Śmierć


Przemiany kościelnego myślenia o śmierci 

Miłosierdzie i kara

KS. JAN KRACIK

 


 
Skoro ludzie mrą jak marli, a chrześcijaństwo od początku głosi tę samą wiarę w żywot wieczny i ciał zmartwychwstanie, to gdzie miejsce na zmiany? A jednak... Postawy ludzi wobec śmierci podlegają przemianom, rozumienie prawd wiary także, a chrześcijańskie orędzie zbawienia nie jest bezwarunkowe.



  Głosząc, że kres życia to nie destrukcja, lecz brama, przez którą wkroczyć można w wieczne szczęście, Kościół wyprowadza człowieka z fatalizmu przemijania. Perspektywa zwycięskiego finału jest w stanie rozświetlić cały życiorys. Zbawienie stało się jego najważniejszą szansą. Nie tak jednak pewną jak śmierć sama. Czekająca za nią wieczność miała bowiem zarówno w Nowym Testamencie, jak i w dziejach chrześcijaństwa dwie postaci: błogą i straszną, zbawczą i potępieńczą, zdolną zachwycić i przerazić. Dziś sądowych i infernalnych tonów w Kościele prawie nie słychać, miłosierdzie góruje wysoko nad sprawiedliwością Boską, a posępne tony towarzyszące całe wieki kaznodziejskiej prezentacji spraw ostatecznych ustąpiły wizji zdecydowanie optymistycznej.

Czy wszystkich zadowoli stwierdzenie: nie zmieniło się sedno doktryny, a tylko rozłożenie akcentów? Przecież wnioski wyciągane z tych samych danych Objawienia w duszpasterskiej praktyce – a ta buduje religijną świadomość o wiele bardziej niż mało znane encykliki – różniły się od siebie w poszczególnych epokach jak pocieszanie od straszenia, a przerażenie od otuchy. Czy aż na tyle inne bywały czasy, ludzie i warunki, że kościelne mówienie o śmierci zawsze było i jest w sam raz w dozowaniu nadziei i gróźb, bez potrzeby krytycznych ocen, wyrażania żalu, korekt?

Zasnąć w Panu

Zastane przez chrześcijaństwo starożytne religie uznawały na ogół, że istnieje życie pozagrobowe. Szare, w podziemnej krainie, smutniejsze od ziemskiego. Szeol wcześniejszych ksiąg Starego Testamentu także stanowił miejsce wegetowania cieni wszystkich zmarłych, dobrych i złych. W najmłodszych tekstach hebrajskiej Biblii pojawia się myśl o nieśmiertelności duszy, zmartwychwstaniu, o definitywnej, ostatecznej ocenie czynów ludzkich i sprawiedliwej za nie odpłacie.

W Nowym Testamencie św. Paweł uczy, że śmierć pojawiła się na świecie jako kara za pierwszy bunt człowieka przeciw Bogu. Ale przyszedł Chrystus i odtąd „ciało wprawdzie podlega śmierci” wskutek grzechu (Rz 8,10), jednak „jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni” (1 Kor 15, 22). Wierni mają udział w Jezusowym zwycięstwie nad śmiercią, której moc została przezeń złamana. Święci, a tak Paweł i pierwsze pokolenia chrześcijan zwą ogół wierzących, nie mają się czego obawiać, gdyż „zwycięzcy śmierć druga na pewno nie wyrządzi szkody” (Ap 2, 11).

Starochrześcijańskim i wczesnośredniowiecznym obrazem śmierci był sen, z którego zbudzi sprawiedliwych powracający Chrystus. Tę właśnie scenę upodobała sobie nagrobna sztuka I tysiąclecia, aż po romańską plastykę. Temat Sądu pojawia się tam rzadko, dominują zbawieni, sławiący powracającego Pana, który wyprowadza ich z grobów.

Najstarsza (II w.), zapożyczona od Żydów, modlitwa chrześcijańska za konających, używana aż do liturgicznej reformy ostatniego soboru, stanowiła błaganie, by Bóg wybawił duszę sługi swego, jak ongiś wybawił Noego z potopu, Hioba z jego cierpień, Daniela z jamy lwów, apostołów Piotra i Pawła z więzienia... Owo commendatio animae, polecanie duszy w godzinę śmierci, skupia się nie na prośbach o darowanie win grzesznikowi i łaskawy dlań wyrok, lecz na przywoływaniu interwencji Boskich, jakie kładły kres udręce sprawiedliwych. To do ich grona wprowadza umierającego commendatio, a męka jego agonii zrównana zostaje z męką świętych. To przez nią znaleźli się oni w triumfalnym orszaku Baranka z Janowej Apokalipsy.

„Księgi się otworzą karty”

Ale oto i odziedziczony po niej Raj kurczy się w XII-XIII w. na tympanonach wznoszonych wtedy intensywnie kościołów. Coraz więcej miejsca, zarówno w rzeźbionym kamieniu, jak i w głoszonym kazaniu, zajmuje inspirowany 25. rozdziałem Mateuszowej Ewangelii Sąd Ostateczny i oddzielanie sprawiedliwych od potępionych. W centrum tego nauczania słowem, dłutem, a wkrótce i pędzlem znajduje się ciągle Chrystus, ale bardziej jako Sędzia niż Zbawca.

