|
Śmierć
O śmierci albo o umieraniu
JAN KOTT
Dziewięć, albo to było może osiem lat temu, byłem w
szpitalu po ciężkiej operacji. Poprosiłem L., żeby mi
przyniosła ostatnie zdjęcie naszej wnuczki. Miała wtedy rok
albo dwa. Poprosiłem, aby zawiesiła mi jej zdjęcie na poręczy
szpitalnego łóżka. Myślałem, że nie powinienem się bać
śmierci; pójdę tam, skąd ona przyszła. Chyba właśnie
wtedy napisałem do Raszewskiego, który był ciężko chory, że
ludzie naprawdę wierzący i naprawdę niewierzący, co jest
chyba równie rzadkie, nie boją się śmierci. Wiedzą, że tam
nie ma, albo wiedzą, że tam jest.
Teraz już nie wiem, jak jest naprawdę. Wiem, co umieranie własne
i bliskich. W moich latach więcej jest naokoło mnie umarłych
niż żywych. Chodzimy na groby, szukamy rozpaczliwie tego co
jeszcze zostało, czasem tylko zapomnianego bucika albo wyblakłego
zdjęcia.
Mój ojciec nie ma grobu, został zamordowany w dniu, kiedy
miał wyjść z więzienia. Matka czekała na niego. Moja matka
i moja jedyna siostra mają groby na cmentarzu Rakowickim. Od
lat nie mogę pojechać na Zaduszki na ich groby. Powtórzę:
wiem, co umieranie własne i L. Umierała przez dwie doby. Błagałem
lekarzy, żeby Jej pozwolili odejść bez cierpienia –
zgodzili się powiększyć tylko dawkę morfiny. Kiedy umarła,
opadła Jej szczęka i miała szkliste oczy. Zamknąłem je, jak
powinien zamykać mąż. Nie ma grobu, rozsypaliśmy Jej prochy
nad Oceanem Spokojnym, jak sobie tego życzyła. Tego dnia w południe
ocean był spokojny.
Nie boję się śmierci, bo o niej nie wiem.
|