|
Poezja: między piosenką a
modlitwą
Jesteście świetni, chłopcy!
ANDRZEJ FRANASZEK
Bardzo trudno pisze się o tego rodzaju wydarzeniach. Z
jednej strony wielość faktów do opisania. Z drugiej – własne
emocje. Łatwo ugrzęznąć w językowym banale, zużytych
kliszach czy dziwolągach, jak ta „Mekka poezji”, którą
odnalazłem w jednej z gazet.
Powiedzmy więc najkrócej i najprościej. II Spotkanie Poetów
udało się. Dobór gości był trafny, ich poetycka dykcja
przekonująca, o czym przekonać się mogą czytelnicy „Kontrapunktu”.
Odbyły się zaplanowane wieczory poetyckie, interesująca
dyskusja na temat: poezja – rozpacz – odpowiedzialność,
której zapis publikujemy, oraz Dziady, przywołujące duchy
zmarłych poetów, poświęcone zaś pamięci Jerzego Turowicza.
Wszędzie pojawiały się tłumy słuchaczy, podczas
podpisywania książek w Sukiennicach płytę Rynku przecięła
kolejka o rozmiarach „ogonków” z czasów stanu
wojennego.
Prusacy honoris causa
Reiner Kunze, doceniając sprawność organizacji, proponował
ponoć przyznanie twórcom Spotkania tytułu honorowych Prusaków,
co w sennej galicyjskiej atmosferze naszego miasta powinno robić
szczególnie mocne wrażenie. I rzeczywiście: wszystko zapięto
na ostatni (lub chociaż: przedostatni) guzik, nie było opóźnień,
szwankujących mikrofonów, zgubionych tłumaczeń, wszelkiej
amatorszczyzny. A przecież organizatorzy musieli wręcz borykać
się z pechem: nie dojechali Jerzy Ficowski i ksiądz Jan
Twardowski, przede wszystkim zaś – z powodów zdrowotnych
– nie mógł brać udziału w Spotkaniu Czesław Miłosz,
jego współpomysłodawca i współtwórca.
Co równie ważne, udało się prawie całkowicie uniknąć
sztucznego patosu, jaki zwykle towarzyszy podobnym okazjom. Rozpływania
się nad specyfiką Krakowa, jedynego jakoby miasta, w którym
takie wydarzenia są możliwe, „miasta noblistów”, „miasta
poetów”. A więc tych wszystkich irytujących – także
mnie: mieszkańca Krakowa – napuszonych banałów.
Osobnym powodem do pochwał są towarzyszące spotkaniom
koncerty, które – jak się okazało – były pomysłem
znakomitym. A więc występ indiańskiej poetki, grającej na
saksofonie tenorowym Joy Harjo, której towarzyszyli
krakowscy... Indianie. Koncert piosenek Leszka Aleksandra
Moczulskiego w wykonaniu Beaty Rybotyckiej, Elżbiety
Towarnickiej i Grzegorza Turnaua. Czterech świetnych młodych
muzyków, czyli znakomity występ The Cracow Klezmer Band.
Wreszcie wspólna prezentacja Seamusa Heaneya, czytającego
swoje wiersze, i Liama O’Flynna, wirtuoza gry na dudach
(jego muzyka była inspiracją dla publikowanego w „Kontrapunkcie”
wiersza „Podana nuta”). Na tym to właśnie koncercie
prowadzący go Wojciech Bonowicz wsławił się spontanicznym
wyznaniem: „Jesteście po prostu świetni, chłopcy!”.
cisza, którą daje wiersz
Można więc na powrót złączyć poezję i muzykę? Raczej
nie, a w każdym razie nie wprost. Drogi obu gatunków rozeszły
się, znacznie częściej mamy dziś do czynienia z „tekstami
piosenek” niż „wierszami przeznaczonymi do śpiewania”.
Silna pozostaje natomiast – o czym łatwo zapomnieć w
trakcie cichej lektury – muzyczność poezji, muzyka
utajona we frazie wiersza, która czasem owocuje – jak u
Jeleny Szwarc czy Joy Harjo – melodyjnym zaśpiewem.
Spotkanie z poetami wielu krajów to także spotkanie z ich językami,
oryginalnymi brzmieniami wierszy, których nie sposób odnaleźć
w przekładach. Nad każdym z wieczorów unosiły się kolorowe
pióropusze języków, wśród których szczególnie mocno
odznaczały się litewski, koreański, irlandzki – ciemne,
gardłowe, drapieżne, niepokojące.
Jak zaś sprawa się ma z relacją między poezją a religią?
Tu odpowiedzi byłoby zapewne tyle, ilu uczestników Spotkania.
Wskażmy choć dwa szczególnie istotne punkty styczne. Pamięć
o zmarłych (bunt przeciw odchodzeniu...), która obecna jest w
poezji tak często, kulminuje zaś w obrzędzie Dziadów, o czym
mówił litewski poeta Marcelijus Martinaitis. Oraz szczególnego
rodzaju koncentracja, intensywność duchowego napięcia, mogąca
oczyścić postrzeganie świata, bronić przed rozpaczą,
zaowocować intymnym kontaktem z czytelnikiem. Mówi o niej Jane
Hirshfield w publikowanej przez „Kontrapunkt” dyskusji,
wspominał Admiel Kosman, metaforycznie konstatując, iż najważniejsze
nie są słowa wiersza, ale cisza, którą nam daje.
gasnące świece
Czy wytkniemy coś twórcom Spotkania, by nieco złamać
pochwalny ton tego artykułu?
Można w przyszłości (a jestem przekonany, że nie było to
Spotkanie ostatnie...) zastanowić nad zmianą terminu
festiwalu. Lepszy byłby choćby wczesny październik, gdy
pogoda pozwala na organizację wieczoru plenerowego, na który
dostaliby się wszyscy chętni.
Zdecydowanie należy starać się, by kolejnym edycjom
Spotkania towarzyszyły książki występujących na nich poetów.
W tym roku jedni byli w ten sposób obecni, inni musieli
zadowolić się pojedynczym wierszem w festiwalowym katalogu.
Rozumiem, że równoczesne wydanie kilkunastu tomów wierszy
jest prawie niemożliwe. Sugeruję zatem antologię, w której
znaleźć by można choć po kilkanaście wierszy wszystkich gości.
Wrażenia są ulotne, książka natomiast pozostaje.
Mam wreszcie pewną wątpliwość co do formuły finałowego
wieczoru, czyli poetyckich Dziadów. Pomysł inscenizacyjny był
niezwykle czysty, szlachetnie prosty: oto kolejno, z każdym
wierszem, zapalane są i gaszone kolejne świece – gest
symboliczny, obrosły w znaczenia. A przecież w praktyce
stopniowo stawał się on coraz bardziej sztuczny, jakby
wymuszony, nużący. Bardzo możliwe, że sądząc tak, jestem w
zdecydowanej mniejszości, czego dowodem mogą być huraganowe
brawa, które rozległy się po zapadnięciu kurtyny.
Tak czy inaczej, wszystko to tylko drobne szczegóły, które
żadną miarą nie mogą przesłonić spektakularnego sukcesu całości
przedsięwzięcia. Miejmy nadzieję, że władze miasta docenią
twórców Spotkania, usilnie ich zachęcając do zorganizowania
kolejnej edycji. My zaś będziemy mogli raz jeszcze przeżyć
spotkanie z przedstawicielami tej szczególnej kompanii, o której
pisze Czesław Miłosz:
Bratersko wspieramy się wzajemnie,
zapominając uraz,
tłumacząc jedni drugich na inne języki, zaiste,
członkowie wędrującej załogi.
Przypominam sobie teraz pierwszy festiwalowy wieczór, zatłoczony
kościół św. Katarzyny i dziwne wrażenie spokojnej radości.
Śpiewają Beata Rybotycka i Grzegorz Turnau. Muzyka łagodnie
faluje, przechylając się w bok widzę pogodną twarz autora słów,
„szczęśliwego gawrona” – jak sam o sobie mówi.
Myślę o twarzach występujących w Krakowie poetów, każdej
na inny sposób, a przecież za każdym razem przynoszących
jakiś odcień szlachetności. Stojący obok ślicznej
wiolonczelistki perkusista uderza końcem pałeczki w złoty
dzwoneczek...
Na koniec stawiam więc cytatę ze Zbigniewa Herberta, opisującego
w liście do Stanisława Barańczaka spotkanie z Lechem Wałęsą:
„Była to bardzo piękna uroczystość”.
Andrzej Franaszek
|