Józef Tischner

 



Tischner: migawki pamięci

Potrójny ton


Paweł Taranczewski


Podczas studiów na Akademii Sztuk Pięknych, pod koniec lat pięćdziesiątych i z początkiem sześćdziesiątych, chadzałem do kościoła św. Anny. Od czasu do czasu pojawiał się na kazalnicy ksiądz, który mówił prosto i jasno. Zwracałem wówczas uwagę na wygląd duchownych, na Oremusgesicht. Ten ksiądz nie stwarzał pozorów. Zainteresowany kazaniem, w którym powołał się na św. Tomasza z Akwinu, powiedziałem o nim koleżance (Irenie Popiołek, obecnie Rodzińskiej). „Wiadomo, Tischner!” – wykrzyknęła tonem wyższości. 


Pewien człowiek Kościoła swoim słowem i sposobem bycia nabił mi wówczas głowę wizją kapłana pełnego namaszczenia, celebrującego każdy gest, solennego, obnoszącego swą osobę, której wielu rzeczy czynić się nie godzi. Zgorszony brakiem tych cech u księdza Tischnera powiedziałem mu raz bezczelnie: „Dziwne, że taki niepoważny ksiądz Mszę odprawia”. Odpowiedział natychmiast: „Dziwne, że taki hunwejbin przystępuje do komunii”. Kilkakrotnie zdarzyło mi się jeszcze słyszeć podobne szybkie riposty na zaczepki lub kąśliwe uwagi. 

Pod koniec lat sześćdziesiątych razem z Karolem Tarnowskim studiowaliśmy filozofię, najpierw prywatnie u prof. Stefana Swieżawskiego, potem na Uniwersytecie Jagiellońskim u prof. Władysława Stróżewskiego. Zdecydowaliśmy się nie od razu, bojąc się obowiązującego marksizmu; nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co się w Katedrze Filozofii wówczas naprawdę działo. O ile pamiętam, wstąpienie na Uniwersytet doradzał również Józek. Okazało się, że niemal wszystko zależało od tego, czego student szukał w Katedrze Filozofii. Psychologię wykładała doc. Danuta Gierulanka, której wierność Ingardenowi uniemożliwiła profesurę. Wschodziła gwiazda Władysława Stróżewskiego, wówczas doktora. Logika wykładana przez prof. Surmę i doktora Perzanowskiego miała poziom niezwykle wysoki. 
Roman Ingarden żył jeszcze, ale – emerytowany – zajęć już nie prowadził. Mogliśmy słuchać Mistrza tylko na posiedzeniach Towarzystwa Filozoficznego. Bywał na nich i ksiądz Tischner. Dyskutował z profesorem rzeczowo i nieustępliwie. Był to złoty wiek Towarzystwa: w posiedzeniach brali udział niemal wszyscy filozofowie i zainteresowani filozofią w Krakowie – w tym jeden zakonnik – z wyjątkiem zdeklarowanych marksistów, którzy trzymali się na uboczu, nie pozostając jednak wobec Towarzystwa i Ingardena obojętni. Odczyty miewali znakomici uczeni niechętnie widziani gdzie indziej. Raz przyjechał prof. Leszek Kołakowski z prelekcją pod tytułem „Etyka bez kodeksów”. 
Ksiądz Tischner był profesorem filozofii w seminarium duchownym, prowadził również wykłady z filozofii współczesnej w pomieszczeniu nad zakrystią kolegiaty św. Anny. U Świętej Anny powtarzał to, co mówił do kleryków. Były to więc zajęcia na poziomie uniwersyteckim. Odbywały się wieczorami. Omawiał filozofie Bergsona, Schelera, Heideggera, na końcu Husserla. Wykład o Husserlu rozpoczął słowami: „Teraz zajmiemy się czystą filozofią, która nie jest do niczego potrzebna”. Salka zawsze była pełna.
Po wykładzie często rozmawialiśmy. Pamiętam dyskusje na temat osoby i trudności w podaniu określenia jej istoty. Także rozmowy o etyce sytuacyjnej i Heideggerze. Wyglądało na to, że Heideggerowa filozofia człowieka etykę tę dobrze podbudowuje. Pamiętam też powtarzane pytanie Tischnera: „Ens et bonum convertuntur czy nie convertuntur? Convertuntur czy nie convertuntur?” Nie rozumiałem wówczas, o co mu chodzi.
Ksiądz Profesor wspomniał raz krótko, jak studiował filozofię. Tomizm wykładany w seminarium nie zadowalał go, ale nie widział alternatywy. Pracując w Chrzanowie, w parafii, postanowił studiować dalej, potrzebował czasu. „Odwalałem jak najszybciej kolędę, żeby mieć czas na naukę.” Ostatecznie zapragnął studiować u Ingardena, bo Ingarden niczego nie wpajał, stawiał problemy. Autorytety eklezjalne widziały to niechętnie, sprawa w końcu oparła się o arcybiskupa Baziaka. Okazało się, że arcybiskup pamiętał Romana Ingardena ze Lwowa i cenił profesora, nie robił więc najmniejszych trudności. „Dopiero Ingarden dał mi metodę.”

Któregoś dnia odwiedziłem Księdza Tischnera w domu przy ul. św. Marka 10. Był to dom Księży Emerytów, w którym emerytów było niewielu. Tischner mieszkał na ostatnim, trzecim piętrze na lewo od schodów, na końcu korytarza. Zajmował dwa małe pokoiki, z których jeden był pracownią, a drugi sypialnią. Pracownia była wypełniona książkami, stało w niej niewielkie biurko, stoliczek i jakieś krzesła dla gości. Zachodnie książki i czasopisma filozoficzne, głównie po niemiecku i francusku, ale także po angielsku, wzbudziły mój zachwyt – liczbą, objętością, tytułami i nazwiskami autorów, których wielu nie znałem. Także poziomem druku i jakością papieru. Spytałem, czy można opublikować tekst w jednym z takich czasopism, bo wydawało mi się wówczas, że szczytem marzeń jest publikowanie w Niemczech. „To bardzo trudne – odparł – zresztą mnie to nie interesuje, ja pracuję na gruncie polskim”. Powiedział to tonem nieco zagranicę lekceważącym, co zdziwiło mnie u człowieka, który mówił wiele o filozofach Zachodu. 
Wpatrywałem się z nabożeństwem w leżący na biurku dwutomowy „The Phenomenological Movement” Herberta Spiegelberga. Józek – tak kazał do siebie mówić – cenił tę książkę mimo dąsów Ingardena, wedle którego Spiegelberg nie dość wnikliwie omawiał problematykę idealizmu transcendentalnego Husserla. Przy innych okazjach Tischner mawiał, że zabierając się do problemu należy najpierw przerobić podręcznik. Na początek zalecał lekturę „Europäische Philosophie der Gegenwart” autorstwa o. Innocentego Bocheńskiego OP; tę książkę uważał za klucz do myśli współczesnej. Zainteresowani fenomenologią powinni przestudiować Spiegelberga i koniecznie Romana Ingardena „Dążenia fenomenologów”. „»Dążenia fenomenologów« na pamięć” – dodawał. Z drugiej strony nie żywił nabożeństwa do książek. Owszem, rozczytywał się w nich, fundamentalne streszczał, idąc w tym za tradycją wywodzącą się od Kazimierza Twardowskiego (widziałem bezmiar notatek), nie interesowało go jednak przyswajanie cudzych poglądów. Cudze poglądy należało znać, umieć przedstawić (Józek był mistrzem w ich referowaniu), ale najważniejsze było to, co się myśli samemu.

