Wszystko o postmodernizmie

 

 

 

   Na marginesie „Anatomii ciekawości” Michała P. Markowskiego 

 Cnota ciekawości

 

  Jarosław Makowski

 

  

 

Powiada się, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Bzdura! Nic bardziej złudnego i przewrotnego. Nic bardziej rozleniwiającego człowieka i hamującego to, co określa się mianem ruchliwości, poszukiwania, dociekliwości... Krótko: myślenia. Bo nie chodzi przecież o niezdrową wścibskość, co to nawiedza tych, którzy się nudzą i aby „zabić czas”, śledzą wysiłki kochanków szukających chwili samotności. Chodzi raczej o autentyczną ciekawość, co nie pozwala spać spokojnie, gdyż jest jak krzew w ogniu płonący, krzew, który nigdy w popiół się nie zmienia. Tak więc od intensywności przeżywania naszej ciekawości, od niestrudzonego stawiania pytań, od nieustannego niezadowolenia z uzyskanych odpowiedzi zależy ostatecznie conditio humana.
 
Anatomia
Jak obudzić w człowieku ciekawość wobec świata, odkrywania nie odkrytych jeszcze tajemnic, tropienia śladów niepojętego Boga, stawiania pytań tym, co już od odeszli, a pozostawili swoje dzieła, jak również polemizowania z tymi, co obok nas tworzą, a z którymi mamy prawo się nie zgadzać?
Oto prawdziwe wyzwanie! Dla... no właśnie: kogo? Pisarza, poety, filozofa... A może należy po trosze być każdym z nich, może dopiero wówczas będzie się zdolnym – wbrew licznym nudziarzom, którzy o ciekawym przecież świecie potrafią tak nieciekawe rzeczy opowiadać – obudzić naszą ciekawość. Jak zatem przekonać ludzi, że – jak się zdaje – ciekawość jest cnotą? Że rezygnując z ciekawości, stajemy się turystami przechadzającymi się po salach muzealnych czy lektorami beznamiętnie przewracającym strony wielkich dzieł. Czyniąc tak, zachwycamy się li tylko tym, co z ciekawości innych się zrodziło, a co – jak łatwo się domyśleć – decydowało, iż życie tych ludzi nie było pozbawione smaku. Ale tu nie idzie tylko o to, aby innych doświadczeniem się karmić, delektować jego smakiem, gdyż tak naprawdę tu o każdego z nas chodzi; o to, że smak życia nie jest dany raz na zawsze, ale raczej – a może na pewno – jest zadany na życie całe. A że nie jest to zadanie łatwe, że wymaga z jednej strony cierpliwości, z drugiej zaś przebiegłości, świadczy wysiłek Michała P. Markowskiego.
Kim jest autor „Anatomii ciekawości” i czym jest jego intelektualny wysiłek? Markowski jest nie tylko wnikliwym teoretykiem literatury, ale także dociekliwym filozofem. Ta rozległość zainteresowań („Anatomię...” tworzą tak różne przecież eseje, jak: „O tożsamości”, „O filozofii i literaturze”, „O dekonstrukcji”...) bynajmniej nie przeszkadza w przenikliwym opisywaniu rozmaitych zjawisk naszej kultury; wręcz przeciwnie, pozwala ona autorowi opisywać je z rozmaitych perspektyw. Nie jest więc to praca jednorodna i systematyczna. Ale czy można dziś pisać summy, wielkie metanarracje, co z precyzją chirurga wyjaśniają nam, jak się rzeczy naprawdę mają bez uproszczeń i banalizacji? Któż dziś – w dobie fragmentaryzacji i specjalizacji wiedzy – podejmie się takiego zadania...? Stąd owa różnorodność i niezgodliwość esejów, które Markowski postanowił złożyć; stąd raczej próbowanie, „wędrowanie, jak mu padnie” – to tu, to tam: opowiada więc, przekonuje, polemizuje, dowodzi, wykłada, składa (obietnice, ale i broń); czasami jest poważny, ale nie wolny od żartu, skacze między stylami, pojęcia przetyka metaforami i, co najważniejsze, przedkłada anatomię nad anateme. 
Dlatego autor „Anatomii...” dwoi się i troi, aby nie pozostawić czytelnika obojętnym, by wytrącić go z letargu i przekonać, że rzeczywistość nas otaczająca godna jest uwagi i namysłu. Ważni dla niego myśliciele – Fryderyk Nietzsche i Jacques Derrida – to ci, z którymi Markowski stara się współmyśleć. Ponadto filozofowie ci funkcjonują jako sztandarowi przedstawiciele postmodernizmu, który przez wielu postrzegany jest jako główne źródło upadku współczesnej kultury. Czy Markowski – autor intrygujących książek o Nietzschem („Nietzsche. Filozofia interpretacji”) i Derridzie („Efekt inskrypcji. Jacques Derrida i literatura”) – także zasługuje na miano postmodernisty? Z pewnością wielu tak odczytuje jego książki. Bo czy można nie być postmodernistą, czytając autora „Tako rzecze Zaratustra”? Dla krytyków postmodernizmu, o których pisze Joanna Tokarska-Bakir w eseju „Postmodernizm i religia”, drugorzędną sprawą jest, z jakich powodów i dla jakich celów czyta się obecnie tych filozofów. Co o lekturze swoich głównych „towarzyszy myśli” mówi autor „Anatomii...”: „Zarówno Nietzscheanizm, jak i Derridaizm nie są doktrynami do wyznawania, lecz myślą i słowem, które trzeba zapomnieć, aby odnaleźć samego siebie. Czy jednak odnajdując samego siebie, mamy szanse napotkać tam (gdzie?) też Derridę i Nietzschego? Tego nie wiem i wcale nie jestem pewien, czy chciałbym wiedzieć. Wiem jednak na pewno, że Nietzschego, podobnie jak Derridę, czytać trzeba nie bacząc na zarzuty intelektualnych mód, nie bojąc się zarzutu intelektualnego dandyzmu, gdyż dandyzm nie czyta, lecz tylko udaje, że czyta. Ważne jest jednak także, aby nie czytać wyłącznie Derridy i Nietzschego. W dalszym ciągu obowiązuje starożytna przestroga: Cave ab homine unius libri”. I, jak sądzę, Markowski konsekwentnie przestrzega tej zasady. Pytanie tylko: w jakim celu?
Michał Bachtin pisał, że „anatomia” to taki gatunek, w którym słychać rozmaite głosy. A to znaczy, że nie jesteśmy sami, że jesteśmy zakorzenieni w kulturze, która – wbrew proroctwom o jej końcu – całkiem dobrze się ma. Bo zdobywając się na trud czytania i pisania, przekonuje Markowski, kładziemy swój podpis pod sygnaturą czyjegoś tekstu, jego jednostkowością, pozwalającą mu zaistnieć w zmienionej postaci, przedłużając mu życie, choć jednocześnie kładąc kres dotychczasowemu istnieniu. Poróżnienie, które jest efektem lektury (czytać, by potwierdzać to, co napisane, to nie doceniać czytanego tekstu; pisać, by przepisywać, nie dopisując, to nie doceniać siebie), mówi zarówno o nieprzedstawialności tego, co prawdziwie istotne, jak i o przymusie przedstawiania. Dlatego Markowski w swych tekstach nie zagłusza mowy innych: Eco i Montaigne’a, Pascala i Ciorana, Derridy i Mistrza Eckharta... Ale nie należy też do tych, co tylko cudze myśli przepisują. To ważne, gdyż – jak uczył rosyjski filozof Mikołaj Bierdiajew – żyjemy w czasach, kiedy najczęściej myśli się „o czymś” i pisze „o czymś”. Mało kto ośmiela się dziś pisać tak, jak pisano wcześniej; pisać „coś”, pisać „swoje” – swoje nie w sensie szczególnej oryginalności, lecz w sensie bezpośredniego odsłaniania życia. 
Czy w tym gwarze, przeraźliwym czasami wielogłosie, jazgocie, jaki dobywa się z książki Markowskiego, a który bardziej przypomina hałaśliwą agorę niźli dostojną uniwersytecką konferencje, ostoi się coś, co zdecyduje, że czytelnik nie zawaha się podjąć ryzyka ocalenia imienia autora „Anatomii”? Czy jest w jego myśleniu coś, co Bierdiajew nazwał bezpośrednim odsłanianiem życia?

Nuda
Takim bezpośrednim doświadczeniem, które niejednokrotnie nawiedza ciało i duszę, a które Markowski przenikliwie opisuje – jest nuda. Każdy, kto choć raz się nudził (a któż nie?), wie o tym, że nie jest łatwo nudę przezwyciężyć. Bo jak dotrzeć do jej istoty i zgłębić jej logikę? Nuda wszak jest jak złodziej, który ukradkiem i w nocy się skrada, co sprawia, że nie wiemy skąd, ani kiedy nadejdzie. Ale niepodobna o nudzie milczeć, gdyż to jedno z tych zjawisk, które może – jeśli się temu nie zaradzi – przeciw ciekawości powstawać.
„Nuda nie posiada oblicza” – pisał Paul Valery. Jak to rozumieć? Czy to znaczy – pyta Markowski w eseju „O nudzie” – że nuda jest tym, co bezkształtne i nieforemne, czy odwrotnie – że zbyt wiele kształtów przybiera, by można było jeden z nich odosobnić i nazwać? Z pewnością i jedno, i drugie. Nuda bowiem, na tym polega jej kłopotliwość, potrafi przybrać postać bezkształtną i obezwładniającą, może jednak także rozproszyć swe maski na tyle skutecznie, byśmy mieli kłopot z powstrzymaniem ich wirowania. A zatem w obydwu przypadkach nuda utrudnia dotarcie do swojej istoty. Sprawa więc wydaje się beznadziejna; jak bowiem zaradzić czemuś, co wymyka się określeniu i nazwaniu? Jak poradzić sobie ze zjawiskiem, którego nie sposób ujarzmić, zbadać dokładnie, opisać i włożyć do odpowiedniej szuflady? 
Propozycja Markowskiego wobec kłopotliwości i problematyczności, jakie nuda nam sprawia, jest następująca; pisanie o nudzie z konieczności musi być tropieniem historycznych warunków jej możliwości oraz poszukiwaniem języków, w których nuda pojawiała się w sposób nieprzypadkowy i znaczący. Pocieszający może okazać się dla nas fakt, co Markowski dobitnie pokazuje, że nuda doskwierała i uwierała także najwybitniejsze umysły naszej cywilizacji. Z jednej strony Markowski przyzywa na pomoc Montaigne’a, z drugiej Pascala, choć oczywiście to nie jedyni bohaterowie tego eseju. Przyjrzyjmy się jednak, jak z nudą dawali sobie radę francuscy myśliciele, aby – choć to nieoczywiste – coś ciekawego dla siebie z tego wyłuskać.
Dla Montaigne’a, pisze Markowski, nuda jest taką sytuacją, w której spędzanie czasu staje się spędzaniem płodu. Nuda jest jakością życia w oczach ludzi, dla których jest ono niewygodne i obmierzłe i którzy w gruncie rzeczy – nic o nim nie wiedząc – uciekając od życia, uciekają od siebie. Wystarczy, powiada Montaigne, zmienić stosunek do życia i zwrócić się ku samemu sobie, gdyż nuda i brak świadomości wydają się tym samym. Montaigne jednak nie dramatyzuje nudy, ale – jak poucza antyczna sapientia – znajduje skuteczne sposoby na jej zwalczanie: chroni się przed nią, rozmawiając z samym sobą (i wtedy jest naprawdę wolny, gdyż nuda to utrata wolności), albo zażywa życia (czyli nie spędza czasu, ale go smakuje). Nuda więc grozi człowiekowi tylko pod postacią bezczynności, gdyż wówczas staje się występkiem przeciw naszej naturze, albowiem życie nasze całe jest ruchem. Czyżby zatem Montaigne znalazł sposób, jak się z nudą uporać? Ale powoli...
Co w tej kwestii mówi nam doświadczenie Pascala? Autor „Myśli” z wrodzoną sobie przenikliwością – może jak nikt przed nim – opisał ułomności ludzkiej natury. Stan człowieka – twierdził – to niestałość, nuda, niepokój. Ów stan to oczywiście kondycja ludzka, którą określają niestałość, nuda i niepokój. Skąd to zestawienie? Dlaczego obok niestałości, która nurtowała także Montaigne’a, i niepokoju, pojawia się nuda? Problem staje się bardziej klarowny, kiedy raz jeszcze do głosu dopuścimy Pascala: „Natura nasza jest w ruchu, zupełny odpoczynek to śmierć”. Francuski myśliciel nie ma wątpliwości, że zabijając naturalne pragnienie ciekawości, człowiek skazuje się na śmierć. Oczywiście idzie tu o śmierć wewnętrzną, o – jeśli można tak powiedzieć – „amputowanie ducha”. Ale co Pascal dokładnie rozumie przez ową ciekawość, która ma nudę pozbawić siły i mocy? 
Dla Pascala, jak przekonuje Markowski, jest to doznanie szczególne. Na nudę nie ma miejsca tam, gdzie człowiek przeciera oczy, aby zobaczyć horyzont boskiego Objawienia. Jeśli więc nuda nas uziemia, ogranicza i gdy podpowiada, że prawdziwe życie sprowadza się do „tu i teraz”, to przeciwieństwem tego jest ciekawość właśnie, która wiedzie nas poza horyzont skończoności. Dlatego za Emmanuelem Lévinasem możemy powiedzieć: „prawdziwe życie jest nieobecne, choć my żyjemy w świecie”. Dopiero ta świadomość decyduje, że nuda opuszcza człowieka, który może podobnie jak Pascal doświadczyć wizji ognia, w której Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba, a nie Bóg filozofów czy uczonych, ześle człowiekowi pewność, radość i spokój.
Czy zatem nie taka nuda straszna, jak się ją maluje? Z pewnością tak, ale trzeba zdobyć się na wysiłek podobny trudowi Montaigne’a czy Pascala. Obaj, aby unicestwić nudę, różnych imali się sposobów. Czyż jednak nie było warto? Odnaleźli wszak rodzaj ziemi obiecanej, której na imię smak życia.

