|
KONTRAPUNKT
Śmierć
Magazyn Kulturalny Tygodnika Powszechnego nr 8-9 (46/47)
Kraków, 5 listopada 2000
-
Joanna Tokarska-Bakir:
„Śmierć pozbawiona głosu”
Cywilizacja, która choruje na wieczną młodość, przyozdabia się śmiercią
jak modelka, obnosząca trupią bladość po wybiegach. Widać ją na okładkach
gier komputerowych, słuchać w tekstach zespołów heavy-metalowych. Jesienią
w bocznych uliczkach heidelberskiej starówki jarzą się halloweenowe dynie,
klekoczą plastikowe szkielety i dymią cukrowe czaszki. Ikona śmierci, choć
zdegradowana i dwuznaczna, naciera z co drugiego plakatu i niemal każdej
sklepowej wystawy. Coś, co przed laty widziałam w Meksyku w czasie
Wszystkich Świętych, pojawia się znienacka w środku Europy. Treści
kulturowe tak łatwo przyswojone odpowiadają zwykle na jakąś utajoną
potrzebę. Jaką jednak potrzebę zaspokajać może śmierć?
-
Jan Kott:
„O śmierci albo o umieraniu”
Dziewięć, albo to było może osiem lat temu, byłem w szpitalu po ciężkiej
operacji. Poprosiłem L., żeby mi przyniosła ostatnie zdjęcie naszej
wnuczki. Miała wtedy rok albo dwa. Poprosiłem, aby zawiesiła mi jej zdjęcie
na poręczy szpitalnego łóżka. Myślałem, że nie powinienem się bać śmierci;
pójdę tam skąd ona przyszła. Chyba właśnie wtedy napisałem do
Raszewskiego, który był ciężko chory, że ludzie naprawdę wierzący i
naprawdę niewierzący, co jest chyba równie rzadkie, nie boją się śmierci.
Wiedzą, że tam nie ma, albo wiedzą, że tam jest. Teraz już nie wiem, jak
jest naprawdę. Wiem, co umieranie własne i bliskich. W moich latach więcej
jest naokoło mnie umarłych niż żywych. Chodzimy na groby, szukamy
rozpaczliwie tego co jeszcze zostało, czasem tylko zapomnianego bucika albo
wyblakłego zdjęcia.
-
Adam Boniecki:
„Sposób na umieranie”
Trzeba wiele odwagi, by relację o umieraniu drogiej osoby oddać na pastwę
gawiedzi. Relację nie wyidealizowaną, ale bezlitośnie prawdziwą jak opowieść
Victora i Rosemary Zorza. Oboje byli ludźmi pióra (on korespondentem „Guardiana”,
ona przez jakiś czas pracowała w BBC, potem zajmowała się artystycznym
garncarstwem, dziś maluje). Ich znakomicie napisana książka nie jest trenem
żałobnym, ani nawet zaspokojeniem zrozumiałej potrzeby ocalenia pamięci o
osobie kochanej. Jest – nie ma lepszego słowa – świadectwem i
przesłaniem do tych, w których życie wtargnął wróg, któremu na imię
nowotwór.
-
Jan Cieciuch:
„Wystawa trupów”
W jednym z poprzednich „Kontrapunktów” Jerzy Jarniewicz wspomina o
znajdujących się w dublińskim muzeum zwłokach człowieka sprzed 2000 lat.
Powiada: „Ciało zostało mu odebrane, a on sam – odczłowieczony.
Wystarczyło 2000 lat”. Otóż okazuje się, że nie potrzeba tak długiego
okresu; wystarczy od 1000 do 1500... godzin – tyle bowiem trwa proces
konserwowania ludzkiego ciała metodą wynalezioną przez prof. Günthera von
Hagensa, która nie ma jeszcze polskiej nazwy, a po niemiecku zwana jest die
Plastination.
Wiosną bieżącego roku ponad milion ludzi odwiedziło w Kolonii wystawę „Körperwelten”,
czyli „Światy cielesne”. Wcześniej wystawa biła rekordy frekwencji
w Japonii i Austrii. Co przyciągało rzesze ludzi? Trupy. Była to wystawa
trupów, martwych ciał ludzkich w najrozmaitszych pozach, pojedynczych organów
lub ich zespołów, przekrojów przez całe ciała lub ich fragmenty. Twórcą
wystawy był profesor medycyny Hagens, wynalazca metody polegającej na zastąpieniu
wody w komórkach martwego ciała lub organu tworzywem sztucznym. Tak
zakonserwowane organy zachowują swój pierwotny kolor i kształt, są suche,
bez zapachu, sztywne i przede wszystkim trwałe.
-
Ankieta
„Śmierć w sztuce”:
Stefan Chwin, Tadeusz Chrzanowski, Małgorzata Dziewulska, Michał Głowiński,
Ireneusz Kania, Michał Komar, Krystian Lupa, ks. Andrzej Luter, Czesław Miłosz,
Jerzy Pilch, Tadeusz Sławek, Marian Stala, Henryk Waniek, Piotr
Wojciechowski, Krzysztof Zanussi
-
„Śmierć: anegdota i filozofia” – o krakowskiej
wystawie „Obrazy śmierci” rozmawiają Maria Janion i Małgorzata
Baranowska
Maria Janion: – Wystawa „Obrazy śmierci” jest bardzo
dramatyczna, ponieważ objawia polską niemożność. Uświadamia, jak bardzo
polska sztuka (nie mówię w tej chwili o literaturze) jest wobec śmierci
bezradna. Kiedy myślę o zdaniu Schopenhauera, że filozofować można tylko
wobec śmierci, okazuje się, że u nas w sztuce właściwie nie ma namysłu
filozoficznego. Może to w ogóle jest podstawowy brak naszej kondycji umysłowej
i duchowej; w każdym razie brakuje takiej filozofii, która by umożliwiała
rzeczywiste otwarcie się na śmierć. Jeśli Schopenhauer uważał, że
sztuka jest antycypacją śmierci, główną inspiracją filozofa i artysty,
to w naszej sztuce intuicja ta nie bardzo się objawia. Sądzę nawet, że
romantyczna rebelia śmierci, która wybuchła w literaturze, polskiej również,
jest niewidoczna w polskiej sztuce XIX wieku.
Małgorzata Baranowska: – Historia i historycyzm zjadły po prostu
filozofię. Nie ma jej w polskiej sztuce i w wyborze pokazanym na wystawie.
Dominuje historia, śmierć prywatna też co prawda istnieje, ale jest jakby
wtórna. Spodziewałam się, że na okładce katalogu zobaczę coś innego niż
Grottgera. A on jest i na katalogu, i na bilecie, co absolutnie określa
wystawę i jej koncepcję...
Ale też trzeba przyznać, że jest to koncepcja charakterystyczna dla
polskiej sztuki, co dosyć zdumiewa w kraju, w którym podobno jest tylu wierzących
chrześcijan. Wskutek uhistorycznienia śmierć staje się jakby bardziej
materialna; idea objawia się w bitwach i cmentarzach. A przecież najważniejszą
cechą chrześcijaństwa jest wiara w zmartwychwstanie, która na wystawie
zajmuje dosyć mało miejsca.
-
Andrzej Franaszek:
Zaświaty u Herberta, Różewicza, Miłosza
Czytając wiersze Herberta, Różewicza, Miłosza, za każdym razem
– choć na różne sposoby – odnajdujemy przywiązanie do
ziemskiego świata, doczesnej rzeczywistości. Ich poezja karmi się zmysłowym
konkretem, a jednocześnie poświadcza wzruszające, głęboko ludzkie
pragnienie powrotu. Przemycenia naszego świata poprzez wrota śmierci.
Jedną z najbardziej poruszających książek na temat umierania jest „Ubik”
Philipa K. Dicka. Oto grupka ludzi ociera się śmierć. Przeżyli, ale
stopniowo coś złego zaczyna dziać się z ich światem. Jakby toczył go
rak nicości, wydzierając materii bycia kolejne kęsy. Wszystko niszczeje,
rozpada się, gnije. Wreszcie i oni sami ulegają temu procesowi, kolejno
umierając, a właściwie rozpadając się, ulegając błyskawicznej
degradacji. Zaczynamy rozumieć. Oni wszyscy już dawno temu umarli, ale
pragnienie życia było silne na tyle, by przez czas jakiś podtrzymać
trwanie osobowości, istnienie świata. Swedenborg wspomina o duszach, które
nie zauważają, że są już po drugiej stronie, w zaświatach.
Powtarzam w myślach piękną frazę z „Symfonii listopadowej”
Oskara Miłosza, którą jego młodziutki krewniak tłumaczył ponad pół
wieku temu: „To będzie zupełnie jak w tem życiu było”...
-
Poezja staroirlandzka w przekładzie Stanisława Barańczaka
-
Łukasz Drewniak o umieraniu w inscenizacjach litewskiego reżysera,
Eimuntasa Nekrošiusa
Umieranie jest obsesją Eimuntasa Nekrošiusa, od lat najważniejszym
tematem jego przedstawień. Litewski twórca pieczołowicie szuka momentu, w
którym zaczyna się śmierć. I potem sekwencja po sekwencji pokazuje jak
życie zamiera. Czas staje wtedy w miejscu, sceny zdają się nie mieć końca,
jakby Nekrošius chciał ofiarować widzom przedsmak tego, czym jest ciężar
wieczności i nicości. A wtedy widzowie czują w ustach konkretny smak: śmierć
bywa gorzka jak uryna, słona jak pot.
Jak na scenie pokazać śmierć? Jak sprawić, żeby widz uwierzył, że
aktor nie znika za kulisami, nie udaje martwego leżąc bez ruchu, że
naprawdę umiera, bezpowrotnie, nieodwracalnie? Reżyser stwarza najpierw na
scenie wrażenie mnogości życia po to, by w finale tym dobitniej pokazać
pustkę. Od pierwszej sceny przemyca do swego teatralnego świata wirus śmierci,
rozrastający się tu jak nowotwór, zielsko śmierci, trujący bluszcz, który
na koniec oplata ludzi i przedmioty. Niejasna i niemal nieuchwytna
semantycznie kompozycja wizualna scenicznej uwertury (dokazujące w sali
gimnastycznej dziewczynki z „Trzech sióstr”, ludzie w kożuchach
kroczący gdzieś z latarnią na drągu z „Hamleta”, postaci udające
grobowce na tle przewróconych fortepianów z „Don Juana”) w
ostatniej sekwencji przedstawienia zmienia się w swój niezwykle klarowny i
czysty rewers. Jest jak cięcie nożem, wystrzał, urwany oddech, przerwany
szloch.
-
Tadeusz Gadacz:
Filozofia wobec śmierci
Jedna z rabinicznych opowieści opisuje początek przedstawiony w „Torze”.
Pierwszym słowem „Tory” jest „Bereszit” – „Na początku...”
(„Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię”), a pierwszą
literą „Beth”, która zamknięta jest od prawej strony, czyli od
tej, od której zaczyna się czytać w języku hebrajskim, natomiast otwarta
na lewo, w kierunku, w którym kontynuuje się lekturę („Tora”, w
stosunku do klasycznych dzieł, zaczyna się od strony ostatniej i czyta się
ją od prawej ku lewej). Nam ludziom dostępne jest zatem to, co następuje
po początku, czyli po stworzeniu. Co jednak działo się przed początkiem?
Lub wyrażając się kategoriami języka: co z literą „Aleph”,
pierwszą literą alfabetu? Nie możemy cofnąć się do niej, gdyż nie możemy
przeniknąć poza początek. Czytania od lewej ku prawej stronie zabraniają
reguły języka. To, co przed „Beth”, przed początkiem, pozostaje
dla nas tajemnicą dopóki żyjemy. Możemy jedynie poruszać się w lewo,
od początku. Ku czemu jednak? Ku kresowi, ku śmierci. Lecz także to, co
poza kresem, poza śmiercią nie jest nam znane. Nie wiemy co jest poza śmiercią,
ponieważ nie możemy cofnąć się przed początek.
Ta sama opowieść opisuje protest litery „Aleph”, spowodowany
tym, iż nie została wybrana, aby rozpocząć historię o stworzeniu,
chociaż to ona właśnie jest pierwszą w alfabecie. Bóg miał tak jej
odpowiedzieć: „Kiedy pójdę nadać Prawo na Synaju, zacznę właśnie
tobą”. I rzeczywiście powiedział Bóg wówczas: „Jam jest
Pan, Bóg Twój”, spełniając swą obietnicę, gdyż „Ja”
– „Anochi” zaczyna się od „Aleph”.
Nie możemy cofnąć się przed początek życia. Nie możemy przeniknąć
poza jego kres. Między początkiem i kresem pozostaje nam jednak obietnica
przemierza: „Jam jest Pan, Bóg Twój”.
-
ks. Jan Kracik:
Przemiany kościelnego myślenia o śmierci
Skoro ludzie mrą jak marli, a chrześcijaństwo od początku głosi tę
samą wiarę w żywot wieczny i ciał zmartwychwstanie, to gdzie miejsce na
zmiany, czyli na historię? A jednak... Postawy ludzi wobec śmierci
podlegają przemianom, rozumienie prawd wiary także, a chrześcijańskie orędzie
zbawienia nie jest przesłaniem bezwarunkowym. Proklamowana śmiertelnym
nadzieja nie ma się wszak spełnić niezależnie od ich pragnień i
moralnej jakości egzystencji.
Głosząc, że kres życia to nie destrukcja lecz brama, przez którą
wkroczyć można w wieczne szczęście, Kościół wyprowadza człowieka z
fatalizmu przemijania. Perspektywa zwycięskiego finału jest w stanie rozświetlić
cały życiorys. Zbawienie stało się jego najważniejszą szansą. Nie tak
jednak pewną jak śmierć sama. Czekająca za nią wieczność miała
bowiem zarówno w Nowym Testamencie jak i w dziejach chrześcijaństwa dwie
postaci: błogą i straszną, zbawczą i potępieńczą, zdolną zachwycić
i przerazić. Dziś sądowych i infernalnych tonów w Kościele prawie nie słychać,
miłosierdzie góruje wysoko nad sprawiedliwością Boską, a posępne tony
towarzyszące całe wieki kaznodziejskiej prezentacji spraw ostatecznych ustąpiły
wizji zdecydowanie optymistycznej.
Czy wszystkich zadowoli stwierdzenie: nie zmieniło się sedno doktryny,
a tylko rozłożenie akcentów? Przecież wnioski wyciągane z tych samych
danych Objawienia w duszpasterskiej praktyce – a ta buduje religijną
świadomość o wiele bardziej niż mało komu znane encykliki – różniły
się od siebie w poszczególnych epokach jak pocieszanie od straszenia, a
przerażenie od otuchy. Czy aż na tyle inne bywały czasy, ludzie i
warunki, że kościelne mówienie o śmierci zawsze było i jest w sam raz w
dozowaniu nadziei i gróźb, bez potrzeby krytycznych ocen, wyrażania żalu,
korekt?
-
Janusz Poniewierski:
Jan Paweł II wobec śmierci
Papieskiego myślenia o śmierci nie sposób oddzielić od
refleksji na temat ludzkiego życia, które jest święte „od poczęcia aż
do kresu” („Evangelium vitae”, EV 2) i – w związku z
tym – nienaruszalne. To właśnie w owej „wypisanej w ludzkim
sercu” świętości życia mają swoje uzasadnienie apele i protesty
Jana Pawła II: przeciwko aborcji, eutanazji i – konsekwentnie –
przeciwko karze śmierci. „Szanuj, broń, miłuj życie i służ życiu:
każdemu życiu ludzkiemu!” – woła Papież, odwołując się
m.in. do V przykazania i do Karty Praw Człowieka. I nie przypadkiem to, co
złe w świecie współczesnym, zostaje przezeń określone mianem
zaprzeczenia „życia” – „cywilizacją śmierci”.
-
Reinhold Lehmann:
„Pogodny cmentarz”
Grigorij Pogas wyjaśnia: „My dwaj, ja i mój koń, wozimy
owczy ser”. Prosty chłop, ubrany w bawełnianą koszulę, wiązane
buty i szeroki kapelusz, zaprasza przybysza na posiłek: „Proszę, chodźcie
ze mną. Jedzenia starczy dla wszystkich...”. Tyle tylko, że Pogas
nie żyje od wielu lat... Ale tutaj, na cmentarzu w rumuńskiej wsi Sapinta,
jego życie trwa dalej, uwiecznione na kolorowo malowanym, nagrobnym krzyżu.
Numer wydano przy pomocy finansowej Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa
Narodowego.
Redaktor odpowiedzialny: Andrzej Franaszek.
|