Stopniowo odkrywałem, że Tischner nie podziela poglądów Ingardena na fenomenologię Husserla. Ingardena interesowały ontologiczne konsekwencje redukcji transcendentalnej, Józka obchodził człowiek. Trzymałem się Ingardena, który dawał mi poczucie intelektualnego bezpieczeństwa i wolna myśl Józka niepokoiła mnie. O Ingardenie myślałem wówczas jak wyznawca, nie jak filozof. Wolna myśl i wolność wewnętrzna Józka niepokoiła także innych. W jego mieszkaniu byłem świadkiem sporu z sąsiadem, księdzem Wacławem Świerzawskim (dziś biskupem sandomierskim). Nie pamiętam o co chodziło, pamiętam, że ks. Świerzawski usiłował Józka bezskutecznie dyscyplinować i napotykając na twardy opór biadał zniechęcony: „Oj Józuś, Józuś”.
Spragniony pogłębiania filozoficznej wiedzy, zmontowałem u siebie w mieszkaniu seminarium, w którym uczestniczyli Ksiądz Tischner, Jan Błoński (zachęcony perspektywą lektury Husserla) i Karol Tarnowski. Odbyło się kilka posiedzeń, na których czytaliśmy „Idee I” Husserla. Józek nie miał do tekstu nabożeństwa. Nie fascynował się znaczeniami słów i archeologią sensu. Nie kazał nam łamać sobie głowy przez dwie godziny nad jednym zdaniem. Prędko porzucał tekst na rzecz twórczego myślenia. Interesowała go przede wszystkim fenomenologiczna epoche. Starał się wyjaśnić, o co w niej chodzi. Chciał, abyśmy sami jej dokonali, co było bardzo trudne i po dziś dzień nie wiem, czy mi się udało. Zapamiętałem Józkowe wyjaśnienie dość przypadkowej kompozycji „Idej I”: Gdy powstał „Jahrbuch”, potrzebne były na gwałt teksty do tomu pierwszego. Husserl wziął pono na chybił trafił naręcze manuskryptów i oddał do druku. 
Na seminarium czułem się zagubiony, tekst dawał mi oparcie, a trzymanie się go pozwalało wierzyć, że nie dywaguję w chmurach. Wymagana przez Józka samodzielność myślenia była dla mnie wówczas nieosiągalna.
Pod wpływem Stefana Swieżawskiego i Władysława Stróżewskiego mieliśmy z Karolem Tarnowskim głowy nabite metafizyką i bytem. Idąc raz ulicą Floriańską w stronę Plant spotkaliśmy w pobliżu Bramy Floriańskiej Tischnera. „Byt” – powiedział Karol. „Świadomość bytu” – odparł Józek i poszedł w stronę Rynku. 

Chadzałem nadal do kolegiaty św. Anny. Czasami uczestniczyłem we Mszy świętej odprawianej przez Księdza Tischnera. Głowę miałem pełną reformy liturgicznej i zastanawiało mnie desinteressement w tej sprawie Księdza Profesora. Potem pojąłem, że nie jest harcownikiem toczącym utarczki z konserwatystami o ołtarze ustawione twarzą do ludzi i o „gotyckie” ornaty. Wojował o wiele głębiej.
Z tego samego czasu pamiętam takie mniej więcej słowa Józka o kardynale Wojtyle. „Otacza go sfera niewyczuwalna na odległość, ale gęstniejąca w miarę zbliżania się, która zmienia się w przejrzystą ścianę, gdy znajdziemy się całkiem blisko.” Także opinię, że kardynała nie interesują drobne sprawy codzienne, bo ma światowe horyzonty.

Jakoś po moich studiach i po powrocie z Niemiec Józek wciągnął mnie do współpracy. Uważając podręcznik za klucz do problematyki kazał mi na użytek swoich studentów przetłumaczyć podręcznik Alvina Diemera „Antropologia filozoficzna”. Diemer był wówczas profesorem uniwersytetu w Düsseldorfie i zajmował się komputerowym kompilowaniem wielotomowego podręcznika obejmującego całą problematykę filozoficzną. Antropologia była jednym z tomów. Nad tłumaczeniem sporo się napociłem i nie oddałem go w terminie. Usłyszałem: „zawaliłeś”.
Pod koniec lat siedemdziesiątych na zaproszenie Papieskiego Wydziału Teologicznego przyjechał do Krakowa dawny asystent Husserla, Ludwig Landgrebe z żoną. Profesora Landgrebe znałem z Kolonii i chyba dlatego Józek polecił mi się nim zająć. Gość wygłosił odczyt dla profesorów Papieskiego Wydziału w gmachu Kurii Metropolitalnej. Zaproszony przez Wydział odwiedził Kraków także Hans Georg Gadamer. Nim także zajmowałem się na prośbę Józka. Obu profesorów oprowadzałem po Krakowie, najpierw Landgrebego, potem Gadamera podejmowaliśmy z żoną w naszym domu obiadem. Gadamer wygłosił odczyt w gmachu seminarium duchownego przy Podzamczu. Józek kazał mi streszczać odczyt po polsku. 
Potem wiozłem Józka Pijarską do domu przy ul. św. Marka. Wytknął mi, że zwymyślałem kierowcę, który zajechał nam drogę. „Paweł – powiedział spokojnie i stanowczo – ząb za ząb i oko za oko, to Stary Testament!” Jego dość ostra reakcja zdziwiła mnie, bo nie pasowała do dotychczasowego pojęcia, jakie miałem o Józku. Odkryłem wówczas tkwiąca w nim zasadniczość: pewne normy obowiązują i nie ma od nich odwołania, wykluczone są poślizgi czy strefy nieokreślone. Raz odkrywszy wartość, trzeba przy niej trwać – chwianie się, a tym bardziej zdrada są niedopuszczalne! Tę jego wewnętrzną postawę potwierdza wyraźna aprobata i upodobanie, z jakim opowiadał historię o partyzancie na Podhalu, który, zaskoczony przez Niemców, stał tak długo na mrozie ukryty nieruchomo za pniem drzewa, aż ci odeszli. Trwało to całą noc czy nawet dłużej. Trwał i się nie ugiął.
Ścisła współpraca z Józkiem ustała. W końcu okazało się, że bardziej tkwię w sztuce niż w filozofii. Myślę, że Józek wyczuwał to zawsze, lecz – tak sądzę – dla pewności poddał mnie próbie, która odsłoniła prawdę.
Chodziłem jednak na „pierwszą” do św. Anny, siadywałem w stallach, dlatego widziałem z bliska skupienie Józka przy ołtarzu. Kazania mówił spokojnie, nie modulował głosu, nie robił efektownych pauz i nie stawiał pytań retorycznych. Perswadował. Kazał tak, jak wykładał. Jedynym chwytem pedagogicznym było częste używanie palca wskazującego prawej ręki celem wypunktowania zagadnień. Zawsze po mszy zamieniałem z Józkiem kilka słów w zakrystii, zwykle mówiłem coś na temat kazania dodając czasem jakiś mniej lub bardziej dowcipny komentarz. On odpowiadał lub nie odpowiadał, tylko się uśmiechał. Jedną wymianę zdań zapamiętałem na zawsze: „Myśląc o biografii Edith Stein widzę, że w chrześcijaństwie nadal składane są ofiary z ludzi” – powiedziałem. Józek na to bez namysłu i z całym spokojem: „Tak, ale dobrowolne”.
Po śmierci Prymasa Wyszyńskiego spotkałem Józka idącego ulicą św. Marka od Floriańskiej w stronę Sławkowskiej. „Ojciec Święty pono chciałby, abyś został prymasem” – powiedziałem. Odparł mniej więcej tymi słowy: „Ojciec Święty ma sekretariat stanu, a poza tym jestem ja, a ja nie chcę”.

Przyszły lata dziewięćdziesiąte. Uczęszczałem nadal na pierwszą do św. Anny. Nagle Józek zniknął. Kazania zaczął głosić kto inny. Dowiedziałem się, że jego związek z kolegiatą został przecięty. Wkrótce potem spotkałem go na Rynku, jak szedł po przekątnej, od kościoła Mariackiego ku Wiślnej. Ruszyłem obok pytając, co zaszło u św. Anny. Rozgoryczony powiedział chyba te słowa: „Nie wiedzą, co zrobili, będą tego żałować”. Towarzyszyłem Mu aż do redakcji „Tygodnika Powszechnego”. Siedliśmy przy małym stoliczku pijąc ofiarowaną kawę. Józek wyjął komórkę i zaczął rozmawiać, wyczułem, że zawadzam, pożegnałem się i wyszedłem. Widziałem go ostatni raz takim, jak dawniej.
Kiedy zachorował, napisałem kilka słów na Kanoniczą, gdzie wówczas mieszkał, z pytaniem, czy i jak można mu złożyć wizytę. Odpisał: „A dyć Pawełku, wystarczy zadzwonić”. Idąc kupiłem książkę Stefana Riegera o Gouldzie i nagrane przez Goulda „Wariacje Goldbergowskie”. Posłuchał kawałek i powiedział: „Bach ma w sobie ciszę”.
Byliśmy jeszcze z żoną u Józka w Łopusznej. Zwierzył się, że pisze tekst o siostrze Faustynie i pytał, co o Niej myślę. Odparłem, że dla mnie nie tyle Ewangelia uzasadnia Faustynę, ile Faustyna Ewangelię. Przytaknął. Mówił też, że czyta teksty Hansa Ursa von Balthasara. Ten teolog szwajcarski odsłonił Józkowi wewnętrzne życie Trójcy Świętej, którym rządzi wolność, a nie konieczność.
Bardzo cieszył się nowym domem w Łopusznej. Oprowadzał nas po wszystkich jego zakamarkach. Pokazywał z dumą wielką belkę w ścianie salonu o niespotykanej już dzisiaj długości i grubości. Po raz ostatni widziałem Józka także w Łopusznej. Odwiedziliśmy Go z moim przyjacielem, krakowskim malarzem Allanem Rzepką. Józek był sam. Zaprosił nas na kawę. Rozmawialiśmy o tym i o owym. Wskazując na las za oknem powiedziałem, że ostatecznie jest chyba tak, jak u Tetmajera: Pon Jezus z świętym Pietrempawłem chodzi po drogach i z ludźmi gada. Józek przytaknął z głębokim przekonaniem. Nie siedzieliśmy długo, bo męczyło go mówienie. Odprowadził nas do wyjścia...

Jako malarz, zwracałem uwagę na jego stosunek do sztuki. Lubił i rozumiał literaturę. Nie wiem, czy słuchał muzyki a jeśli tak, to jakiej. Uderzało mnie omijanie tych dzieł malarstwa, architektury, rzeźby, które dla mnie były najważniejsze, mimo że z pewnością poruszała go rzeźba, malarstwo i architektura Podhala. O pięknie napisał zdania, na które nie zdobył się żaden chyba estetyk.
Nie znałem Józka tak, jak najbliżsi współpracownicy, nie mówiąc o rodzinie i przyjaciołach. Niektórzy mówili mi o jego niezwykłym, subtelnym wyczuciu stanu ducha rozmówcy, zwłaszcza takiego, który potrzebował wsparcia. Także i dla mnie wyraźne były różne tony, którymi brzmiała jego osoba. Świadomie nie piszę „warstwy” i nie odróżniam maski górala od głębi filozofa i świętości kapłana. Józek był dla mnie cały i góralem, i filozofem, i kapłanem. Te trzy tony stapiały się w nim jak aksjologiczne transcendentalia, które zdaniem metafizyków convertuntur.

Autor (ur. 1940) jest malarzem i filozofem, obecnie wykłada historię i teorię sztuki na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie.








 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl