Wszystko o postmodernizmie

 

 

 

   Ankieta: Mój postmodernizm

  Śniadaniowa lektura gazet

  

   Paweł Śpiewak

 

  

 

Śniadaniowa lektura gazety zajmuje kilka minut. Między tostem a kawą wzrok przelatuje po nagłówkach, zdjęciach i zatrzymuje się tam, gdzie znajdę coś sensacyjnego albo tam, gdzie trafię na jakiś znajomy i smaczny trop: a to informację o czyjejś dymisji, a to nieoczekiwanym spotkaniu ważnych osobistości. Czasem błąkam się po gęstwinie ogłoszeń. Z ostatnim łykiem kawy kończę nieuważną lekturę i mogę iść dalej. 
Naukowe podejście do lektury gazet wymaga już pewnej wnikliwości, dystansu, szczególnych narzędzi. Zadaję sobie pytania: dlaczego akurat ta informacja trafiła na czołówkę, jak skonstruowany jest komentarz dnia, jakie zamieszczono listy, z jaką intencją dziennikarz przedstawiał przebieg istotnej konferencji. Uwaga przesuwa się na strategie i intencje redakcji, gry retoryczne (czy to ironia, czy już jawna drwina?), konstruowane następstwa wydarzeń. W toku takiej lektury stopniowo zanika rzeczywistość, którą rzekomo obiektywnie starają się przedstawić dziennikarze, a jej miejsce zajmuje realność gier, związków kontekstualnych, strategii komunikacyjnych. Interpretacją, czyli tłumaczeniem (a tłumacz, zdaniem Zygmunta Baumana, zajmuje obecnie pozycję uprzywilejowaną) rządzi cudzysłów. Naiwność prostej lektury ustępuje wobec nieufności. A im głębiej wchodzę w materię tekstu, im poważniej pochłania mnie czytanie metafor, tym bardziej ginie to, co opisywane, a zatrzymują mnie konwencje językowe, zbitki słowne, projektowane nastroje. Badania dyskursu nie odsyłają mnie do żadnej realności, jaka istnieje gdzieś poza wypowiedziami. Nie ma tu miejsca na pytanie o prawdę, rzetelność, uczciwość dziennikarską. Obraz przedstawiony w gazecie zaczyna istnieć sam dla siebie. 
Coraz bardziej wciągając się w taką lekturę, coraz wnikliwiej odtwarzając mnogość konwencji i stylistyk stwierdzam, że nie tylko dziennikarze i publicyści, ale i ja sam jestem wspólnikiem tej gry. Bo opisując je, nie mogę uważać się co najmniej za sceptycznego i krytycznego widza, ale za wspólnika zaangażowanego w taki sam turniej konwencji i gier retorycznych. Nie tylko ja staję się spiskowcem w tym samym teatrze zbiorowych gier, ale odkrywam, że uczestniczą w niej wszyscy: aktorzy życia codziennego, naukowcy, politycy, pisarze, komiwojażerowie wielkich idei. Okazuje się, że „ścisłe rozgraniczenie teorii i danych, idea »nagich faktów«, próba stworzenia formalnego słownika analizy oczyszczonej ze wszelkich subiektywnych odniesień, uzurpowanie sobie neutralności moralnej i pozycji olimpijskiej, idea »boskiej prawdy« – nie mogą obowiązywać...” (Clifford Geertz)
Im bardziej wciąga mnie metafora i zarazem realność gry, tym trudniej uchwytna staje się solidność realnego. Póki nie poczuję bólu ślepej kiszki nie ma wiele miejsca w moim słowniku na pojęcia autentyzmu, prawdy, neutralności, szczerości, bólu. Nawet niewiele miejsca pozostaje na ironię i śmiech. Nad moją mową unosi się mgła przypadkowości. Zapadam się w melancholijne poczucie błąkania się między słowami, stylami, a zarazem niedostosowania i niemożności. Tkwię między poczuciem wyższości człowieka wtajemniczonego w plany i strategie, potrafię przecież odsłonić fałszywe samozadowolenie naiwnego autora, cierpliwością, jaka potrzebna jest do odczytania tego, co zaszyfrowane, a poczuciem niemożności odkrycia i nazwania sensu. Odnajduję w świecie i w sobie plątaninę, jak na planie miasta, w którym ciągle się gubię, strategii działań, mowy, które z tekstu na tekst, z sytuacji na sytuację ulegają zmianie, a razem z nimi zmienia się moja tożsamość. Czas odczuwam w jego nieciągłości, jakbym za każdym razem (niczym w komputerowej grze) zaczynał nowe życie bez poczucia związku i odpowiedzialności za siebie z poprzednich sytuacji.
Postmodernizm skupiony na grach, wiecznej teraźniejszości, świadom swej intencji interpretatora, zmienia nie tylko nasz sposób myślenia o gatunkach wypowiedzi (jak odróżnić esej od naukowej rozprawy), miejscu metafor w naszym życiu, strategii czytania, ale i sposób myślenia o myśleniu. Konsekwentny i drapieżny – na ile drapieżny może być światopogląd melancholijny – wykracza poza architektoniczne zabawy, odkrycia nowych wymiarów sztuki, kwestionowanie wszelkich postaci hierarchii i autorytetów, ale i destruuje wszelkie – inne niż wspólnotowe – doświadczanie wartości. Nie jest już przedstawianiem stanu umysłów uwikłanych w swoich zabiegach i konwencjach, ale domaga się uznania za wyraz prawdy odkrytej w epoce ponowoczesnej. Wtedy zwraca się przeciw całej tradycji, każe zapominać o przeszłości i sprowadza ją, jak czyni to na przykład Richard Rorty, do powtarzalnych metafizycznych rojeń. Postmodernizm okazuje się jedną z postaci historyzmu, z którym podejmuje podjazdową walkę. Absolutyzuje swój punkt widzenia i projektuje go w przeszłość i w przyszłość. Każe nam ulegać swojej świeżo odkrytej wizji i tyranizuje swoją nowością, sceptycyzmem, konsekwentnym relatywizmem. Spoza nierealności gier i strategii komunikacyjnych, spoza przypadkowych słowników nie dobiega nas już żaden głos pozwalający spojrzeć na siebie odważnie, bo z perspektywy objawienia. 
Postmodernizm poszukuje tajemnicy, sensu, ale nie chce ich uznać. Uprzejmie błądzi po mapach konwencji i chwytów retorycznych odkrywając gorycz i smutek niespełnienia. Nie odnajduje w niczym i nikim wyzwania, bo każdy głos jest tylko alegorią lub niemal sennym widziadłem. Przechodzimy od nicości jednej wypowiedzi do nicości kolejnej. Słowo okazuje się tylko słowem i niczym więcej. Nie ma już miejsca na tworzenie, projektowanie, poszukiwanie. Zostaje tylko tłumaczenie, cytowanie, kolaże, tak, jakbyśmy już żyli nie tylko po historii, ale i poza czasem. Postmodernizm i melancholia okazują się na koniec tylko dwiema stronami tej samej dobrze już znanej monety.

Autor jest socjologiem i historykiem idei. Publicysta Res Publiki Nowej. 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl