Śmierć

 

Cień życia

TADEUSZ GADACZ

 

Ludzie, którzy uciekają przed śmiercią, biegną za nią
Demokryt

Chciałoby się wierzyć Franzowi Rosenzweigowi, że śmierć jest „bardzo dobra”. Co innego jednak mówi nam nasze ludzkie doświadczenie. Na owym „bardzo dobre” kładzie się cień.



  Jedna z rabinicznych opowieści opisuje początek przedstawiony w „Torze”. Pierwszym słowem „Tory” jest „Bereszit” – „Na początku...” („Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię”), a pierwszą literą „Beth”, która zamknięta jest od prawej strony, czyli od tej, od której zaczyna się czytać w języku hebrajskim, natomiast otwarta na lewo, w kierunku, w którym kontynuuje się lekturę („Tora”, w stosunku do klasycznych dzieł, zaczyna się od strony ostatniej i czyta się ją od prawej ku lewej). Nam ludziom dostępne jest zatem to, co następuje po początku, czyli po stworzeniu. Co jednak działo się przed początkiem? Lub wyrażając się kategoriami języka: co z literą „Aleph”, pierwszą literą alfabetu? Nie możemy cofnąć się do niej, gdyż nie możemy przeniknąć poza początek. Czytania od lewej ku prawej stronie zabraniają reguły języka. To, co przed „Beth”, przed początkiem, pozostaje dla nas tajemnicą, dopóki żyjemy. Możemy jedynie poruszać się w lewo, od początku. Ku czemu jednak? Ku kresowi, ku śmierci. Lecz także to, co poza kresem, poza śmiercią nie jest nam znane. Nie wiemy co jest poza śmiercią, ponieważ nie możemy cofnąć się przed początek.

Opowieść opisuje też protest litery „Aleph”, która nie została wybrana, aby rozpocząć historię o stworzeniu, chociaż jest pierwszą w alfabecie. Bóg miał tak jej odpowiedzieć: „Kiedy pójdę nadać Prawo na Synaju, zacznę właśnie tobą”. I rzeczywiście powiedział wówczas: „Jam jest Pan, Bóg Twój”, spełniając swą obietnicę, gdyż „Ja” – „Anochi” zaczyna się od „Aleph”.

Nie możemy cofnąć się przed początek życia. Nie możemy przeniknąć poza jego kres. Między początkiem i kresem pozostaje nam jednak obietnica przemierza: „Jam jest Pan, Bóg Twój”.

szóstego dnia Stworzenia

Rosenzweig, komentując początkowe wersy „Tory”, zwrócił uwagę na fakt, że cały rozdział poświęcony stworzeniu przenika jedno słowo: „dobre”. „I widział Bóg, że było dobre”. Owo „dobre”, to słowo zamykające każdy dzień stworzenia. Kiedy jednak Bóg po raz ostatni spojrzał na to, co stworzył, rzekł: „bardzo dobre”. Dlaczego wtedy, na końcu powiedział tak Bóg? Co jest „bardzo dobre”?

Rosenzweig komentował: „W ogólnym »Tak« Stworzenia, dźwigającym na swych szerokich barkach wszystkie jednostkowe byty, oddziela się obszar, który zostaje potwierdzony inaczej, jako »bardzo«, a więc odmiennie niż wszystko inne; coś w Stworzeniu, co wskazuje jednak poza Stworzenie. Tym »bardzo«, które w samym Stworzeniu ogłasza Nadstworzenie, w tym, co ziemskie, Nad-ziemskie, tym czymś innym niż życie, które przynależy jednak do życia i tylko do życia, tym czymś, co zostało stworzone wraz z życiem jako jego ostateczność, a jednak daje życiu przeczuć spełnienie dopiero poza nim samym: tym czymś jest śmierć. Stworzona śmierć stworzenia jest znakiem zapowiadającym Objawienie życia nad-stworzonego. Śmierć, która dla każdej stworzonej rzeczy jest właściwym spełnieniem całej jej rzeczowości, spycha niedostrzegalnie Stworzenie w przeszłość i czyni je milczącą, trwałą zapowiedzią cudu własnej odnowy. Dlatego szóstego dnia Stworzenia nie powiedział Bóg, że było »dobre«, lecz: »bardzo dobre«! »Bardzo dobre«, tak uczą nasi starcy, bardzo dobra jest śmierć”.

Chciałoby się wierzyć Franzowi Rosenzweigowi, że śmierć jest „bardzo dobra”. Co innego jednak mówi nam ludzkie doświadczenie. Na owym „bardzo dobre” kładzie się cień. Doświadczenie uczy tego samego, co konkluzja przypowieści opowiadającej o człowieku, który mając poważne wątpliwości co do swego zbawienia, zapytał o to anioła podczas wieczornej modlitwy. Anioł odrzekł, że on także nie wie, ale może pofrunąć do Boga i zapytać. Poproszony o to, pofrunął i wrócił po chwili, stwierdzając: mam dla ciebie dwie wiadomości: radosną i smutną. Od której zacząć? Od radosnej proszę, odrzekł ów człowiek. „Będziesz zbawiony” – powiedział anioł. A smutna? – Niestety jutro rano.

Pomimo wiary w ciągłość życia po śmierci, nadziei na zmartwychwstanie, tego, że niebo nie jest puste, skoro jest jedyną możliwością spotkania bliskich, których nie ma już pośród nas, jednak to, co poprzedza „początek” i co jest poza śmiercią, stanowi nieprzekraczalną granicę i napawa nas prawdziwie ludzkim niepokojem i obawą. Spoza początku, spoza „tamtej strony” pada cień, który pozostawili nasi najbliżsi, którzy odeszli.

Jej filiżanka na stole

Śmierci doświadczamy najpierw poprzez śmierć bliskich. Po ich śmierci uderza nas nie dająca się niczym zapełnić pustka. Wypływa ona z przepaści między dwiema pełniami: z jednej strony pełnią obecności bliskiej osoby, której już „nie ma” i pełnią rzeczy i znaków, które mówią, jakby ona była. Początkowo nie dostrzegamy tej pustki. Otwieramy szafę i obok naszych ubrań widzimy ubrania bliskiego, jakby miał za chwilę przyjść, by wyjść z nami na spacer. Kroimy kilka kromek chleba za dużo, jakbyśmy nie mieli sami jeść kolacji. Potykamy się o zabawki dziecka, jakby miało ono sięgnąć po nie i znów wypełnić pokój radosnym szczebiotem. Obecna nieobecność. Później usuwamy ubrania z szafy, nie kroimy już więcej kromek chleba, zabawki chowamy głęboko, by nie wchodziły w oczy. Pustka staje się wyraźniejsza, a nieobecność jeszcze bardziej obecna.

Tak przedstawiał to doświadczenie Roman Brandstetter po śmierci swojej żony:

Uczyniłeś mnie samotnym,

Panie.

Chodzę po pustych pokojach.

Po czarnych pokojach.

A może otworzą się drzwi

I wejdzie

I powie:

– Przyszłam do ciebie,

Aby pomówić o wszystkim i o niczym (...)

Co to jest radość,

Panie?

Zgrzyt klucza w zamku

I nagła myśl:

Ona wraca do domu.

Jej filiżanka na stole.

Jej fotel.

Jej spojrzenie.

Jej bezszelestne stąpanie.

Jej pochylenie głowy nad książką.

Pustka jest nie tylko wokół, ale i w nas samych. Jeśli nie ma bliskiego: żony, męża, siostry, ukochanego dziecka, to i w nas nie powinno już być wszystkich tych przeżyć, które nas z nimi wiązały. Czujemy, że zebrali z sobą kawałek nas samych: naszego serca, pamięci, oczekiwań... Św. Augustyn pisał po śmierci przyjaciela: „W owych latach od pierwszej chwili, kiedy w rodzinnym mieście zacząłem nauczać, znalazłem przyjaciela, bardzo drogiego z powodu wspólności upodobań, rówieśnika, kwitnącego kwiatem młodości. Wzrastał on razem ze mną: równocześnie chodziliśmy do szkoły i wspólnie się bawiliśmy. (...) I oto Ty... zabrałeś człowieka z tego świata, gdy zaledwie rok przeżył ze mną w przyjaźni, milszej dla mnie nad wszystkie przyjemności ówczesnego życia. (...) Jakimże bólem zostało przyćmione serce me i na cokolwiek popatrzyłem, wszędzie była śmierć. Ojczyste miasto męką mi było, a dom rodzicielski dziwnym nieszczęściem; cokolwiek zaś łączyło mnie z przyjacielem, to bez niego obracało się w nieznośną torturę. Szukały go wszędzie oczy me, a nie było go; znienawidziłem wszystko, co było bez niego, i nic nie mogło mi już powiedzieć: oto idzie, jak bywało, gdy się zjawiał nieobecny. Sam stałem się dla siebie wielką zagadką”.

 

Z czasem rana się zarasta i w miejscu pustki pozostaje cień, cień nieusuwalny. Ludzie, którzy stracili bliskich, to ludzie żyjący z cieniem, zacienieni, nie ci sami, gdyż ich część pozostaje tam, poza początkiem. W ich życiu z czasem pojawia się coraz więcej cieni, znak, że sami coraz bardziej zbliżają się „tam”. Pozostaje im jedynie nadzieja, że cienie padają z tamtej strony, sprzed początku, gdzie jest pierwsza litera „Aleph”, „Anochi” – „Jam”: „Jam jest Pan, Bóg Twój”.

Tadeusz Gadacz – filozof, tłumacz. Ostatnio opublikował ,,Rozumowe poznanie Boga”.



 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl