|
Wszystko o postmodernizmie
Obietnica
Michał Paweł Markowski
Pustynia nie jest karą. Jest obietnicą. Oczywiście, jak każda obietnica, jak każda wiara, jest ona niebezpieczna. Tylko gdzie jest to życie, które niebezpieczne nie jest? Gdzie jest to źródło, przy którym wszystko się rozstrzyga?
„Nie można pić wody tylko z jednego źródła” – pisze trafnie w swoim szkicu Barbara Skarga. Ale podobnie mówi też Derrida: „nic nie rozstrzyga się u źródła”. Skarga za punkt wyjścia swojej medytacji nad metaforą pustyni obrała sformułowania Derridy zawarte w eseju ,,Wiara i wiedza”, ze zbiorowej książki o ,,Religii”. Za punkt wyjścia, albowiem Skargę interesują nie tyle rozważania Derridy o religii, lecz to, co kryje się w samej metaforze pustyni, ku czemu kieruje ona nasze spojrzenia i jakie niebezpieczeństwa trzyma w zanadrzu. Spojrzenie Barbary Skargi – jak zawsze – jest przenikliwe i obejmuje wiele, bardzo wiele. Jak każde jednak spojrzenie, co nie jest jego słabością, lecz siłą, dopomina się o współpatrzenie, o inną parę oczu, w innym ciele osadzoną, innej wizji posłuszną. Znaczenie myśli Barbary Skargi dla nas wszystkich na tym właśnie polega, że nigdy jej wzrok – świadomie, z zasady – nie chce pokryć w całości horyzontu tego, co godne widzenia, że nie ma wcale takich ambicji, że ustępuje miejsca komu innemu i przygląda się temu, co wypatrzy kto inny. Pamiętać wszelako należy, że to jej, a nie kogo innego spojrzenie zachęciło do patrzenia, że to ona, a nie kto inny wskazuje na horyzont. Podobnie jest i w tym przypadku. Skargi rozważania o pustyni chcę uzupełnić moim własnym jej widzeniem, dopowiedzieć to, czego nie znalazłem w jej tekście, wiem jednak, że bez jej tekstu być może o pustyni wcale bym nie pomyślał.
Przystępuję więc od razu do rzeczy. Cóż to jednak za „rzecz” ta pustynia? Zostawmy na boku Derridę. To prawda, on sprowokował tę dyskusję, nie on jednak za metaforę pustyni odpowiada. Kto więc? Nikt, dosłownie nikt. Metafora pustyni nie jest niczyim wynalazkiem. Jest metaforą „źródłową” o tyle, o ile nikt nie stoi u jej początków, o ile żadne nazwisko nie firmuje jej intronizacji w filozoficznym dyskursie. Nie jest nią jednocześnie, bo nie jest jedyną metaforą początku, metaforą określającą to, co jedyne, pierwotne, całkowicie nieuwarunkowane. Bynajmniej...
Pustynia nigdy nie pojawia się sama, zawsze jest uzupełniona o inne metafory, które pozbawiają ją „absolutnej źródłowości”. Jest tak nawet wtedy, gdy nikt nie używa innych metafor, gdy pustynia wydaje się rządzić samotnie, wyniośle, budząc niejednokrotnie niechęć i przerażenie. Wśród tych dodatkowych metafor jedna szczególnie, także obecna u Derridy, pojawia się niemal zawsze: metafora Ziemi Obiecanej. Otóż – wbrew temu, co twierdzi Barbara Skarga – uważam, że nie ma opozycji między tymi dwiema metaforami, że one sobie nie przeczą, lecz – przeciwnie – nie mogą bez siebie istnieć.
Chcę więc powiedzieć tyle: nie ma Ziemi Obiecanej bez Pustyni, a to oznacza, że także: nie ma Pustyni bez Ziemi Obiecanej. Kto wyrusza na pustynię, nie czyni tego dla niej samej, dla samotnego i beznadziejnego przedzierania się przez zwały piachu, w których kryje się milczenie, lecz dlatego, że jest ona obietnicą, że nie może być miejscem ostatecznym, lecz etapem wędrówki, której celem – być może nieosiągalnym, choć niewątpliwie upragnionym – jest zbawienie. Innymi słowy: pustynia nie jest miejscem absolutnego niezróżnicowania, zatarcia śladów lub błędnego gonienia w kółko. Pustynia jest miejscem ogołocenia, zatraty i utraty, bez której nie pojawiałaby się myśl o ocaleniu. Jeśli ktoś myśli o tym, co nieosiągalne lecz upragnione, nie może nie pójść na pustynię, bo tylko przez nią jest droga do Ziemi Obiecanej.
Jeśli Ziemia Obiecana jest metaforą wiary, to nie sposób wykluczyć z wiary metafory pustyni. W istocie bowiem wiara jest pustynna: nic nie widać, niczyja obecność nie majaczy na horyzoncie, jestem sam, wokół tylko ślady, wśród których nie potrafię odróżnić śladów własnych od śladów obcych, nie wiem, co jest moje, co obce, choć chciałbym, żeby dukt był wyraźny, żeby ślady prowadziły dokądś, do oazy, nawet do mirażu, ale nie, pustynia rośnie, jak śpiewał Zaratustra, niczego i nikogo wokół, choć pragnę, żeby było odwrotnie.
Pamiętajmy: przez pustynię szedł Abraham powołany przez Boga, przez pustynię szedł Abraham z Izaakiem na Górę Moria, przez pustynię szedł Mojżesz do Ziemi Obiecanej, na pustyni przez czterdzieści dni opierał się kuszeniu Jezus, na pustyni kryli się anachoreci szukając tam zbawienia. Czym dla nich wszystkich – od Mojżesza do Antoniego – była pustynia? Miejscem próby, bez której nie ma wiary. Abba Antoni tak mówił: „Nikt nie może wejść do Królestwa Niebieskiego nie wypróbowany. Zabierz pokusy, a nikt nie będzie zbawiony”.
Czym jest pokusa? Zdarzeniem, które nie było brane pod uwagę przy układaniu programu. Odstępstwem od planu, od reguły, od przyjętego zawczasu projektu. Zmierzyć się z pokusą to stanąć w obliczu decyzji, której nigdy nie sposób zaplanować, do której nie można się przygotować. Otóż pustynia jest takim miejscem, w którym rodzą się pokusy: pokusa sprowadzona przez miraż, pokusa sprowadzona przez oazę, pokusa własnego ciała, pokusa pragnienia. Wiadomo, że życie bez pokus nie istnieje, wiadomo, że nieustannie mierzymy się z tym, co nas przekracza, wiadomo, że miraż i oaza są za każdym zakrętem naszej myśli. Ale wiadomo także, że bez pustyni nasze decyzje nie byłyby decyzjami, że wiedlibyśmy żywot sprowadzony do realizacji z góry upatrzonego planu, planu zaprojektowanego zbawienia.
Pustynia pokazuje więc, czym jest decyzja: starciem z pokusą, mocowaniem się z – jak mawiali Ojcowie pustyni – „złymi duchami”, których jest w nas pełno. W tym sensie pustynia nie jest jakimś abstrakcyjnym miejscem poza nami, gdzieś w dalekiej Afryce, ubi leones, lecz rozkłada się bezmiernie w nas samych, gdy tylko zaczniemy pragnąć zbawienia, gdy tylko zamajaczy w oddali Ziemia Obiecana. Nie sposób myśleć o pustyni z zewnątrz, jako czymś, czego możemy uniknąć, co może nie stać się naszym udziałem. Pustynia nie jest złem, którego należy się strzec. Wchodzimy na pustynię w chwili próby, gdy musimy podjąć decyzję, gdy dokonujemy wyboru. Gdyby tak nie było, gdyby decyzja była już dana z góry, wszystko zostałoby już wybrane, a przyszłość czekała na nas rozświetlona pewnością, pustynia byłaby rzeczywiście zbędna. Dopóki jednak tak nie jest, dopóki nie wiemy, co zdarzy się za chwilę, dopóki nie wiemy czy wiara doprowadzi nas do Ziemi Obiecanej, skazani jesteśmy na pustynię. Nie trzeba – dosłownie – na nią pójść, żeby się na niej znaleźć. Chrzęst piasku pod naszymi stopami słychać każdego dnia, każdej chwili, pod warunkiem jednak, że zechcemy go usłyszeć.
Powtórzę raz jeszcze: nie da się tych dwóch metafor, „Pustyni” i „Ziemi Obiecanej” od siebie oddzielić. Nie da się też ich wygrać przeciwko sobie. Dlaczego? Dlatego, że nie da się wprowadzić do nich wartościowania. Pustynia nie jest złowrogim miejscem, w którym – jak pisze Barbara Skarga – „to, co się w niej rodzi, nie może utworzyć wspólnoty, nie może stworzyć tradycji, jakiegoś moralnego lub politycznego oparcia”. Nie zgadzam się z takim ujęciem. Uważam bowiem, że pustynia jest miejscem, bez którego projekt stworzenia tradycji i wspólnoty nie mógłby się nigdy powieść. To ona zapowiada ów gest założycielski, dzięki któremu wspólnota zostanie stworzona, a nadzieja na lepszy – być może wieczny – ład zinstytucjonalizowana. To ona jest warunkiem, nieusuwalnym warunkiem przejścia od samotności do wspólnoty. To ona otwiera nas na to, ku czemu zdążamy.
Pamiętajmy bowiem: nie byłoby narodu żydowskiego bez marszu przez pustynię, nie byłoby nauczania Jezusa bez postu na pustyni, nie byłoby monastycyzmu, a tym samym i kultury europejskiej, w takim kształcie, jaki znamy, bez Ojców Pustyni. Odwołanie do pustyni nie ma więc charakteru niszczącego, „pustoszącego”, lecz przeciwnie: zapowiada, to, co się stanie, co kryje się w nadziei na inny świat, co zapowiada się w niejasnych jeszcze kształtach obcości, co dane jest w każdej próbie, której doświadczamy. Nie gdzieś tam, daleko, z dala od innych, w oderwaniu od świata, lecz tu i teraz, wśród ludzi, w nas samych.
Pustynia nie jest karą. Jest obietnicą. Oczywiście, jak każda obietnica, jak każda wiara, jest ona niebezpieczna. Tylko gdzie jest to życie, które niebezpieczne nie jest? Gdzie jest to źródło, przy którym wszystko się rozstrzyga?
Autor jest literaturoznawcą i filozofem, stałym współpracownikiem „TP”. Ostatnio opublikował „Filozofia pragnienia. Od Platona do Kartezjusza”.
|