|
Śmierć
Śmierć, anegdota i filozofia
O krakowskiej wystawie „Obrazy śmierci”
rozmawiają Małgorzata
Baranowska i Maria
Janion.
Maria Janion: – Wystawa „Obrazy śmierci” jest
bardzo dramatyczna, ponieważ objawia polską niemożność. Uświadamia,
jak bardzo polska sztuka (nie mówię w tej chwili o
literaturze) jest wobec śmierci bezradna. Kiedy myślę o
zdaniu Schopenhauera, że filozofować można tylko wobec śmierci,
okazuje się, że u nas w sztuce właściwie nie ma namysłu
filozoficznego. Może to w ogóle jest podstawowy brak naszej
kondycji umysłowej i duchowej; w każdym razie brakuje takiej
filozofii, która by umożliwiała rzeczywiste otwarcie się na
śmierć. Jeśli Schopenhauer uważał, że sztuka jest
antycypacją śmierci, główną inspiracją filozofa i artysty,
to w naszej sztuce intuicja ta nie bardzo się objawia. Sądzę
nawet, że romantyczna rebelia śmierci, która wybuchła w
literaturze, polskiej również, jest niewidoczna w polskiej
sztuce XIX wieku.
Małgorzata Baranowska: – Historia i historycyzm zjadły
po prostu filozofię. Nie ma jej w polskiej sztuce i w wyborze
pokazanym na wystawie. Dominuje historia, śmierć prywatna też
co prawda istnieje, ale jest jakby wtórna. Spodziewałam się,
że na okładce katalogu zobaczę coś innego niż Grottgera. A
on jest i na katalogu, i na bilecie, co absolutnie określa
wystawę i jej koncepcję...
Ale też trzeba przyznać, że jest to koncepcja
charakterystyczna dla polskiej sztuki, co dosyć zdumiewa w
kraju, w którym podobno jest tylu wierzących chrześcijan.
Wskutek uhistorycznienia śmierć staje się jakby bardziej
materialna; idea objawia się w bitwach i cmentarzach. A przecież
najważniejszą cechą chrześcijaństwa jest wiara w
zmartwychwstanie, która na wystawie zajmuje dosyć mało
miejsca. Rzecz z tego punktu widzenia najpiękniejsza i
najciekawsza to „Zmartwychwstanie” Malczewskiego.
Maria Janion: – Miłosz uznał za wiersz zupełnie wyjątkowy
w literaturze polskiej, absolutnie jedyny, ostatni z „Trzech
sonetów” Aleksandra Wata (z cyklu „W okolicach
cierpienia”), w którym Chrystus odmawia zmartwychwstania.
Jest to zobrazowanie czegoś, co w poezji polskiej było nie do
pomyślenia. Wydaje mi się, że to jest sfera niesłychanie
istotna nie tylko dla literatury, ale i dla sztuki. Stało się
tak dlatego, że – jak słusznie mówi Małgorzata –
nastąpiła historyzacja, która właściwie pożarła to, co
jest egzystencjalne w śmierci. A przecież sfera
zmartwychwstania należy do tego, co egzystencjalne.
kicz
Małgorzata Baranowska: – A „Polonia”?
Maria Janion: – Polonia zmartwychwstająca... owszem,
ale ona jest bardzo kiczowata.
Wracając do historyzacji; idzie o to, że w sztuce
XIX-wiecznej przeważa portret polskiego bohatera żałobnego
(który zresztą został opisany przeze mnie i profesor Żmigrodzką
w książce „Romantyzm i historia”). „Żałobnego”
m.in. dlatego, że uroczystości pogrzebowe trwały często
przez parę lat, zwłoki wędrowały przez kraj, stawały się
przedmiotem kultu. Niesłychanie istotna dla tego portretu jest
śmierć księcia Józefa Poniatowskiego, ale też i innych
bohaterów narodowych. Istotne jest, że ten bohater
zmartwychwstawał w sztuce właściwie od razu. Idea
zmartwychwstania obracała się w myśl, że ten, kto umiera za
ojczyznę, od razu staje się nieśmiertelny. Śmierć księcia
Józefa była śmiercią tragiczną. Tymczasem ujęcia
ikonograficzne prezentują ją jako zwycięstwo. Jak to bywa w
Polsce – klęska to zwycięstwo, jeśli ktoś umiera, to
znaczy, że tak naprawdę zwyciężył. Zmarły jest poddany
gloryfikacji.