Zaczyna się śledztwo – „księgi się otworzą karty, gdzie spis grzechów jest zawarty, za co świat karania warty”. Niezniszczalny spis dobrych i złych czynów, przypominający kupiecki rejestr „ma” i „winien” epoki rozwijających się wtedy miast. Z typową dla ich codzienności sceną ważenia. Oto archanioł Michał kładzie kolejnego podsądnego na szale wagi, a na wynik czekają z uwagą aniołowie i diabły, wyglądające z niebiańskich ganków czy podziemnych nor. Święci z Maryją na czele, nie do końca zgodnie z chrześcijańską eschatologią (ta nie przewiduje wszak cofania pośmiertnego wyroku potępienia), wstawiają się na klęczkach za delikwentem.

W tworach kaznodziejów i artystów poszerza się areał Piekła, pochłaniającego nawet winowajców z tonsurami. Wierni słuchają, patrzą i drżą. To już nie pewien zbawienia Lud Boży świętych, idących z otuchą na spotkanie śmierci. To potomkowie chrzczonych hurmem na rozkaz władców Celtów, Germanów, Słowian. Ciągle mizerne nauczanie ich abecadła wiary duchowni uzupełniają groźbami Boskich kar w tym i przyszłym życiu. Szerzenie eschatologicznego strachu wydawało się im skuteczniejsze od wątłych zachęt.

Nieunikniony taniec

Chociaż wiara przypominała o powadze umierania, to przecież dopiero kaznodziejstwo ludowe zakonów żebrzących od XIII w. oraz trafiający i do niepiśmiennych mas drzeworyt narzuciły zbiorowej wyobraźni wizję śmierci w sposób bezpośredni, ostry, jaskrawy. Spośród wątków wiążących się z kresem ludzkiego życia późne średniowiecze wybierało znikomość przemijania. Za starymi Grekami, Koheletem i Ojcami Kościoła pytano więc melancholijnie: gdzież są ci, co tak ongiś błyszczeli? Ale groza lęku przed śmiercią, porażająca umysły ludzi schyłku średniowiecza, poszukała dla swego memento mori także bardziej drastycznego środka wyrazu, uciekając się do opisywania rozkładu ludzkich zwłok. Po ów makabryczny symbol marności człowieczej kondycji sięgnie i sztuka plastyczna, gdy w połowie XIV w. Europa doświadczy traumy czarnej śmierci, która pochłonęła blisko trzecią część jej mieszkańców. Na ścianach kościołów śmierć – przedstawiana jako kościotrup – wciąga w swój nieuchronny taniec ludzi wszystkich stanów.

Te kreślone z odrazą i masochizmem obrazy rozkładu (jakby i on nie przemijał, ożywiając kwiaty) i triumfu śmierci, to negowanie piękna czy szczęścia, dlatego że krótkotrwałe i splecione z cierpieniem, wyrażały bardziej lęk przed życiem i jaskrawy, biologiczny materializm, niż chrześcijańską mądrość czy pobożność. Bo też – jak stwierdza klasyk tematu Johan Huizinga – cienka była tu „granica między religijnym napominaniem o śmierci i niechybnym przemijaniu wszystkich spraw ziemskich, a narzekaniem starej kurtyzany, pozbawionej przez czas piękności, którą nie może już szafować” („Jesień średniowiecza”). Wpływ średniowiecznego Kościoła na wierzenia i postawy moralne społeczeństwa był nierzadko o wiele słabszy, niż to się często mniema. Kościelny system pojęć i znaków – jedyny w pełni rozwinięty i oficjalny – służył komunikacji, choć nadawcy i odbiorcy wyrażanych w tym kodzie treści pojmowali je nie zawsze tak samo.

Nikłe szanse umierających

Na bardziej straszące niż kojące mówienie w Kościele o śmierci wpływały i inne okoliczności. Fatalną i długą karierę w teologii i na ambonach zrobiło parę zdań z Nowego Testamentu, potraktowanych zarówno w oderwaniu od jego całościowego orędzia, jak i kontekstu, a mówiących o ciasnych drzwiach do zbawienia i małej liczbie wybranych (Łk 13, 24; Mt 22, 14).

Ta doktryna pojawiła się już u św. Hieronima, porównującego liczbę odrzuconych do otrzęsionych z drzewa oliwek, podczas gdy kilka pozostałych na gałęziach owoców wyobrażać miało garstkę zbawionych. Ale aż do św. Augustyna, czyli do początku V w., większość Ojców Kościoła przekonana była o mnogości uratowanych. Autorytet autora „De civitate Dei” („kara obejmuje znacznie więcej ludzi niż łaska”) zaciążył na zachodniej teologii aż po XIX w.

Grzegorz Wielki, Bernard z Clair-vaux, Tomasz z Akwinu, Bonawentura, Wincenty ŕ Paulo, Alfons Liguori i inni święci, a z nimi wielcy teologowie oraz rzesza duszpasterzy, podtrzymywali w Kościele rzymskim przekonanie, że większą część ludzkości czeka potępienie. Poradzono sobie nawet z tekstem Apokalipsy, mówiącym o nieprzeliczonej rzeszy zbawionych (Ap 7, 9): ziarnka piasku w worku też są prawie nie do zrachowania, a przecież jakże ich mało w porównaniu z całym piaskiem nadmorskim!

Gdzie szukać źródeł tak ponurych prognoz eschatologicznych? Zapewne nie najpierw w niedostatkach ówczesnej egzegezy Pisma i nikłej znajomości realiów kulturowych, w jakich powstało, skoro za pomocą posiadanych narzędzi biblistycznych przedstawiciele Kościoła byli w stanie zneutralizować inne miejsca świętej Księgi, równoważące wymowę tych o małej liczbie wybranych. Wymienić tu należy jednostronny obraz surowego Boga-Sędziego, przywoływany do tłumaczenia klęsk żywiołowych i wspomnianego umoralniania, a przystający do Kościoła, w którym prawo, władza i walka z heretykami i politycznymi wrogami papiestwa tak wiele wówczas znaczyły. Dodać należy i rozczarowanie żarliwych pasterzy stanem religijno-moralnym masowego chrześcijaństwa oraz nazbyt buchalteryjne traktowanie zasług i win, których bilans bardzo chciano poprawić.

Te i inne powody przewidywania ostrej selekcji do Królestwa Niebieskiego były w sumie tak mocne, że kościelni prominenci nie docenili konsekwencji doktrynalnej fiksacji na grzechu, śmierci, sądzie i karze, a w rezultacie małej liczbie zbawionych. Efekt takich predylekcji oznaczał wszak proporcjonalną do mnóstwa potępionych klęskę Odkupienia!

Cel nie uświęcił środków

Straszenie śmiercią i tym, co po niej, z założenia nie było celem a środkiem, skłanianiem do skruchy, by lęk przed potępieniem obracał się w pragnienie zbawienia. Aby zbliżający się do bram śmierci wstępowali w nie pojednani z Bogiem i ufni w Jego miłosierdzie. Kiedy jednak budzenie poczucia odpowiedzialności przy pomocy sądowo-infernalnych scen z Nowego Testamentu, szeroko rozbudowywanych działającymi na wyobraźnię opisami wręcz reporterskiej natury, nie powodowało oczekiwanego porzucenia grzechów, nauczyciele wiary nazbyt często wzmagali dawkę eschatologicznej trwogi. Woleli odstraszać, co zawsze łatwiejsze niż szanująca słuchacza perswazja, potrzebna do prowadzenia paru innych wychowawczych wątków ewangelicznych. Pedagogika lęku nie raz zamieniała Dobrą Nowinę w złą, ukazując zbawienie jako wartość tak trudną do osiągnięcia, że traconą przez większość ludzi.

Zamieniając to w konkret, myśląc o tysiącach kazań i milionach słuchających ich z przerażeniem ludzi, o szokowej terapii stosowanej jeszcze na początku XX w. zwłaszcza podczas misji parafialnych (kaznodzieje doprowadzali nieraz wiernych do spazmów), trudno ogarnąć zasięg szkód moralnych wyrządzanych przez nadużywanie tematyki prawd ostatecznych. Trudno też wymierzyć jego niewątpliwy wpływ na postępy dechrystianizacji, której przyczyn szuka się najchętniej poza kościelnymi murami.

„Mała liczba wybranych to nie dogmat wiary, lecz kwestia swobodnie rozważana w Kościele” – przypominał w XIX w. wraz z paru przeciwnikami pesymistycznej eschatologii słynny kaznodzieja paryski Lacordaire. Taka eschatologia zaczęła z wolna ustępować ufnym tonom w kościelnym mówieniu o śmierci. Skupiono się na uczeniu chrześcijańskiej sztuki życia, trudniejszej niż stara nauka sztuki umierania. Roztaczane przed śmiertelnymi szerokie perspektywy miłosierdzia niewątpliwie skłaniają do pełnienia dobra o wiele więcej ludzi niż rozzuchwalają czyniących zło, czego tak się obawiali dawni głosiciele Boskiej surowości. Współczesny zaś poeta, ksiądz Jan Twardowski, tak bliski wielu ludziom, apeluje do konfratra:

Nie o śmierci mów z ambony. – O życiu (...)

Jak najwięcej o dobrych uczynkach,

o gościnnych domach, poświęceniu,

o Jezusie na naszych ołtarzach,

tak samotnym w każdym Podniesieniu.

Ks. Jan Kracik – historyk Kościoła, profesor PAT, ostatnio opublikował książkę „Trwogi i nadzieje końca czasów”.

 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl