Wszystko o postmodernizmie

 

 

 

   Ankieta: Mój postmodernizm

  Klucz francuski

  

   Marek Bieńczyk

 

  

 

Ten powszechny termin przybył do nas, jak niegdyś kapusta, ze świata, ale przyjął się tak, że stał się naszą strawą lokalną. Mam wrażenie, że zakorzenił się on u nas bardziej niż gdziekolwiek indziej. Pamiętam zdziwienie Derridy, który podczas wizyty w Polsce był wręcz zasypywany pytaniami o postmodernizm; we Francji nikt go z pojęciem tym nie łączył. Jeśli chodzi o literaturę, we Francji termin funkcjonuje, dość zresztą słabo, na uniwersytetach; w krytyce dziennikarskiej niemal się nie pojawia, a w świadomości czytelników nie występuje w ogóle. U nas trafił szybko pod czytelnicze strzechy, stał się częścią popularnej wiedzy o literaturze, a wielu krytykom posłużył jako podstawowy klucz (francuski) do otwarcia niejednej powieści ostatniej dekady. Służył – gdyż odnoszę i to wrażenie, że proza dająca się interpretować, choćby wbrew woli jej twórców, w kategoriach estetyki postmodernistycznej, wygasa; postmodernizm literacki staje się zadziwiająco szybko pojęciem historycznym, już wkrótce archaicznym.
Wspominam o tym wszystkim właściwie bez ironii. Oczywiście, światło bijące z tego pojęcia nieraz przeszkodziło krytykom i czytelnikom zrozumieć czytane przez nich książki; myślę też, że i autorom pamięć o nim nie zawsze wychodziła na zdrowie, gdy książki te pisali; oczywiście samo pojęcie było rozumiane bardzo powierzchownie i, łączone nagminnie z etyką, z tak zwanym „kryzysem wartości”, zamieniało się w publicystyczną kliszę, niekiedy w pejoratywny epitet albo w wygodny synonim domniemywanej zmiany warty i przełomu; oczywiście, słowo wymawiało się lekko, łatwo i przyjemnie, wrzucając w jego obszerny worek Derridę, dekonstrukcję, feminizm, nihilizm, ateizm, nietzscheanizm, lewicę, liberalizm, new age, Baumana, ludyczność, freudyzm, aborcję, nouvelle cuisine i co tam jeszcze, i tę sałatkę nawet w poważnych pismach serwuje się nam do dzisiaj. Jednakże nie należy pojęcia tego lekceważyć, wyśmiewać czy wieszać na nim psów. Termin ten, sam w sobie może dość niezręczny, coś jednak oznaczał, coś odgrywał, coś skrywał, coś zastępował; czy też, mówiąc psychologicznie, był miejscem jakiegoś przeniesienia. By pozostać przy literaturze: nie chodziło o to, że – jak to można było tu i tam przeczytać – młodzi czy w miarę młodzi pisarze „naczytali się Francuzów i Amerykanów” i wygnietli z tego rodzime ciasto; w końcu każde pokolenie czegoś „się naczytało”, dzisiaj, powiedzmy, Lyotarda i Rorty’ego, wczoraj Heideggera. Wobec niezwykłej w skali naszych dziejów sytuacji (1989), w której, mówiąc alegorycznie, Geografia zastąpiła Historię, poszukiwania i figury estetyczne, udane i nieudane, oryginalne lub całkowicie naśladowcze czy epigońskie, a nazwane ogólnie „postmodernistycznymi”, często wyrażały ewidentnie gorące treści i kwestie egzystencjalne, były okrężną odpowiedzią na nową rzeczywistość – i raczej byłoby dziwnie (i gorzej), gdyby takie próby i poszukiwania nie powstawały. Ale to jest cały temat do dyskusji.
Wracam do samego pojęcia. Przed kilkoma laty coś bąkałem, niezbyt jasno, o „postmodernizmie z ludzką twarzą”. Chciałem przez to powiedzieć, że nadwyżka formalnego myślenia o powieści, jaką przynosi estetyka postmodernistyczna, nie musi iść w parze z redukcją treści, nie musi być zabawą, grą w literaturę, „literaturą po literaturze”. Że nie wyklucza ona – na przykład – patosu, wzniosłości, powagi, metafizyki. Od tamtego czasu pojęcia „postmodernizm” w ogóle nie używam, gdyż wtłoczone w nie ze wszech stron redukcje myślowe uniemożliwiają kontakt z książkami, które napisali inni i ja sam. Natomiast w moim myśleniu o literaturze jest coś, co z boku, idąc za logiką istnienia tego pojęcia w ostatniej dekadzie w Polsce, można by nazwać „postmodernizmem”, a co dla mnie wiąże się po prostu z bytem literatury (a zwłaszcza powieści) jako takim.
Chodzi mi o dwie rzeczy. Mówiąc pospiesznie: myślenie o formie; myślenie o własnym procesie tworzenia formy. Nie mam ciekawości dla żadnej literatury awangardowej, rewolucyjnej, eksperymentalnej, która wymyśla nowe formy, aby dokonać zerwania z poprzednimi. Ale sama refleksja nad formą (refleksja, która w „klasycznych” powieściach postmodernistycznych prowadziła do czystej gry konwencjami), same poszukiwania formalne, najczęściej w dialogu z tradycją, wydają mi się imperatywem jeśli nie etycznym, to, powiedzmy, zawodowym piszącego. I kwestia druga. Myślę, że nikt lub mało kto (ja już na pewno nie) ma jeszcze ochotę czytać (i pisać) powieści, w których opowiedziana jest jednocześnie historia powstawania tej powieści; to było, to się nagle skończyło. Jednak, nawet gdybym uwięziony był na wieczność w celi fabuły, wolałbym o prawo widzenia z własną opowieścią, choćby pod karą wiadomego epitetu. Łatwo zauważyć, że określenia „postmodernizm” nie stosuje się do poezji; stary poeta i młody poeta mogą do woli mówić, czym jest poezja i kim jest on sam, poeta; mogą też do woli igrać z różnymi poetyckimi formami; uświęcona tradycja uchroni ich przed każdym „-izmem”. Natomiast wystarczy, by narrator powieści niebacznie zastanowił się nad formą, którą tworzy, czy coś zacytował z innej powieści, a już jego książka staje się postmodernistyczna. Widocznie ta niesprawiedliwość została, jak rzecze Kubuś u Diderota (który wciąż się zastanawia, w jaką stronę poprowadzić historię swego bohatera), zapisana w górze. Iluzja rzeczywistości tak silnie związana jest z powieścią, że w każdej tej iluzji nadwątleniu dosłuchujemy się zdrady oraz postmodernistycznego dowcipu czy niepowagi. Tymczasem – powiem to w skrócie i górnie – sam kształt powieści (czy samo kształtowanie powieści), jak najlepiej pokazał to Proust, jest doświadczeniem egzystencjalnym i autokontemplacja formy staje się refleksją nad egzystencją. Przekonanie to prowadzi mnie dziś między innymi do pytania, jak pisać po Whartonie i po Coelho.

Autor jest pisarzem, tłumaczem i eseistą. Wydał m. in. powieści „Terminal” i „Tworki”. Za książkę pt. „Melancholia” był nominowany do nagrody Nike ’2000.

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl