|
Poezja: między piosenką a
modlitwą
Przed końcem świata
Z Jeleną Szwarc i
Siergiejem Stratanowskim rozmawia Jan Strzałka
JAN STRZAŁKA: – Oboje państwo urodzili się w Leningradzie, co dla poety musi mieć istotne konsekwencje.
SIERGIEJ STRATANOWSKI: – Petersburg, a jeszcze do niedawna Leningrad, jest jednym z nielicznych prawdziwie mitycznych miast na świecie. Mit tego miasta stworzyła przede wszystkim literatura, poczynając od Puszkina, przez ,,Zbrodnię i karę” Dostojewskiego, aż po powieść Andrieja Biełego ,,Petersburg” czy tak mi bliską poezję „srebrnego wieku”. Myślę, że te wspaniałe tradycje kontynuowane są w dzisiejszych czasach.
JELENA SZWARC: – Tak, Petersburg jest dziwny i niepodobny do żadnego innego miasta, a już z całą pewnością do Moskwy. Petersburska poezja na przykład była i jest do tej pory zupełnie odmienna od moskiewskiej.
początki miasta toną we krwi
– W Moskwie dużo szumu czynią wokół siebie poeci konceptualiści, szerzy się literacki postmodernizm, co wiemy z przekładów, ukazujących się w polskich pismach. Na tym tle Petersburg sprawia wrażenie oazy tradycji oraz przywiązania do klasycyzmu.
JELENA SZWARC: – W Moskwie rzeczywiście panują konceptualiści, o których za chwilę, lecz nie zgadzam się z powszechną opinią, iż muza petersburska ma dziś klasyczne oblicze. Powiada się, że to miasto Anny Achmatowej, a przecież w takiej samej mierze Petersburg należy do Majakowskiego czy oberiutów [ekscentrycznych poetów z lat 20., uważanych dziś za rosyjskich dadaistów – red.]. Moja poezja – a tym bardziej Siergieja Stratanowskiego – w żadnej mierze nie należy do tradycji klasycznej. Siergiej debiutował jako uczeń Nikołaja Zabołockiego, który należał właśnie do grupy oberiutów. A oberiuci w dziejach poezji rosyjskiej byli grupą najbardziej awangardową i mimo upływu lat nic nie stracili ze swej awangardowości...
W Petersburgu poezja rozwija się przez twórczą kontynuację rodzimych doświadczeń awangardowych. Ja także chętnie się przyznaję do tej właśnie tradycji. Moja poezja proponuje coś całkiem nowego dla rosyjskiego ucha, nową melodię, nową rytmikę wiersza. Moim zdaniem, poezja petersburska dąży przede wszystkim w stronę czystej muzyki, w stronę formy. Pośród współczesnych poetów petersburskich był twórca klasycyzujący, Brodski, ale nie zapominajmy o jego fascynacji poezją angielską. Dla wielu Rosjan pozostanie on zjawiskiem przynależącym bardziej do tradycji anglosaskiej niż rosyjskiej.
Natomiast moskiewscy poeci awangardowi – wspomniani konceptualiści – wydają mi się naśladowcami i ariergardą współczesnej poezji zachodnioeuropejskiej. Tę awangardę wymyślono gdzie indziej i bez twórczego udziału poetów rosyjskich, konceptualizm uprawiany w Moskwie nie jest więc niczym oryginalnym, trudno się dopatrzyć w nim czegoś czysto rosyjskiego.
– Powróćmy do fenomenu Petersburga.
SIERGIEJ STRATANOWSKI: – Petersburg jest miastem, w którym nie sposób żyć i nie zauważyć, gdzie się mianowicie żyje. W Moskwie, owszem, może się to zdarzyć, w Petersburgu zaś jest to nie do pomyślenia. Obraz Petersburga wchodzi bowiem nie tylko w świadomość, ale i podświadomość. Moje wiersze na przykład są ściśle związane z Petersburgiem, z konkretnymi ulicami i dzielnicą. Żyję w pobliżu kanału, który stanowi jedną z głównych arterii miasta. Jest to dzielnica robotnicza, industrialna i ta przestrzeń obecna jest w moich wierszach.
JELENA SZWARC: – Petersburg jest dla mnie miastem jedynym w swoim rodzaju. Tu żyli moi rodzice, tu przyszłam na świat, a więc nawet gdyby Petersburg nie miał w sobie żadnej magii, i tak stanowiłby dla mnie miejsce wyjątkowe. Mogłabym się urodzić w prowincjonalnym i brzydkim mieście, lecz sądzę, że obdarzyłabym je pewną czułością. To, że przyszłam na świat w mieście niezwykłym, uświadomiłam sobie dopiero z czasem. W moją duszę i wyobraźnię powoli przenikały wszystkie petersburskie duchowe opary i miazmaty.
W moich oczach Petersburg był zawsze miastem tragicznym. Urodziłam się po wojnie, kiedy miasto lizało się z ran odniesionych podczas blokady. Moja matka przeżyła w Leningradzie całą blokadę. Z dzieciństwa pamiętam więc niekończące się opowieści i wspomnienia. Na ulicach zaś widziałam rzesze inwalidów, kalek, wszyscy oni byli ofiarami wojny. Takie było moje dzieciństwo, którego jednym z pierwszych doświadczeń było przeżywanie traumy, koszmaru wojny i blokady... Już wówczas zaczęła do mnie, do dziecka, docierać świadomość, w jakim mieście żyję. Nieco później poznałam jego dzieje, choćby to że Petersburg zbudowano kosztem życia tysięcy ludzi pogrzebanych w błotach Newy, piękne pałace stoją na kościach, a początki miasta toną we krwi.
między Chrystusem a prawdą
– To przeszłość, która jednak przypomina niedawne tragedie. W jednym z wierszy Siergieja Stratanowskiego pojawia się metafora „oczy Kołymy”, w wierszach Jeleny Szwarc mowa o popiołach ludzi zamordowanych w Auschwitz. Nic zatem dziwnego, że czytelnicy często pytają państwa – parafrazując znane powiedzenie Adorno – czy po Auschwitz i Kołymie poezja jest możliwa?
JELENA SZWARC: – Poezja będzie możliwa w każdym czasie. Pisząc o Auschwitz, myślę zarazem o innych obozach hitlerowskich, jak i o łagrach stalinowskich. Wspominam także blokadę Leningradu. Modlę się za świat, który się kończy i w oszałamiającym tempie dąży do samozagłady. Pozwalam sobie jednak zmodyfikować pytanie Adorno: czy poezja jest możliwa przed końcem świata – albo nawet już w trakcie jego końca? Jestem przekonana, że dopóki będzie istniał człowiek, dopóty istnieć będzie poezja, lecz im bliżej końca, tym bardziej stawać się będzie ona skrajnie tragiczna. Nie wypada mi wypowiadać się w imieniu innych poetów, mogę mówić jedynie o swojej poezji, która pełna jest tragizmu, i jedynie jej związki z muzyką pozwalają znieść horror, którego doświadczamy. Myślę, że także poezja Siergieja nasycona jest nieskończonym cierpieniem. Dojrzewaliśmy w cieniu Kołymy i Auschwitz, więc weszły nam one w krew. Gdyby poezja milczała o tych tragicznych doświadczeniach, pozbawiłaby się sensu i prawa do istnienia.
SIERGIEJ STRATANOWSKI: – Z czego się narodziły Kołyma i Auschwitz? Czy nie z tego, że chciano zabić „wewnętrznego człowieka”? A poezja – podobnie jak i religia – zwraca się właśnie do owego „wewnętrznego człowieka”. Dlatego słowa Adorno wydają mi się dosyć efekciarskie, ponieważ muzyka i poezja jednak przetrwały po owych zbrodniach, a „człowiek wewnętrzny” nadal istnieje.
Dziś wiele się rozprawia o świecie pochrześcijańskim. Jelena i ja żyliśmy w państwie ateistycznym i bezbożnym, lecz wielu z nas cierpiało na głód metafizyczny. W latach 70. w Leningradzie uczestniczyłem w podziemnym życiu intelektualnym. Organizowaliśmy wówczas nielegalne seminaria poświęcone chrześcijaństwu, zajmowaliśmy się współczesną teologią zachodnią, staraliśmy się odkryć na nowo tradycję prawosławnej mistyki. Zapraszaliśmy chasydów, by odkryli przed nami głębie judaizmu. Pamiętam, jakim wstrząsem było dla nas poznanie Władimira Sołowjowa, który już kilkadziesiąt lat wcześniej ujrzał chrześcijaństwo jako jedność, jako jedyny Kościół Chrystusowy. Dziś choć co prawda nie jestem wewnątrz życia cerkiewnego, choć nie należę do określonej parafii prawosławnej, chrześcijaństwo nadal pozostaje mi bliskie. Nie wiem, o czym właściwie myślą ci, którzy snują rozważania o świecie pochrześcijańskim.
JELENA SZWARC: – Nasze pokolenie do wiary dążyło spontanicznie, przez powrót do chrześcijaństwa chcąc wręcz zamanifestować polityczną niepokorę i dysydentyzm. W latach 60. panowała moda, by człowiek przeciwny totalitaryzmowi uczęszczał do cerkwi. Do chrześcijaństwa zawiodła mnie poezja, bo kiedy zaczęłam pisać, w moich wierszach pojawiał się zawsze Bóg. Pierwsze wiersze napisałam jako trzynastolatka. Nie wiem, jak to się działo: nie zamierzałam pisać o Bogu, siadałam, pisałam, i wbrew zamierzeniom powstawał wiersz religijny. Dziś zaś często przypominam sobie powiedzenie Dostojewskiego: gdybym miał wybierać między Chrystusem a prawdą, wybiorę
Chrystusa.
|