Smak
Ale natychmiast trzeba dodać; nie jest to zadanie łatwe. Ba, nie ma nic wspólnego z odpowiedzią na pytanie typu; „ile wynosi suma kątów trójkąta?”, które stawia się uczniowi w V klasie szkoły podstawowej. Przeciwnie. Smak życia to – jak pisał Krzysztof Michalski referując filozofię księdza Józefa Tischnera – wszystkie rozkosze i bóle przeszłych doświadczeń, tych wszystkich rozczarowań i sukcesów, jedzeń i pić. Ale też coś więcej; smak życia samego, co nie jest jeszcze jednym, osobnym smakiem obok smaku razowca i ciepłej wódki. Bo w konsekwencji ów smak życia to, pisze sam Tischner, zarazem smak mnie samego; dopiero tak, napotykając siebie samego, mogę dowiedzieć się, kim jestem. I znów: próżna i głupia jest nadzieja, że można na to pytanie odpowiedzieć tak, jak odpowiada się na pytanie; „kto tam?” do kogoś stojącego za drzwiami. Nie, to pytanie nie jest jak inne, nie jest motywowane brakiem wiedzy o czymś, co chciałoby się lepiej poznać. Nie ma tu żadnego możliwego przedmiotu wiedzy. „Wiem”, kim jestem, tak jak „wiem”, jak smakuje życie, z goryczą rozpaczy i słodyczą nadziei. Istnieją przecież pytania, jak namiętnie i z pasją przekonywał Lew Szestow, które – wbrew pozorom – odpowiedzi nie szukają. Więcej, ich nieśmiertelność na tym polega, że udzielane odpowiedzi nie wystarczą, nigdy się z pytaniem nie schodzą, nie zamykają się więc w krąg wiedzy.
Zapytywaniem, które zawsze jest ważniejsze niż formułowane odpowiedzi, jest pytanie o człowieka, tego z krwi i kości, człowieka, któremu prorokuje się dziś, iż nastał jego kres. Czy można na to stwierdzenie bez sprzeciwu przystać, jeśli – to przecież banalne – nigdy zadowalającej i wyczerpującej odpowiedzi nie otrzymamy? Ów brak adekwatnej odpowiedzi podtrzymuje i usprawiedliwia, jak sądzę, naszą ciekawość, sprawia, że nasze życie, w którym przeplata się zło z dobrem, miłość z nienawiścią, nadzieja z rozpaczą – nie jest pozbawione smaku. Smakować bowiem życie to nie tylko spędzać czas, jak uczył Montaigne, ani tym bardziej zajmować miejsce w przestrzeni, ale poszukiwać siebie samego. Czyż istnieje ważniejsze wyzwanie? 
W tym poszukiwaniu, w tym – aż czasami nieznośnym i pełnym udręki – zapytywaniu o samego siebie pomocna może okazać się „Anatomia ciekawości” Michała P. Markowskiego. Pomocna bynajmniej nie znaczy, że tam znajdziemy wyczerpujące odpowiedzi na dręczące nas pytania. Przeciwnie, lektura jego esejów budzi nie tylko ciekawość, ale drażni, czasami irytuje, i – co najważniejsze – zachęca do poróżnienia i niezgody. Jeśli tak, jeżeli chcemy potem na własny rachunek myśleć, porzucając interpretacje i wskazówki Markowskiego, to cel został osiągnięty – ciekawość wytrącona z letargu. A jeśli nie, jeśli nadal będziemy żywić przekonanie, że świat jest nudny i nie wart namysłu, że czytać dzieła innych jest stratą czasu, to doprawdy, nie wiem, co lub kto mógłby w takiej sytuacji zaradzić?

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl