|
Poezja: między piosenką a
modlitwą
Poezja wobec nihilizmu
Trudniej runąć w nicość,
gdy w dole rozciąga się wiersz
Rozmawiają: Bei Dao, Aleš Debeljak, Joy Harjo, Robert Hass, Seamus Heaney,
Jane Hirshfield, Admiel Kosman, Ko Un i Adam Zagajewski
Henryk Woźniakowski: –
Zgodnie z życzeniem Czesława Miłosza, punktem wyjścia dzisiejszej dyskusji jest wiersz Larkina „Alba”. Zauważmy, że pewną odpowiedź na wyzwania zawarte w tym utworze dał sam Miłosz, pisząc „Przeciwko poezji Filipa Larkina”...
granica między kulturami
Bei Dao: – Będę mówił o zupełnie innym rozumieniu związków między religią a poezją. W pieśniach należących do głównego nurtu tradycji chińskiej poczesne miejsce zawsze zajmował świat doczesny. Pośród napisanych trzy tysiące lat temu 312 wierszy z „Księgi pieśni”, pierwszego zbioru wierszy chińskich, tylko kilka wspomina o ofierze religijnej. Większość dotyczy spraw świeckich. „Księga...” zapoczątkowała tradycję liryczną chińskiej poezji, w przeważającej mierze odległej od religii.
Wiąże się to z naszą postawą wobec śmierci. Skoro nie wiem, na czym polega życie, to skąd mam wiedzieć, na czym polega śmierć? – mówi Konfucjusz. Innymi słowy, skoro śmierć pozostaje nieprzenikniona, żywi nie powinni się nią przejmować. Musimy umrzeć, może jednak potrafimy opóźnić nadejście śmierci, nie myśląc o niej zbyt często.
Stosunek Chińczyków do śmierci jest zarazem stoicki i praktyczny. Koncentrujemy się na kwestiach praktycznych. Wkładamy do grobów amulety, aby odpędzić złe duchy, przynosimy zmarłym wino i mięso, by nie byli głodni... Religia i przekonania moralne zespalają życie doczesne i pośmiertne w jedną uporządkowaną strukturę – życie pośmiertne jest zarazem przedłużeniem i zwierciadłem życia na ziemi. Tradycja konfucjańska życiem pośmiertnym się nie zajmuje, buddyzm i taoizm mówią o reinkarnacji i wędrówce dusz, lecz jest to koncepcja zasadniczo moralna. Wyobrażenia o życiu pośmiertnym mają więc wymiar etyczny. To, czy zmarli zaznają cierpienia czy radości, zależy od ich uczynków za życia.
Larkin opisuje postawę wobec śmierci człowieka, który odrzucił religię. Postawa taka jest w dużym stopniu bliska współczesnemu Chińczykowi, który otrzymał zwykłe wykształcenie, a więc bardzo odległe od religii. Z tego punktu widzenia granica między kulturami Zachodu i Wschodu zaciera się.
JoY Harjo: – W jednym z wierszy podejmuję te kwestie z odmiennego punktu widzenia. Jest to piosenka „Mój dom jest czerwoną ziemią”.
Mój dom jest czerwoną ziemią. Mógłby być środkiem świata. Słyszałam, jak środkiem świata nazywano Nowy Jork, Tokio czy Paryż, a mój dom jest cudownie skromny. Można przejechać obok i go nie zauważyć. Fale radiowe mogą go zasłonić. Nie można zbudować go ze słów, bo niektóre słowa zostały oddane świętej bezsłownej formie. Na przykład dla tej głupiej wrony, co grzebie w śmieciach koło zagrody, środkiem świata są tłuste ochłapy mięsa. Wrona nie musi mówić, że ziemia zrobiła się szkarłatna od żarliwej wiary, po stuleciach złamanych serc i śmiechu.
Jeśli zajrzysz w umysł wirującej ziemi koło Shiprock, staniesz się piękną krainą i zrozumiesz, w jaki sposób z roześmianych trzech wron na skraju szosy robią się roześmiane trzy wrony na skraju świata.
