrednio nas dotyczyła, którą byliśmy w stanie ogarnąć. Dziś żyjemy w dwóch historiach: naszej własnej i tej, którą kreują media. Może nawet bardziej żyjemy w historii medialnej, o której mówi Pan, że jest fikcyjna. Czy fikcyjność wpisana jest w istotę obrazu kreowanego przez media? 
– Historia, którą znamy z telewizji, powstaje nie w związku z naszym istnieniem, ale w naszej imaginacji. My sobie ją tylko wyobrażamy, co prawda na podstawie prawdziwych elementów, ale ich układ zależy od nas. W zależności od tego, jak zakomponujemy te elementy, otrzymamy albo obraz bliski rzeczywistości, albo całkowicie odległy. Jest to rodzaj fabularyzacji świata.

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl