Śmierć

 

Zaświaty u Herberta, Różewicza, Miłosza

ANDRZEJ FRANASZEK

 

To będzie zupełnie jak w tem życiu było

Dajcie mi jeszcze jedno życie, a będę śpiewał

w kawiarni „Rafaella”. Albo po prostu ziewał

siedząc tam. Lub stał w kącie, w charakterze jednego z mebli,

gdyby ten drugi żywot miał mniej szczodry być niż poprzedni

Josif Brodski



  Wyobrazić sobie, co czeka nas po śmierci... Zadanie przekraczające granice wyobraźni większości z nas.

 

Piekło zawsze było wyraźniejsze. Warstwy wyobrażeń, dzieła sztuki pozwalały pokoleniom ucieleśnić ich obawy, zmaterializować lęk. Dziś i ono jest w defensywie. Dantejskie opisy budzą szacunek dla poetyckiej wizji, nikt przecież nie widzi siebie pośród gorejących grobowców, nie mówiąc już o ludowych kotłach ze smołą. Współczesnemu człowiekowi trudno zaakceptować samą ideę kary; jeśli w ogóle wierzy, bliższe jest mu przeświadczenie o nieskończonym boskim miłosierdziu, przez które nie zostanie odtrącony.

Cóż dopiero niebo... Jego obraz zawsze był w chrześcijaństwie dość wątły i nieprzekonujący. Wystarczy porównać z sobą dwie strony malarskich wizji Sądu Ostatecznego. Po lewej – ogień, rozpalone postaci diabłów, widły, szarpiące krwiste ciała potępieńców. Po prawej – białe szaty, lilie, chóry wyśpiewujące chwałę Pana. Anemiczność, nuda.

Wyobrazić sobie zaświaty? Spójrzmy, jak z tym zadaniem zmagają się trzej wybitni poeci. Poeta jest wszak kodyfikatorem i prawodawcą zbiorowej wyobraźni.

„zagasłe oczy żwiru”

Poetycka praktyka Zbigniewa Herberta jest z tego punktu widzenia znana bodaj najlepiej. Tak wiele napisano już o jego wyobrażeniu pośmiertnych krain, o wizji podporządkowanej gestowi sprzeciwu wobec porzucenia tego, co ziemskie, cielesne, człowiecze.

Bohaterowie tej poezji – zaliczający sami siebie do grona tych, którzy przyjęli „chrzest ziemi” – zaświaty przeczuwają jako nieludzkie: obce a nawet wręcz wrogie człowiekowi. Znany wiersz „U wrót doliny” ukazuje chwilę przejścia na drugą stronę, przedsionek Sądu Ostatecznego, w sposób żywo przypominający obóz koncentracyjny, zarządzany przez okrutnych uskrzydlonych strażników. Raj to abstrakcyjna przestrzeń pozbawiona woni, smaków, cielesności, triumf tego, co nierzeczywiste i wykoncypowane. Dlatego Pan Cogito postanawia stawić opór, powtarza „żeby tylko nie anioł”, planuje wytłumaczyć „surowym aniołom / że wzrok i dotyk / nie chcą go opuścić”. Dokładnym przeciwieństwem niebiańskiego „przeanielenia” jest ludzka zmysłowość, a zwłaszcza dotyk – najuczciwszy ze zmysłów, gwarantujący prawdziwość poznania. Dotykanie, odczuwanie świata na własnej skórze – oto jest prawdziwe życie, nawet jeśli wiąże się z bólem. Mając do wyboru cierpienie i utratę człowieczeństwa (tym bowiem grozi zamieszkanie w raju), bohater herbertowski nie zastanawia się ani przez chwilę: „do końca będzie bronił / wspaniałego odczuwania bólu”.