Nie zakłócaj spokoju duszy ziemi, która tu mieszka. Ona pracuje nad opowieścią. To najstarsza opowieść świata, delikatna, zmienna. Jeżeli dusza ziemi zauważy, że patrzysz, zaprosi cię na kawę, poczęstuje ciepłym chlebem i będziesz zobowiązany zostać i posłuchać. Ale to nie jest zwykła historia. Będziesz musiał znosić trzęsienia ziemi, pioruny, śmierć wszystkich, których kochasz, będziesz musiał znosić olśniewające piękno. Jest to historia tak zniewalająca, że nie będziesz chciał stamtąd wyjść. Oto jak ona chwyta cię w pułapkę. Widzisz ten kamienny słup? To jedyna osoba, której udało się uciec.
oczyszczający ogień rozpaczy
Jane Hirshfield: – Poezja jest czymś, co otwiera świat myśli i przeżyć inny od mojego. Kiedy czytam taki wiersz jak „Alba”, moją pierwszą reakcją nie jest zastanawianie się, czy wyrażony tam światopogląd zgadza się z moim, lecz wejście w podarowany mi świat. Wstąpiłam zatem w rozpacz tego wiersza, tak zawziętą, jak oczyszczający ogień.
Później pomyślałam, że jeżeli mam odpowiadać z punktu widzenia tradycji zen, to najwłaściwszą reakcją byłoby milczenie. Zen jest nauką, która lokuje się poza słowami, poza sutrami, toteż może powinniśmy przez jakiś czas posiedzieć razem w milczeniu, po prostu oddychając. Lecz zen dysponuje także pewnymi przemyśleniami i kiedy czytałam wiersz po raz trzeci, czwarty, piąty..., zafrapowało mnie, że jestem w stanie odczytać go jako swoiste odbicie w ciemnym zwierciadle postawy i światopoglądu typowego dla zen.
W pierwszej linijce czytamy: „Tyram cały dzień, potem piję, żeby zasnąć” – chociaż niektórzy wyznawcy zen postępują tak samo, nie jest to uważane za element Drogi... Lecz treść drugiej linijki – „O czwartej budzę się w bezgłośny mrok i patrzę” – przypomina harmonogram obowiązujący w klasztorach buddyjskich. O 3.40 dzwon zarządza pobudkę i z półprzymkniętymi oczami praktykuje się zazen, nazywany czasem „gapieniem się w ścianę”. Mnie zatem wielokrotnie zdarzyło się „budzić w bezgłośny mrok i patrzeć”. Kolejny fragment: „Na razie widzę to, co jest właściwie zawsze: / Nie znającą spoczynku śmierć, w tej chwili bliższą / O cały jeden dzień”, również jest bardzo bliski praktyce zen. Kiedy historyczny Budda po raz pierwszy zetknął się z nędzą, starością, chorobą i śmiercią, znalazł się w tym samym położeniu, co Larkin. Stojąc twarzą w twarz ze śmiercią, nie szukał łatwej pociechy, lecz sposobu na to, by żyć dalej w tych okolicznościach. W klasztorach buddyjskich sygnałem wzywającym mnichów do medytacji jest uderzenie drewnianym młotkiem w drewniany kloc. Na młotku wypisany jest wiersz: „Życie i śmierć to poważna sprawa. / Wy, co słuchacie, zbudźcie się. / Wszystko przemija w jednej chwili, / Wy też przeminiecie, nie traćcie czasu”.
Zaznacza się tutaj różnica postaw pomiędzy Larkinem a wyznawcą zen. Wyzwanie pustki jest to samo, jednak adept zen nie odrzuca jej, lecz wkracza w pustkę, stającą się czymś w rodzaju bramy do wyzwolenia z cierpienia. Larkin zdaje się mówić, że myśl o unicestwieniu indywidualnej duszy pozbawia nas możliwości doświadczania radości, a nawet sensu życia. Nauka buddyjska prezentuje przeciwstawny pogląd.
Mówi ona, że niezmienna jaźń i tożsamość także stanowi swego rodzaju złudzenie, twór umysłu. Tym, co trwa niezmiennie, jest nasza wiara w istnienie tej jaźni i to ona stanowi źródło cierpienia. Istnieje rozpowszechnione nieporozumienie związane z buddyzmem: buddyjska teza, że nie należy się kurczowo trzymać własnego „ja”, często utożsamiana jest z nihilizmem, unicestwieniem czy eskapizmem. Jest to pogląd błędny. Zen proponuje, aby samemu doświadczyć, że niezmienne „ja” jest złudzeniem. Dobrze ujął ten problem XIII-wieczny mistrz, mówiąc że oświecenie polega na zażyłości z całością rzeczy. A więc nie odwrócenie się od świata, lecz zażyłość z nim umożliwia wyjście poza własną jaźń. Innymi słowy, nie jest to unicestwienie, lecz nawiązanie więzi. Spojrzenie na śmierć z tej perspektywy pozwala dostrzec, że jaźń nie ma gdzie zniknąć, istnienie i nieistnienie nie różnią się od siebie.
Wers trzeciej zwrotki wiersza, „Brak dźwięku, woni, smaku, kontaktu, nadziei”, skojarzył mi się z fragmentem jednej z sutr: „Nie ma oczu, nie ma uszu, nie ma nosa, nie ma języka, nie ma ciała, nie ma umysłu, nie ma koloru, nie ma dźwięku, nie ma zapachu, nie ma smaku, nie ma dotyku, nie ma przedmiotu umysłu, nie ma królestwa oczu i tak dalej, aż wreszcie nie ma królestwa świadomości”. Myślę, że podobieństwo nie bierze się z tego, że Larkin studiował buddyzm, lecz z faktu, że zarówno buddyzm, jak i Larkin podejmują tę samą czynność, a mianowicie wnikliwe i rygorystyczne badanie jaźni. Buddyzm chce jednak, aby poczucie wewnętrznej pustki, nieistnienia, przestało budzić strach, a stało się oczywistością. Wszystko się zmienia, my również podlegamy zmianie, zrozumieć to oznacza być cząstką całości bytu.
Nie chcę deprecjonować rozpaczy zawartej w wierszu Larkina, sądzę przecież, że w utworze tym, być może wbrew sobie, znajduje on rozwiązanie problemu rozpaczy, to samo, które proponuje zen. „Alba” kończy się gorzką nutą, lecz pojawia się tam idea posłuszeństwa wobec nieuchronnej, nieustannie się przejawiającej natury życia: „Do pracy. / Listonosze już krążą, jak czujni lekarze”. Odczytuję to „krążenie listonoszy” jako głęboko demokratyczną, uleczającą troskę skierowaną na każdy dom, na każde istnienie. Troska ta tworzy wspólnotową więź, która stanowi lekarstwo zen na zejście z drogi zrozumienia. Jest słynny koan, w którym uczeń pyta mistrza, jak należy postrzegać świat przebudzonym umysłem. Mistrz odpowiada pozornie nie na temat: „Zjadłeś śniadanie?” Zaskoczony uczeń mówi, że tak. Mistrz na to: „Umyj miskę”. Sądzę, że to mycie miski nie różni się wiele od listonoszy i lekarzy z wiersza Larkina.
Poezja, podobnie jak praktyka zen i każda czynność, którą wykonuje się z całkowitym skupieniem uwagi, z natury rzeczy pokazuje nam wzajemne powiązanie całości bytu. Środki poetyckie, obraz, metafora, metonimia, dźwięki wołające do siebie nawzajem i uzyskujące odpowiedź – wszystko to łączy się ze sobą przeciwko rozpaczy i pokazuje, że jest w istocie niemożliwe, aby zniknąć. Kiedy tylko cokolwiek pomyślimy, wejdziemy w świat ukształtowanego języka, w świat, w którym są miski do umycia czy wiersze do napisania i przeczytania, natychmiast dostrzegamy, że jesteśmy nierozerwalnie splecieni z całością bytu. Nie czytałam jeszcze dobrego wiersza, do jakiejkolwiek należałby tradycji, kultury czy epoki, który na jakimś poziomie nie zawierałby tej odpowiedzi i otuchy w obliczu unicestwienia.
wyłącznie własne cierpienie
Admiel Kosman: – Wiersz Larkina dotyczy strachu przed śmiercią. Poeta pisze, że „Religia wmawiała, jak mogła – / Rozsnuwając zmurszałe brokaty, chorały – / Że wcale nie umrzemy”. Próbuję wyjaśniać sobie samemu swoje życie przez pryzmat tego, co odbieram jako fundamentalną różnicę między religią a religijnością. Myślę, że w pewnym sensie Larkin ma rację, kiedy mówi o religii zorganizowanej jako o czymś martwym, co przydaje się wyłącznie do tego, by pomóc tłumowi przezwyciężyć strach przed śmiercią. Z drugiej strony zetknięcie ze śmiercią jest jedynym nauczycielem, który może otworzyć nasze umysły na nieskończoność. Na religijność.
Dlaczego tak bardzo boimy się końca, skoro wiemy, że miliardy wzięły udział w tym wyścigu, który nazywamy życiem, i nikt nie był w stanie żyć na tym padole dłużej od żółwia? Być może wcale nie boimy się końca, który sam w sobie jest dobrym pomysłem. Prawdziwym problemem jest koniec pewnej fantazji, która sprawia, że np. ja jako poeta wyobrażam sobie, iż jestem kimś wyjątkowym. Ten „ktoś wyjątkowy” jest istotą, która istotnie podlega wielkiemu zagrożeniu. Kiedy umrę, co się z nią stanie? Jak śmierć może przyjść już teraz, kiedy nie zrobiłem jeszcze tego i tamtego, mój ostatni tomik jest właśnie w druku, jeszcze nie dostałem Nobla...?
Śmierć nie ma nic wspólnego z fizycznym ciałem, lecz odnosi się do stwarzanego przez nas własnego wizerunku. Za każdym razem, gdy jakaś cząstka tego wizerunku doznaje szkody, odczuwamy to tak, jakby anioł śmierci dźgał nas swym mieczem. Śmierć jest zatem z nami w każdej chwili. Otóż jeśli zrozumiemy, że powinniśmy traktować śmierć jako cząstkę ruchu bytu, przestaniemy tak bardzo jej się bać. Boimy się bowiem tylko tego, co nieznane. Ponieważ odmawiamy śmierci bycia cząstką nas samych, przychodzi do nas jako przerażające stworzenie, jako sam Szatan.
W tym miejscu dochodzimy do poezji. Poezja, tak jak religia, może być sposobem na zmaganie się z nieuchronnością śmierci. Chcemy utrwalić nasze życie w twórczości, dzięki temu, że będziemy czytani przez innych. Jeśli jednak nauczymy się pokory, zrezygnujemy z glorii otaczającej poetów, nauczymy się być tylko przekazicielami nieogarnionego piękna, jakim jest poezja, i ofiarować go światu jako dar dobroci, nawet zupełnie anonimowo, wszystko wyglądać będzie zupełnie inaczej.
Na tym polega tajemnica życia. Jeżeli potrafimy być wewnętrznie anonimowi, jakbyśmy w ogóle nie mieli twarzy, dotykając w ten sposób śmierci, daje nam to prawdziwą szansę wyrażenia naszej duchowej wyjątkowości. To powinniśmy nazywać prawdziwym życiem. Wtedy uzyskamy szansę nawiązania dialogu z Drugim, czy to będą ludzie, natura czy Bóg. Tak rozumiem znaczenie miłości. Każdy człowiek w głębokim milczeniu swego ja wsłuchuje się w piękno i wewnętrzną wyjątkowość drugiego.
Ko Un: – Wiersz Larkina nie zawiera tego, co nazywamy wizją. Składa się raczej z żartów z tych norm filozoficznych, religijnych i społecznych, które można by określić mianem wizji. Można paradoksalnie powiedzieć, że tu kryje się wizja zawarta w tym utworze.
Przypominam sobie dwie śmierci. Po zakończeniu wojny koreańskiej zostałem mnichem. Któregoś dnia mój mistrz powiedział mi, że następnego dnia umrze. Kiedy przyszedł czas, mistrz istotnie umarł, siedząc w pozycji medytacyjnej. Przed nim wielu mnichów zen dało przykład niezwykle godnej śmierci; niektórzy umarli śmiejąc się wesoło. Na początku lat 70., kiedy rozpocząłem serię pobytów w więzieniu, widziałem skazańca prowadzonego na egzekucję, który stawiał zawzięty opór. Wyrywał się, krzyczał: „Nie mogę umrzeć!”
Larkin zdejmuje ze śmierci religię, jak pranie ze sznurka. Nie tylko ze śmierci; pokazuje, że również przed śmiercią można żyć godnie tylko wtedy, gdy ogołocimy życie z religii. W czasach walki o demokrację kilkakrotnie wzięto mnie na przesłuchanie do pomieszczenia zwanego „jaskinią potworności”. Na skutek tortur straciłem słuch. W atmosferze strachu większość ludzi zwraca się do Boga lub Buddy w modlitwie, czysty instynkt pobudza do okazywania wiary. We mnie jednak zrodził się opór: dlaczego mam modlić się jak tchórz, kiedy sprawy mają się źle? Gdybym zwrócił się do Boga lub Buddy w takiej chwili (a przecież nigdy nie zwróciłem się do nich, kiedy piłem wino albo spacerowałem polami w wietrzny dzień), to utraciłbym szacunek do siebie samego. Chciałem sprawić, by moje cierpienie było wyłącznie moje własne. Nawet jeżeli ten wiersz nie do końca odpowiada mojej sytuacji, Larkin podkreśla, że śmierć jest spotkaniem, zwykłym wydarzeniem jak każde inne.
Czułość
Seamus Heaney: – Miłosz przyznaje, że wiersz Larkina pociąga go. Można dodać, że równocześnie Miłosz obawia się tego wiersza, nie chce zostać ponownie ściągnięty w otchłań, w nihilizm. Zarzuca Larkinowi, że ten przypomina o czymś, co go pociąga. W jednym z wywiadów mówi, że podmiot liryczny wiersza Larkina przeszedł na stronę wroga. Innymi słowy uważa, że w wierszu tym Larkin zbyt skwapliwie ulega naukowemu, materialistycznemu światopoglądowi. Miłosz natomiast mówi, że poezja zawarła przymierze z irracjonalnym. Jest to pogląd wiarygodny i przekonujący.
Chciałbym jednak zwrócić uwagę na pewne obrazy w wierszu Larkina, z których przebija energia, pragnienie „wzlotu”, wbrew ogólnej tendencji „ciągnącej w dół”. Jak powiedziała Jane, tworzenie dzieła artystycznego jest dążeniem skierowanym ku górze, oznaką, że dusza pragnie przeżyć i przeciwstawić się ciążeniu w dół. U Larkina dostrzegam ten ruch. W angielskim oryginale same rymy, zderzające ze sobą np. „night” i „light”, stawiają opór ciążeniu, nie chcą utonąć: noc ciągnie w dół, światło wznosi się. Fakt kształtowania i tworzenia, radość ze znalezienia wyrazu dla rozpaczy jest może nie tyle zanegowaniem rozpaczy, co siatką zabezpieczającą – bardzo trudno jest runąć w nicość, kiedy w dole rozciągnięty jest wiersz.
Zakończenie wiersza Miłosza dotyczy nieporuszania pewnych tematów. To istotna sprawa. Czy mamy przyjąć odważną postawę? Odwaga znaczy „nie straszyć innych” i jest wersją miłości. Wielkie słowa niełatwo wypowiada się publicznie, ale mówimy o poważnej sprawie, w której krzyżują się poezja, miłość, odwaga, życie i śmierć. Larkin mówi, że odwaga nic nie daje. Na czym polega odpowiedzialność poezji?
Jane Hirshfield: – Odpowiedzialność jest kwestią, o której wszyscy poeci powinni pamiętać. Zarówno Larkin, jak i Miłosz nie użalają się nad sobą w sposób, który wykluczałby z ich doświadczenia innych ludzi. Larkin z pozoru wydaje się bardziej zbliżać do tej granicy. Jednak fakt, że wiersz jest artystyczną konstrukcją, ocala go przed pławieniem się w ekshibicjonizmie. Celem nie jest nigdy ekshibicjonizm, lecz eksploracja, dokonanie jakiegoś odkrycia. W ostatecznym rozrachunku wiersze nigdy nie mówią o „ja” poety, nawet jeżeli to „ja” jest wykorzystywane jako teleskop do obserwacji świata.
Zapadło mi w pamięć zdanie pewnego amerykańskiego twórcy, że każdy dobry wiersz mógłby nosić tytuł „Czułość”. Łatwo to dostrzec w wierszach, w których czułość znajduje się na powierzchni, trudniej w takich utworach jak „Alba”. A jednak myślę, że w każdym udanym wierszu znajdziemy – na jakimś poziomie, na przykład na poziomie rymów, jak to pokazał Seamus Heaney, lub na poziomie treści, jako podskórny nurt – czułość, poczucie więzi. W wierszu Larkina można znaleźć otuchę, nie burząc przy tym obrazu rozpaczy, który tam jest odmalowany. Rozpacz jest równie realna jak otucha. Śmierć jest równie realna jak oparcie się jej. Współistnieją ze sobą. Nie istnieje wiersz, który by nas poruszał, a jednocześnie wyrażał bezgraniczną rozpacz.
Larkin napisał też utwór pod tytułem „Taki niech będzie wiersz”:
Tatuniek z mamcią spieprzyli ciebie.
Może nie chcieli, lecz tak było.
I swoje wady ci przekazali,
Dodając kilka nowych – siłą.
Ale ich także spartaczyli
Głupcy w niemodnych kapeluszach,
Pół dnia tkwiąc w ckliwej surowości,
A drugie pół – wzajem się dusząc.
Człowiek swą nędzę odziedzicza,
Głębszą niż osad sprzed stuleci.
Wynieś się prędzej, pókiś zdrowy,
I sam nie majstruj żadnych dzieci.
Wydaje się, że jest to wiersz gorzki, przeciwko współczuciu, więzi, ale przecież zdanie „Człowiek swą nędzę odziedzicza / Głębszą niż osad sprzed stuleci” ma w sobie niezwykłą zagadkowość, głębię i otwartość. Powiedziałabym nawet: współczucie. Trudno o piękniejszy wyraz cierpienia wspólnego wszystkim ludziom.
głos potwora
Robert Hass: – Próbuję rozgryźć zakończenie wiersza Miłosza. To przecież szokujące: powiedzieć Larkinowi, że o pewnych rzeczach nie należy mówić, że jedyne rozsądne podejście do tematu to unikanie go, bo inaczej moglibyśmy pociągnąć innych ludzi w otchłań.
Myślę, że w niektórych wierszach Miłosz wyraża wiarę w coś, co nie jest chrześcijańskie, lecz dawniejsze, pierwotne. Jest przekonany, że w świecie działa jakaś demoniczna siła i sprawą poezji jest ją zwalczać. To bardzo odległe od humanistycznego poglądu na świat czy od buddyzmu, w którym sprzeczności ulegają unieważnieniu. Miłosz traktuje nicość jako aktywnego i przerażającego wroga życia, z którym należy walczyć.
Dlatego zupełnie serio brzmi jego rada, byśmy o tym nie mówili. Trochę jak chłopi z „Doliny Issy”, bojący się wspominać diabła, by ten się nie pojawił. Miłosz doświadcza obecności aktywnego i demonicznego zła, ujawniającego się w formie nicości.
Widziałem kiedyś, jak z zachwytem przeglądał katalog damskiej bielizny z końca XIX wieku, ukazujący stroje, w których – będąc małym chłopcem – widywał swoje ciotki i babcie. Szukał dla nich nazw, powiedział coś o „ocaleniu od zapomnienia”. Uważał, że walczy z nicością, przypominając sobie słowo, które przed stu laty oznaczało halkę.
JoY Harjo: – Na tym między innymi polega poezja. Plemię Muscogee, z którego pochodzę, i Indianie w ogóle, wierzą w moc słowa. Wypowiadając je, powołujemy do istnienia. Widzę poezję jako pole energetyczne, pole znaczenia, które promieniuje na świat. Czasami czuję się wręcz przerażona odpowiedzialnością, przeraża mnie myśl o tym, co stworzyłam, jaka jest prawda mojego wiersza.
Aleš Debeljak: – Oczywiście zgadzam się z tym sposobem myślenia, który postuluje pokrewieństwo między poezją a duchowością. Mam wszakże zastrzeżenia do hurtowego wysławiania duchowości jako czegoś ze swej istoty pozytywnego, afirmującego, świętego. Kiedy przyjrzymy się tradycji tworzenia literatury, zobaczymy, że tym, co odróżnia doświadczenie literackie od religijnego jest fakt, że dobra poezja zawiera i podtrzymuje napięcie pomiędzy dobrem a złem; nie ulega pokusie rozstrzygnięcia wszystkich sprzeczności i nie przeradza się w radosny szczebiot szczęśliwych duszyczek w Arkadii.
Jeżeli oscylacje, wahania pomiędzy skrajnymi biegunami ludzkiego doświadczenia zostaną uchwycone w jednym wierszu, pozwala on znacznie lepiej niż doznanie religijne zrozumieć złożoność kondycji ludzkiej. Poezja nie tyle dostarcza substytutu objawienia religijnego, co wyzwala nas od jego uproszczenia. I w tym zawiera się jej siła.
Adam Zagajewski: – Dołączę się do zastrzeżeń. Uważam, że próbujecie zrobić z Larkina człowieka nieszkodliwego. Otóż on nie był nieszkodliwy. Był potworem i ten głos potwora w poezji jest fascynujący. Podobnie rzecz się ma z Gombrowiczem: w jego prozie, we fragmentach „Dziennika” głos rozpaczy, ale rozpaczy cynicznej, to coś szalenie pouczającego i otrzeźwiającego. Nie podzielam ich poglądów, ale są oni potworami potrzebnymi, by przypomnieć, jak krucha jest materia humanistycznego wyznania wiary.
Dyskusję, która odbyła się 12 listopada br. w auli Collegium Novum UJ, prowadził
Henryk Woźniakowski.
Tłumaczenie: Tomasz Bieroń.
Utwór Philipa Larkina „Taki niech będzie wiersz” cytowany w przekładzie Jerzego Jarniewicza.
|