Bardzo charakterystyczny jest motyw dziedziczenia cnoty po
księciu Józefie; na sposób przed-mesjanistyczny i
mesjanistyczny. Sposób przed-mesjanistyczny, niejako rycerski,
jest taki, że się ostrzy oręż o krawędź jego tarczy, co się
przejawia w słynnym toposie „o ojców grób bagnetów poostrz
stal”. Mesjanistyczny – bardzo wyraźny w
romantycznej ikonografii – opiera się natomiast na
uwielbieniu męczeńskich prochów i mogiły. To przekonanie
trwa aż do Żeromskiego – że w mogile zawiera się siła
życiodajna, przede wszystkim: patriotyczna.
Małgorzata Baranowska: – Muszę się trochę ująć za
kiczem. Ponieważ jestem zbieraczką pocztówek, połowę komody
zajmuje mi kicz śmierci i to dokładnie ten, który jest
prezentowany na wystawie. Najpopularniejszą pocztówką jest
Wilhelma Kotarbińskiego „Mogiła samobójcy”. To zresztą
wyjątkowo dobre dzieło kiczowate, wyjątkowo filozoficzne; nie
pokazuje wdowy ani porzuconego dzieciątka, tylko mogiłę,
kamień, z którego leci krew, wyrastającą na niej lilię i
osobliwe światło, co nadaje śmierci cechy jednak
metafizyczne. Niemal równie popularny był obraz Piotra
Stachiewicza z cyklu „Widma w pracowni”; śmierć
artysty, gdzie widzimy śmierć czarną, jakby zasłaniającą
białym prześcieradłem umarłego. To zresztą jest świetne,
ta czerń i ta biel, ta kompozycja zwracająca uwagę na śmierć...
Ujęłabym się więc za kiczem, ponieważ śmierć jest czymś,
co bardzo trudno wyrazić. Co ma zrobić malarz, chcąc ją
namalować? Wprowadza fabułę lub symbol, w naszym wykonaniu
ograniczony do kilku motywów: rycerza żegna żona lub
kochanka, nimfę żegnają nimfy. Widziałam kiedyś oleodruk,
gdzie księcia Józefa żegnała żona i dziecko, choć w
rzeczywistości był on kawalerem...
Maria Janion: – Śmierć jest „wielkim niewyrażalnym”.
Może rzeczywiście literat, poeta, ma tutaj większe możliwości
niż malarz. Polski malarz dokonuje zatem fabularyzacji.
Małgorzata Baranowska: – Malarz staje wobec nas, wobec
faktu, że żyjemy w grozie i rozpaczy. Kicz tymczasem ją łagodzi;
zawsze ma gotową odpowiedź i gotowe pocieszenie, „cukruje”
śmierć, żeby zasłonić to, co niewyrażalne i obejść jakoś
przerażenie. Na całym świecie śmierci towarzyszy kicz.
Maria Janion: – To prawda, ale trzeba zwrócić uwagę,
że to oswojenie dokonuje się często poprzez estetyzację śmierci.
W Polsce – zwłaszcza jeśli chodzi o motyw śmierci księcia
Józefa – niewątpliwie ma znaczenie kicz napoleoński,
liturgia imperialna, którą stworzył Napoleon. Moglibyśmy
zacytować Durkheima, który mówi, że narody nigdy nie popełniają
samobójstwa; to właśnie jest pocieszenie, jakie płynie z
tego ujęcia ikonograficznego.
rewolucja śmierci
Małgorzata Baranowska: – Na wystawie zadziwił mnie też
wybór z XX wieku, w pewnym sensie upiększający i historyzujący.
„Wielka trumna” Dwurnika, ukazująca wielki pochód, będący
aluzją do wszystkich możliwych pochodów bohaterskich, żołnierskich...,
też świadczy o jakimś dostosowaniu się do tej podstawowej
tkanki historii.
Jednocześnie Edward Dwurnik jest autorem wspaniałego
portretu trumiennego wszystkich, którzy zginęli z powodu
Grudnia i stanu wojennego. Na obrazach poświęconych zabitym
zawsze znajduje się nazwisko zmarłego; obraz jest właściwie
symboliczny, to nie są naprawdę portrety, ale jest nazwisko.
Zderzają się ze sobą dwudziestowieczna masowość śmierci
oraz współczesna chęć „odrobienia” tej bezosobowości.
W prozie Henryka Grynberga na przykład występują bez przerwy
nazwiska tych, których grobów już w ogóle nie ma. Dwurnik
zrobił coś podobnego i jest symbolicznym malarzem naszego „teraz”,
dzisiejszego czasu. Malarzem śmierci.
Maria Janion: – Wróćmy od Dwurnika do romantycznej
rebelii śmierci. Na czym ona polegała? Przede wszystkim na
odkryciu wielkiego stłumienia śmierci, obecnego w sztuce
klasycyzmu. Śmierć wybucha z wielką siłą. Możemy sądzić,
że horror śmierci pokazywany przez romantyków, przynajmniej w
literaturze, związany jest z romantycznym indywidualizmem. Im
większa świadomość indywidualności, tym większa siła
traumatycznej świadomości śmierci. Im większe i bardziej świadome
przywiązanie do własnej indywidualności, tym większa obawa
przed jej utratą. Indywidualizm ściśle łączy się z
traumatyzmem. I powrót u Dwurnika do tych indywidualności jest
również jakby odkopaniem drogi do romantyzmu, w sensie bardzo
istotnym, filozoficznym.
Jednocześnie dla literatury romantycznej charakterystyczne
jest poszukiwanie języka umarłych, próba wyobrażenia sobie języka,
którym mogliby mówić. W ten sposób powstaje hipoteza
wampiryzmu; pokazanie wampira jako kogoś, kto przychodzi z
tamtego świata, a jednocześnie komunikuje się z nami. Gustaw
z IV części „Dziadów” uchodzi nawet za upiora nazbyt
już wymownego. Romantyk ma niesłychane wyobrażenie o sile
swojego języka: nawet stając wobec niewyrażalnego myśli, że
jednak zdoła je w jakiś sposób wyrazić. W malarstwie polskim
nie widzę podobnego dążenia.
BOGUSŁAW DEPTUŁA: – To jest problem, który dręczy
sztukę polską przynajmniej do połowy wieku XIX; ona rzeczywiście
zostaje stłumiona przez literaturę i nie umie się spod niej
wygrzebać. Dopiero kiedy literatura się zmienia, kończy się
epoka wielkiej poezji i zaczyna epoka wielkiej powieści,
zaczyna się odradzać malarstwo. Pojawiają się indywidualności,
takie jak Matejko, wielki narrator, i z drugiej strony Grottger,
autor wizji bardziej poetycznej.
Maria Janion: – Na początku XIX wieku pisarze tacy jak
Kazimierz Brodziński, zaliczany do reprezentantów
sentymentalizmu, usiłują obronić literaturę polską przed wpływami
niemieckimi, przed wizją okropności śmierci. Śmierć średniowieczna,
gotycka, śmierć zadżumionych właściwa jest imaginacji ludu
północnego, my tymczasem – przekonuje Brodziński
– żyjemy w kraju Południa, gdzie panuje wizja pogodna, w
najgorszym przypadku melancholijna, a nie traumatyczny horror.
Brodziński wielokrotnie karci poetów romantycznych. Podobnie
Franciszek Morawski, który twierdzi, że przynoszą oni rzeczy
temu krajowi i obce, i dla nich samych niezrozumiałe. Niemożliwe,
by młody człowiek chciał błądzić po cmentarzach i odprawiać
tam rytuały żałobne. To młodości nie przystoi, ci pisarze
powinni się opamiętać. Oczywiście romantycy się nie opamiętali;
charakterystyczna jest zdanie Mochnackiego, że w naszej naturze
są, owszem, obrazy idylliczne, ale są też straszne obrazy
jesieni, wichury, zamieci i romantycy żyją właśnie w takim
świecie. Tak dokonuje się rewolucja śmierci. Mickiewicz
poprzedza IV część „Dziadów” mottem z Jean Paula,
gdzie mowa o odkrywaniu zmurszałych całunów na trumnach.
Odkryć zmurszałe całuny i spojrzeć w groby – to właśnie
robi literatura romantyczna.
skandal rozkładu
Małgorzata Baranowska: – Zastanawiałam się, co się
wybija ponad wszechobecną anegdotę, fabularyzację. Obok
wspomnianego już „Zmartwychwstania” Jacka Malczewskiego
oraz „Trumny chłopskiej” Aleksandra Gierymskiego muszę
wspomnieć „Wnętrze grobu Kazimierza Wielkiego”
autorstwa Matejki, jeden z najpiękniejszych polskich obrazów i
najbardziej impresjonistyczny. To światło, zajrzenie do
grobu... Samo światło. Matejko przez całe życie opowiadał
historie, ale to płótno jest jego największym dziełem. Zupełnie
niezwykłym na tle sztuki polskiej.
Jeżeli się idzie na wystawę, to jednak człowiek chce
znaleźć coś pięknego. I to dla mnie jest Matejko, Wyspiański,
ale też wspaniały Jacek Mierzejewski. Jacka Mierzejewskiego
nie da się porównać z nikim innym. Ten „Umarlak”, ten
„Pogrzeb”, ich cudowny kolor – nadzwyczajne. „Pogrzeb”
to jest taka ciemna grupa, brązowawa, na tle szarożółtym, w
centralnym miejscu grupy znajduje się niesiony umarły. Bardzo
dziwny pogrzeb, bo nie ma tam żadnej trumny, chorągwi, nic nie
dzieje się tak, jak przywykliśmy. A „Umarlak” z roku
1916? Obraz symboliczny, ponieważ chory wtedy już bardzo na
gruźlicę Mierzejewski pokazuje na nim siebie, półleżącego,
podtrzymywanego przez żonę i teściową, a koło nich idzie
sobie jakiś pan na spacer. Pan z czarnym pieskiem. Śmierć? To
ma być symbolizm, ale jednak autoironia jest bardzo wyraźna.
Maria Janion: – Jeśli chodzi o „Umarlaka”
Mierzejewskiego, to może jest w tym autoironia, ale też
niezwykłość potwornego wydarzenia, które dokonuje się w
zwykłym krajobrazie. W niby to zwykłości pojawia się coś
strasznego. To wspaniały obraz.
Patrząc na te strony w katalogu myślałam o romantycznej
idei śmierci jako skandalu. Choćby Szapocznikow i jej „Nowotwory”
(„Tumeurs”). U romantyków mamy straszliwy bunt na
cmentarzu (mający może swe korzenie w gnostyckim urazie wobec
materii) przeciwko Bogu jako demiurgowi śmierci. W „Kainie”
Byrona widać to bardzo wyraźnie: kosmos pokazany jako wielki
cmentarz, fabryka śmierci, nie będąca – jak u
mistycznego Słowackiego – czymś naturalnym, ale oskarżająca
Stwórcę. Szapocznikow w niesłychany sposób pokazuje właśnie
skandal rozkładu. Te nowotwory uosobione mają często jej
twarz, co wywołuje wstrząs traumatyczny. Oddziaływanie jest
bardzo mocne; symbolika ogólna działa na nas słabiej.
Małgorzata Baranowska: – Oczywiście rzeźby
Szapocznikow też są dziełem symbolicznym, bo jak przedstawić
nowotwór? Ale ona w naszym dzisiejszym rozumieniu zbliża się
do prawdy. To jest jakaś prawda śmierci. I tego w sztuce
polskiej jest wyjątkowo mało. Wcześniejsze dzieło dotykające
tej prawdy to Konrada Krzyżanowskiego „Portret Pelagii Witosławskiej”,
nadzwyczajny portret staruszki, wyraźnie złamanej przez
cho-robę.
Szukając piękna sztuki, natrafiłam też na „Czaszkę”
Jacka Sempolińskiego, jedno z tych dzieł artysty, w których
on drze płótno. Jakby zaglądać pod skórę... To dzieło wyjątkowo
filozoficzne, obraz, który zrobił na mnie wielkie wrażenie.
Jego ciemnoniebieski kolor – charakterystyczny zresztą
dla Sempolińskiego – jest symbolicznym kolorem duchowym,
kolorem śmierci.
z wolnego wyboru
Maria Janion: – Przeciwstawiłabym śmierć jako
skandal i śmierć jako ukojenie. Ukojenie, czyli wyzwolenie
jednostki powracającej do Absolutu. Jest obraz Piotra
Stachiewicza „Ukojenie”, jest „Wnętrze zakrystii
– Silentium” Władysława Czachórskiego, przy nim
cytuje się Philippe’a Aričs, słynnego historyka śmierci,
który mówi, że spokój jest najstarszym, najpowszechniejszym,
najtrwalszym obrazem tamtego świata. To absolutne przeciwieństwo
śmierci jako skandalu. Chciałabym przytoczyć zdania z „Dziennika”
Odilona Redona: „Śmierć jest tutaj, śmierć tutaj, na
zawsze władczyni i pani, widziałem ją, Boskie schronienie,
szczęśliwy kres udręki życia, o śmierci, jakaś ty ogromna.
W ciszy, którą myśl twoja daje, ile mocy chroniącej przed
troską. O Boska nieznajoma, o milczącej twarzy, bezimienna
bojaźni, zastygła w dostojnym bezruchu, jaka jesteś piękna!”
Nieprawdopodobne zgromadzenie wszystkich wyobrażeń o śmierci
jako wiecznym spokoju! Ale też i wiecznym pięknie, co jest
przeciwieństwem horroru rozkładającej się materii.
Na wystawie śmierć jako ukojenie przeważa nad śmiercią
jako skandalem, ale to ukojenie jest rozumiane powierzchownie,
bez metafizycznej siły.
Małgorzata Baranowska: – Jest tu jeden obraz, który
pamiętam z dzieciństwa i uważam, że każdy go pamięta. To
jest Karola Tichego „Elegia”: grabarz niesie trumienkę
dziecka, obok stoją zakonnice, obojętne wobec tej trumienki...
Pamiętam z dzieciństwa, że to był dla mnie obraz śmierci;
wtedy zakonnice, szarytki, posługiwały w szpitalach i śmierć
– przeważnie na gruźlicę – łączyła się z białymi
skrzydłami ich kornetów. To zresztą świetny obraz; światło,
biel, jasny świat, obojętny wobec biednej śmierci małego
dziecka.
Najbardziej interesuje mnie jednak sztuka współczesna. Oprócz
Sempolińskiego są tutaj dwie rzeczy bardzo dla mnie ważne.
Jedna to „Sarkofag” Barbary Falender, prezentujący sposób
rzeźby, jaki można spotkać u Rodina i u każdego wielkiego
rzeźbiarza nowoczesnego (chociaż także u Michała Anioła).
Kamień został tylko częściowo obrobiony i rzeźba –
dwie postaci – jest jak gdyby cała w nim zanurzona, a
raczej wydarta z kamienia. Mamy kamień, który specjalnie jest
porowaty i na tym są dwie postaci. Można szukać odległych
skojarzeń z sarkofagami etruskimi, na których przedstawiono
pary małżeńskie. Piękna rzeźba, mająca jednocześnie
oddech, który nas doprowadza do dalekiej i wielkiej tradycji.
Następnie „Mayerling” Jacka Sroki. Opowieść o
wydarzeniach w Mayerlingu to moja ukochana legenda, byłam nią
od niemowlęctwa karmiona, ponieważ babcia moja pochodzi z
Galicji. Posługując się estetyką antysymbolistyczną, Sroka
świetnie ujął to, co jest najważniejsze w legendzie: na
obrazie książę Rudolf strzela jednocześnie do swojej
kochanki i do siebie. Mój ranking arcydzieł kończę
malarstwem Jerzego Krawczyka. Fantastyczna zupełnie rzecz to „Romeo
i Julia” z 1967 roku. Legenda Romea i Julii jest tak
wzniosła, a scena nad trumną tak częsta w malarstwie...
Krawczyk zrobił z tego bardzo podstępny oleodruk. Dzieło wyjątkowe,
a jednocześnie jak najbardziej nadające się na pocztówkę.
Maria Janion: – Samobójstwo to najczęstszy motyw w
romantyzmie. W malarstwie też jest przedstawiane bardzo
dramatycznie. Oglądałam liczne albumy romantycznych samobójców.
Może malarze nie są pierwszorzędni, ale ma to w sobie
dynamizm czegoś, co można nazwać uwięzieniem w egzystencji
oraz aktu wolności wobec uwięzienia. Samobójstwo jako akt
wolności.
U romantyków to nie jest „Selbstmord”, czyli samobójstwo,
lecz „Freitod”, czyli dosłownie „śmierć z wolnego
wyboru”. Zauważyłam, że nawet Jan Karski, kiedy mówi o
Szmulu Zygielbojmie, używa określenia „wolna śmierć”.
Ale na przykład na rysunkach Wojciecha Weissa jest coś innego;
rodzaj absolutnego zanikania w samobójstwie, rozsypywania się.
Albo Sekwana przedstawiona jako kostnica, w której płyną
trupy topielców... Nastrój wszechwładnego panowania śmierci.
wyspa umarłych
Małgorzata Baranowska: – W XX wieku, wieku Zagłady,
powraca postulat artystycznego milczenia wobec śmierci. Ale
ten, kto go najczęściej powtarza, czyli Tadeusz Różewicz,
sam jednocześnie pisze. Tak samo robią inni artyści. Starają
się wyrazić milczenie.
Co się stało? Po prostu rozleciała się forma funkcjonalna
mniej więcej do roku 1914. Są podzielone zdania na temat tego,
kiedy zaczyna się XX wiek. Używając określenia „po Zagładzie”,
nie mam na myśli wyłącznie okresu II wojny światowej;
przecież forma rozleciała się już w I wojnie. Nowe wojny
zniszczyły stare formy w sztuce. Nie dało się powrócić do
dawnych wzorów, do których zresztą chętnie byśmy wrócili.
Skoro świat już się rozpadł, artyści zajęli się formą,
co dla sztuki jest znacznie lepiej niż zajmować się konwencją.
Maria Janion: – Ale na przykład Dwurnik jest twórcą
bardzo wyraźnie odwołującym się do tradycji XIX-wiecznej
oraz do wybuchu romantyzmu w stanie wojennym. Nie można
powiedzieć, że „tamto” już odeszło w niepamięć.
Wystawa pokazuje transformacje dawnych motywów, ujęć i myśli
we współczesnej polskiej sztuce.
Małgorzata Baranowska: – Są tu zresztą rzeczy
ciekawe. Kiedy myślimy o popularnym obrazie związanym ze śmiercią,
przychodzi od razu do głowy „Wyspa umarłych” Böcklina.
Na wystawie widzimy „Wyspę śmierci” Korolkiewicza i „Wyspę
umarłych” Stajudy, obrazy, które nawet tytułem nawiązują
do Böcklina, ale też oba są niesłychanie już nowoczesne i
formalnie odkrywcze.
Rozmowę prowadził Bogusław Deptuła
Opracowanie: AF, TF
Małgorzata Baranowska – poetka, historyk
literatury i krytyk; pracownik naukowy IBL PAN. Ostatnio wydała
m. in. „Prywatną historię poezji” oraz ilustrowaną
monografię–esej „Warszawa: miesiące, lata,
wieki”, jest także autorką książki „To jest wasze życie:
być sobą w chorobie przewlekłej” (1994).
Maria Janion – historyk
literatury, profesor w IBL PAN, badaczka romantyzmu. Ostatnio
wydała m. in. tom studiów „Płacz generała. Eseje o
wojnie” i (wraz z Marią Żmigrodzką) studium o „Wilhelmie
Meistrze” Goethego „Odyseja wychowania”.
|