|
Requiem dla dziennikarza
Danie miesiąca polecają
RYSZARD KAPUŚCIŃSKI
Czytam właśnie ostatnie numery „Spraw Międzynarodowych” – czasopisma wychodzącego w Poznaniu. W całości są one poświęcone problematyce, która będzie miała kluczowe znaczenie dla zrozumienia świata w XXI wieku. Chodzi o zderzenie kultur, koegzystencję cywilizacji, które nieuchronnie – w dobie globalizacji – będą się ze sobą konfrontować. Jak będzie wyglądać, i czy w ogóle jest możliwa jednorodna kultura światowa? Masowe media otworzyły przed nami wszystkie zakamarki planety, unaoczniły istnienie odmiennych światów – zasadniczy stał się więc problem rozumienia
„obcego”, jego mentalności, obyczajów, wierzeń, systemu wartości. Poznanie granic – jeśli takie są – wielokulturowego dialogu. W
„Sprawach Międzynarodowych” nie pisze się o polityce, lecz o sprawach zasadniczych, opierając się na antropologii i teorii kultury. Uważam
„Sprawy..” za obowiązkową lekturę dziennikarza lub chcącego zajmować się sprawami świata. Ukazują się one nakładem Wydawnictwa Poznańskiego, którego jeszcze jedną inicjatywę wydawniczą chciałbym polecić czytelnikom
„Tygodnika”. Jest to seria pt. Poznańska Biblioteka Niemiecka. Czytam właśnie jej ósmy tom:
„Nazizm, Trzecia Rzesza a procesy modernizacji” pod redakcją Huberta Orłowskiego. Kolejne tomy czekają już na lekturę.
„Sprawy Międzynarodowe” PAN, Zakład Badań Narodowościowych, red. naukowy Wojciech Burszta, Wydawnictwo Poznańskie.
„Nazizm, Trzecia Rzesza a procesy modernizacji”, red. Hubert Orłowski, Wydawnictwo Poznańskie 2000
MICHAŁ PAWEŁ MARKOWSKI
Dziwna sprawa z tym Krasińskim. Niby wieszcz, a grafoman, niby geniusz, a śmiertelnie nudny. Jego powojenny żywot pełen jest zawłaszczeń, które mało miały wspólnego z literaturą, dużo zaś z pragnieniem pozyskania hrabiego Zygmunta do własnego obozu. Przywróciła Krasińskiego polskiej historii Maria Janion, udowadniając, że tragizm to kategoria, która Polakom powinna być szczególnie bliska. Nie napisała jednak książki o dojrzałym Krasińskim, więc scena pozostała na długie lata pusta. Tymczasem, dzięki uporczywej pracy Zbigniewa Sudolskiego PIW opublikował całą bibliotekę listów Krasińskiego i w ten sposób mogliśmy w odcinkach czytać – jak się zwykło za Janem Kottem powtarzać – brakującą powieść romantyczną polskiego romantyzmu. Na początku lat 70. Paweł Hertz wydał trzy tomy
„Pism literackich” Krasińskiego i wspominam o tym nie bez przyczyny, gdyż lata 70. właśnie to okres gwałtownego odrodzenia polskiego konserwatyzmu, dla którego Krasiński stał się postacią kultową. Czas ten właściwie się nie skończył, jako że nadal pisze się książki, w których Krasiński funkcjonuje przede wszystkim jako polityk, którego tak brakuje w czasach postkomunistycznej degrengolady. Nie dziwi więc, że całkiem ostatnio „Czytelnik” wznowił,
„Pisma polityczne” Krasińskiego, nie przypuszczając wcale, jak szybko trafią one do księgarskiej jatki.
I oto pośrodku tej politycznej utylizacji, w roku 1990, Krasiński odżył w niespodziewanej postaci. Odżył nie jako poeta (bo to już sprawa stracona) i nie jako strażnik szlacheckiego dziedzictwa, lecz jako „czarny człowiek”, zarażony obsesją śmierci, żyjący na skraju egzystencjalnej przepaści, z dala od polityki, głuchy na podszepty ideologii. Marek Bieńczyk, bo to on na progu czasów napisał pod kierunkiem Marii Janion tę nadzwyczajną książkę (a wpływu Janion, badaczki prywatnych fantazmatów, nie da się tu ukryć), skonstruował fascynującą opowieść, prowadząc czytelnika przez wszystkie etapy „literackiego umierania”, przez wszystkie poziomy pracy zarażonej wyobraźni. W
„Czarnym człowieku” udręczona jaźń romantyka próbuje zmierzyć się z dotknięciem śmierci, która pozostawia w wyobraźni trwałe znamię. W istocie książka Bieńczyka pokazuje skomplikowany – i daremny – wysiłek romantycznej imaginacji, pragnącej scalić to, co scaleniu poddać się nie może, świetnie opisuje życie zagrożone przez śmierć, która rozbija trwanie na tysiące fragmentów. Rytm tego eseju powtarza niejako ów niszczący ruch fragmentacji i czytelnik wiedziony wprawną ręką pisarza wpada w samo centrum romantycznych dylematów. Mam wrażenie, że wszystko to, co Bieńczyk napisał później, zostało bardzo mocno naznaczone
„Czarnym człowiekiem”: i erotyczne niespełnienie „Terminalu” i melancholia ukryta na dnie Pomerola rocznik 1989 i ślad, który zaginął po Soni, bohaterce
„Tworek”. Dla przyszłych egzegetów pisarstwa Bieńczyka książka ta będzie nieocenionym przewodnikiem po jego twórczości.
Podczas ostatniego naszego spotkania zapytałem Marka, czy chciałby spotkać się z Krasińskim przy kielichu dobrego wina. Wahał się przez chwilę i niepewnym głosem odrzekł: „Niby tak, ale wiesz, zacząłby pleść te swoje polityczne androny, a tego wino by nie wytrzymało”. Chyba miał rację.
Marek Bieńczyk, „Czarny człowiek. Krasiński wobec śmierci”, słowo obraz/terytoria, Gdańsk 2001.
|