Raz po raz deklaruje więc zamiar ucieczki z niebios. Zmarli w poezji autora „Epilogu burzy” odwiedzają żywych nie po to, by głosić konieczność pokuty, sugerować zapomnienie o codziennej, mało uduchowionej krzątaninie. Przeciwnie, są całkowicie oddani ziemskim drobiazgom, nad opowieść o raju czy piekle przedkładając doczesne błahostki. Usiłują na powrót wcisnąć się w życie, jak gdyby nigdy nic, dokończyć przerwane sprawy. Nie chcą być wzniośli ani patetyczni, cenią przyziemność, zdrowy rozsądek, zapachy kuchni. Dzięki temu są nam bliscy, zdają się stać tuż obok, na wyciągnięcie ręki. Jak przejmująca, jak ludzka jest troska zmarłego ojca: „ładnieście mnie ubrali / i pogrzeb bardzo piękny / tyle kwiatów o tej porze / to musi dużo kosztować”.

Jeśli bohaterowie tej twórczości modlą się, główną ich troską nie jest pośmiertne zbawienie. Proszą raczej o możliwość powrotu, jeszcze jedno życie, choćby i w innej, pośledniej, postaci. Bezdźwięczny trzepot skrzydeł ćmy brzmi w ich uszach piękniej niż śpiewana przez serafinów „Gloria”:

jeśli z nas trudno zrobić anioły

przemień nas w psy niebieskie

kundle o zmierzwionej sierści

ćmy o szarej twarzy

zagasłe oczy żwiru

ale nie daj

aby pożarł nas

nienasycony mrok twoich ołtarzy

powiedz tylko to jedno

że potem wrócimy.

Oczywiście czasem ukazywanie zaświatów służyło Herbertowi za metaforyczny wehikuł, pozwalało przemycać zdecydowanie bardziej doczesne obserwacje, usypiać czujność cenzora. I tak w wierszu „Co Pan Cogito myśli o piekle” „najniższy krąg piekła” to godny państwa opiekuńczego „azyl artystów”, zaś ironiczne „Sprawozdanie z raju” donosi, że „w raju tydzień pracy trwa trzydzieści godzin”... Ale dzieła tego twórcy nigdy nie ograniczają się do tylko jednej płaszczyzny znaczeń i nawet w ostatnim utworze, zdawałoby się: satyrze na mgliste obietnice socjalizmu, dochodzi do głosu zmysłowa miłość świata. Zwracający się do nas z wnętrza wiersza, głos poety z satysfakcją stwierdza: „nie udało się oddzielić dokładnie / ciała od duszy i przychodziła tutaj / z kroplą sadła nitką mięśni”. Pożądanie ziemi zarasta duszę jak chwast – szary, niepozorny, nie do wyplenienia.

Stąd też pochwała rzeczy – balastu, który nie pozwala duszy ulecieć w zimne, suche niebiosa. Wszystkich tych drobiazgów, bibelotów, przedmiocików: „Panie, / dzięki Ci składam za cały ten kram życia, w którym tonę od niepamiętnych czasów bez ratunku, śmiertelnie skupiony na ciągłym poszukiwaniu drobiazgów”.

Można powiedzieć, że Herbert – choć posługuje się kategoriami „raju” i „piekła” – w rzeczywistości wraca do intuicji przedchrześcijańskich. Jego zaświaty przypominają greckie Elizjum, szarą równinę, po której w milczeniu wędrują dusze: bez celu i kresu. Podział na zbawionych i potępionych wydaje się bohaterom tej poezji iluzoryczny. Sam brak ziemi jest dla nich wystarczającą karą, nie trzeba piekła i szatanów. To w ich imieniu skarży się Achilles: „Wolałbym do dzierżawcy iść pod biedną strzechę / Na parobka i w roli grzebać z ciężkim znojem / Niż tu panować nad tym cieniów marnych rojem”.

Herbert – uciekinier z Utopii. Herbert – uciekinier z raju...

Myślę z czułością o Panu Cogito, który po śmierci – budząc konsternację mieszkańców niebiańskiej Jerozolimy i nadwerężając boską cierpliwość – ustawicznie próbuje przeszmuglować się na ziemię:

więc po co wraca

pytają przyjaciele

z lepszego świata

mógłby tutaj pozostać

jakoś się urządzić [...]

więc po co wraca

– do wody dzieciństwa

– do splątanych korzeni

– do uścisku pamięci

– do ręki twarzy

spalonych na rusztach czasu

„to już wszystko”

Bohater wiersza Tadeusza Różewicza „Drzwi” przebywa w przestrzeni codziennej, zdawałoby się bezpiecznej – oto pokój, stół, kieliszek czerwonego wina. Nagle za progiem dostrzega trwające miejsce i czas swego dzieciństwa. Później „uchylają się / w oświetlonym krajobrazie / trzecie drzwi / a za nimi we mgle / w głębi / trochę w lewo / albo w środku / widzę / Nic”.

Utwór przypomniany w książce „Matka odchodzi” pochodzi z tomu „Twarz trzecia” z 1968 roku. W wersji pierwotnej finałowe „nic” pisane było z małej litery; zmiana jest znacząca – jakby w ciągu tych ponad 30 lat nicość rozrastała się, rosła w siłę. Wielkie Nic – znane czytelnikom „Nic w płaszczu Prospera” – przenika, jak się okazuje, nie tylko nasz świat, organizowany przez politykę czy historię. Pełznie dalej, pustoszy zaświaty.

Nie można więc się dziwić, że śmierć pokazuje się tu jako brutalny, nieodwołalny fakt, nie wykracza poza naoczność umierania. O utopionym chłopcu można stwierdzić jedynie, że jego „tu nie ma”, że „zamienił się / w rzecz”. „Wiem że umrę cały” – dopowiada podmiot wiersza „»Der Tod ist ein Meister aus Deutschland«”.

Bohaterowie dzieł Różewicza mogliby zresztą powiedzieć, iż żyją po własnej śmierci, przetrwawszy czas spełnionej apokalipsy, niczego więcej nie mają prawa się spodziewać. Jeśli nawet istniałby jakiś raj, nie potrafiliby porozumieć się z jego mieszkańcami – są przecież zbrukani, niegodni nieśmiertelności. Gdy syn marnotrawny wreszcie wraca do rodziny, gdy wchodzi do nieba „w zabłoconych butach”, przekonuje się, iż więź została zerwana ostatecznie. Od bliskich oddziela go wiedza o złu, ciężar świadomości: „Nie – przecież nie mogę im / powiedzieć że człowiek człowiekowi / skacze do gardła”.

W poezji autora „Niepokoju” intensywnie obecna jest śmierć, powracają umarli, nie ma natomiast próby ukazania obrazu zaświatów, jakby wrażliwość poety napotykała tu nieprzekraczalną barierę. Żywot wieczny to tak naprawdę nietrwałe wspomnienie, ułomna pamięć tego, który przeżył, „ocalonego”. Cienie nawiedzają go, nie przynosząc żadnych informacji o „tamtej stronie”. Można tylko powiedzieć, że stopniowo oddalają się od nas, milcząc zmierzają w nieznane, w niepamięć, jak Wanda Rutkiewicz z poematu „Gawęda o spóźnionej miłości”.

Jedyna więź w twórczości Różewicza, która zdaje się kwestionować nieodwołalność śmierci, to łączność syna z matką, niekończąca się rozmowa, kulminująca w zbiorze „Matka odchodzi”, a także w znakomitym, poruszającym wierszu „[Czas na mnie...]”:

Czas na mnie

czas nagli

co ze sobą zabrać

na tamten brzeg

nic

więc to już

wszystko

mamo

tak synku

to już wszystko

a więc to tylko tyle

tylko tyle

więc to jest całe życie

tak całe życie

Wielka jest siła tej wizji, przewrotnie odwołującej się do „Trenu XIX”. A przecież i tu niczego o zaświatach, o „tamtym brzegu” się nie orzeka, nacisk położono na nieodwołalność kresu, bolesnego faktu, że to, co nam się dotąd przydarzyło, jest już wszystkim.

„Nie wierzę w grzechów odpuszczenie / nie wierzę w ciała zmartwychwstanie” – słynna deklaracja z „Lamentu” zda się więc nadal patronować różewiczowskiemu światoodczuciu. Bluźnierczy, rozpaczliwy krzyk z debiutanckiego tomu „Niepokój” zostaje wielokrotnie powtórzony. Z czasem coraz bardziej narasta dramatyzm tej niewiary, przenikającej duszę jak oścień śmierci. „Nie wierzę / nie wierzę od przebudzenia / do zaśnięcia” – czytamy w wierszu o znamiennym tytule „Cierń”.

Nicość przenicowuje także nadzieję życia pośmiertnego. Pacyfikuje niebo, skąd „zwiesza się słodkie / grono martwych aniołków”. Jezus, Baranek Boży, który miał zgładzić grzechy tego świata – „uciekł schował się w szafie / beczy / z chorągiewką wbitą w oko / krew tryska”. Na pustej ziemi pozostały tylko katedry, „żebra umarłego Boga” oraz samotni ludzie: „zwierzęta tajemnicze / które urodziły boga / a potem go zabiły”.

A przecież poezja ta nie jest wzruszeniem ramion lecz dramatem. Jeśli Bóg umarł, to jak można z nim walczyć, buntować się przeciw niemu, zmagać z aniołem: „złapałem go za nogę / spadł na mój śmietnik”? Niezmiernie trudno jest ocenić, gdzie w twórczości autora „Płaskorzeźby” przebiega granica między niewiarą a pragnieniem wiary; negacją a paradoksalnym utwierdzeniem; niepamięcią a bluźnierczą, ale jednak: modlitwą. Czasem wije się ona między dwoma wersami tej samej strofy: „życie bez boga jest możliwe / życie bez boga jest niemożliwe”.

Różewicz jest reprezentantem XX-wiecznej duchowości, osaczonej przez pamięć piekła na ziemi, które zbudował człowiek, nie napotykając oporu Boga; podmywanej przez fale zwątpienia; obciążonej nawarstwieniami ironii; nie mogącej sobie pozwolić na otwartość; do wyznania zmierzającej przez negację. Byłoby równym uproszczeniem i nadużyciem uznać go za indyferentnego religijnie ateistę, co próbować na siłę zaciągnąć do kruchty, przekreślając wszystkie jego bolesne zwątpienia. Wreszcie: nie łatwo ocenić (podobnie, jak w trakcie lektury Nietzschego), czy poeta zapewniając, iż Bóg umarł, składa osobistą deklarację, czy diagnozuje (z ironią? przerażeniem?) stan współczesnej duchowości. Czy mówi o pustce w niebie, czy w duszy człowieka.

Październikowy numer miesięcznika „Twórczość” przynosi wiersz „Brama”, przywołujący dantejskie drzwi do piekła. Czytamy jednak: „odwagi! / za tą bramą / nie ma piekła / piekło zostało zdemontowane / przez teologów / i psychologów głębi / zostało zamienione w alegorie / ze wzglądów humanitarnych / i wychowawczych”. Przenikają się dwie perspektywy – metafizyczna i socjologiczna, a sam Różewicz zbyt nieraz łatwo przechodzi od religii do publicystyki. W czasie marnym – gdy „marnieje religia filozofia sztuka, a to „co zostało / wystarczy jeszcze / dla felietonistów / z »Tygodnika Powszechnego« i »Polityki«” – również autorowi „recyclingu” trudno jest ustrzec się przed obniżeniem tonu. Flirt z chaosem potrafi być dla poezji zabójczy i jest coś zastanawiającego w obfitości różewiczowskich strof, które szeleszczą gazetowym papierem, giną wśród pisków z radioodbiornika.

Zawsze przecież pośród popiołu napotykamy wspaniałe, raniące palce, grudy:

szliśmy wzdłuż strumienia

i ja wiedząc że ona już była

umarła

zawołałem do niej po imieniu

a ona idąc dalej obejrzała się i

położyła palec na ustach

„ustało wszelkie wiedzenie”

Na pierwszy rzut oka wizja Czesława Miłosza jest zbieżna z wyobrażeniami Herberta. Autor „To” nie wędruje w obszary niebiańskie, pragnie powrócić na ziemię, tu spotkać się z tymi, którzy odeszli. Interpretację potwierdza wiele cech tej twórczości.

A więc intensywność, z jaką poezja Miłosza przesycona jest zmysłowym konkretem, to wielokrotnie poświadczane, erotyczne zachwycenie światem, w całym jego bogactwie, wielości kolorów, zapachów, smaków. Miłość, jaka budzi się w Miłoszu-obserwatorze na widok rozlanego szeroko nurtu rzeki, spękanej kory drzewa, kobiecego ciała, oferującego ciemną tajemnicę...

Silna więź, wiążąca bohatera jego wierszy z tymi, którzy odeszli, powracające dialogi ze zmarłymi, ponawiany obrzęd Dziadów, chęć obdarowania zmarłych choćby pozorem życia, trwaniem, jakie może zagwarantować wypowiedzenie przez poetę umarłych imion i żywotów, zapisanie słów, zda się – całkiem już zblakłych. To właśnie zamyślenie nad przemijaniem („Miłości moja, gdzież są, dokąd idą / Błysk ręki, linia biegu, szelest grud – / Nie z żalu pytam, ale z zamyślenia.”), czułość okazywana odeszłemu światu, tym wszystkim drobinom bytu, które – przesypawszy się przez grań nicości – trwają tylko w naszej pamięci, prowadzi Miłosza do fascynacji apokatastazą, kusi wiarą w ostateczne przywrócenie, finalny powrót, wyzwolenie z czasu, które dokona się u kresu historii.

A przecież sprawa nie jest jednoznaczna.

W wierszu „Zdarzenia gdzie indziej” znajdujemy obraz przy-piekielnej strefy, przez którą diabli prowadzą potępionego „Adamka”. Wizerunek biesów, wyposażonych w poręczne widełki, nieco ironicznie gra z ludowymi wyobrażeniami. Tylko jednak „nieco”, bo Miłosz-manichejczyk nie sądzi, że zło jest brakiem dobra, diabeł zaś – hipostazą. Przeciwnie: w jego oczach obecność zła jest intensywna, zaś szatan może się ukazać – jak Aleksandrowi Watowi – w postaci kosmatej, z kopytkami.

Dzięki czemu jednak diabli roszczą sobie prawo do duszy „Adamka”? Powodem jest, iż ten za życia uważał się za całkowicie niewinnego. Grzeszył więc pychą, nadmiernie rozwiniętą miłością własną. W piekło wtrąca nas nasze „ja” – ambicje, namiętności, pożądania, egoizm. Proprium – mówi za Swedenborgiem autor „Ziemi Ulro”. Skoro tak, sceny malowane przez Boscha rozgrywają się tu i teraz, na tej ziemi, pomiędzy ludźmi i w nich samych: „A jednak zaznałeś piekielnych płomieni. / Mógłbyś nawet powiedzieć jakie są: prawdziwe, / Zakończone ostrymi hakami żeby darły mięso / Po kawałku, do kości”.

Śledząc twórczość Miłosza, nie sposób nie zauważyć udręki, szamotaniny człowieka obdarzonego (obarczonego?) skrupulatnym sumieniem. Już w „Obłokach” z 1935 roku czytamy: „obłoki białe i milczące, / patrzę na was o świcie oczami łez pełnemi / i wiem, że we mnie pycha, pożądanie / i okrucieństwo, i ziarno pogardy / dla snu martwego splatają posłanie, / a kłamstwa mego najpiękniejsze farby / zakryły prawdę”. Przez dziesięciolecia trwają wątpliwości, udręczenia, nie milkną głosy Erynii: „Co zrobiłeś ze swoim życiem, / co zrobiłeś?”.

Stąd pragnienie spotkania kogoś, kto wyjaśniłby sens życiowego chaosu, marzenie syna o ojcu, który uprawomocni, zaakceptuje, pocieszy. Takie spotkanie to chwila niewypowiedzianego szczęścia:

W głębokiej starości, z pogarszającym się zdrowiem, obudziłem się w środku nocy i wtedy tego doznałem. Było to uczucie szczęścia tak olbrzymiego i doskonałego, że w życiu minionym istniały tylko jego zadatki. I to szczęście nie miało żadnych powodów. Nie usuwało świadomości i nie znikała przeszłość, którą w sobie nosiłem razem z moją zgryzotą. Teraz nagle została włączona jako potrzebna część całości. Jakby jakiś głos mówił: „Nie martw się, wszystko odbyło się tak jak być musiało, zrobiłeś, co tobie było wyznaczone i nie musisz już myśleć o rzeczach dawnych”. Spokój, który czułem, był spokojem zamknięcia rachunków i łączył się z myślą o śmierci. Szczęście po tej stronie było niby zapowiedź tego samego po drugiej stronie. Zdawałem sobie sprawę, że otrzymuję dar nieoczekiwany i nie mogłem pojąć, dlaczego spadła na mnie ta łaska.

Zdaje się więc, iż dla Miłosza wizja nieba to przede wszystkim nadzieja wyzwolenia od wszystkich zawęźleń, rozpaczy, zwątpień; łaska zaakceptowania siebie, skomplikowanej materii postępków i myśli, które stały się moim udziałem. Wtedy będzie możliwe dostrzeżenia sensu w splątanych niciach losu, wtedy pokornie zrezygnujemy z uroszczeń „ja”, nauczymy się kochać, bo przecież „miłość to znaczy popatrzeć na siebie, / Tak jak się patrzy na obce nam rzeczy”...

Z tego punktu widzenia preludium raju potrafi być – niespodziewanie, mimo wszelkich wiążących się z nią boleści i udręk – starość. Oczywiście nie każda, ale ta będąca chwilą uspokojenia, Iwaszkiewiczowską serenité, kiedy słabnie żądza uczestnictwa w życiowym wyścigu, gdy można już powiedzieć do samego siebie: „Zapomnij o cierpieniach, / Które sam zadałeś. / Zapomnij o cierpieniach, / Które tobie zadano”.

Jak pamiętają czytelnicy poematu „Świat (Poema naiwne)” oraz „Głosów biednych ludzi” – tych miłoszowskich „Pieśni niewinności” i „Pieśni doświadczenia”, „ukazujących – wyjaśniał Blake – dwa przeciwne sobie stany ludzkiej duszy” – poetę fascynują zmiany w postrzeganiu świata, uzależnione od duchowego stanu, w jakim się znajdujemy. Jest w tym głęboka intuicja – któż z nas nie zauważył kiedyś, iż te same życiowe okoliczności jawią się jako udręczające lub błogosławione, w zależności od siły, radości życia czy też bolesnego znudzenia, rozpaczy, które nam towarzyszą. Niebo byłoby więc ziemią, na którą patrzymy zapomniawszy o udręczeniach, ekstatycznym zachwyceniem, gdy daje się przezwyciężyć tkwiące w nas mroczne „to”.

Wypadnie zmodyfikować wcześniejszą obserwację. Dla Czesława Miłosza wymarzonymi niebiosami jest ziemia, ale oczyszczona, jakby raz jeszcze zobaczona ufnymi oczyma dziecka. Rajem – przywrócenie do nadziei dzieciństwa. Zbawieniem – powrót do wspaniałego ogrodu, zobaczonego poprzez oczy przemyte łzami, powrót – najlepiej ujmują to słowa samego poety – „po odcierpieniu”. Intuicję takiego stanu przekazuje nam podmiot wiersza „Łąka”:

Była to łąka nadrzeczna, bujna, sprzed

sianokosów,

W nieskazitelnym dniu czerwcowego słońca.

Całe życie szukałem jej, znalazłem

i rozpoznałem:

Rosły tu trawy i kwiaty kiedyś znajome

dziecku.

Przez na wpół przymknięte powieki

wchłaniałem świetlistość.

I zapach mnie ogarnął, ustało wszelkie

wiedzenie.

Nagle poczułem, że znikam i płaczę

ze szczęścia.

Wyzwoleni od piekła, jakie stwarzamy sobie za życia, wrócimy może do tej krainy, którą opisuje „Świat...”. Odnajdziemy spowitą chmielem furtkę, wygładzoną tysiącami dotknięć drewnianą klamkę, skrzypiące schody, po których zejdą do nas ci wszyscy, których utraciliśmy, obmyci „ze zła i choroby”, rozświetleni. Choć opatrzoną ciężkimi warunkami, otrzymaliśmy przecież obietnicę. Boże słowo, które przypomina piękny wiersz „Ogrodnik”:

Nieszczęsne moje dzieci, jaka długa droga,

Nim zrujnowany ogród zakwitnie od nowa,

I lipową aleją wrócicie przed ganek,

Gdzie na rabatkach pachną szałwia

i tymianek.


Czytając wiersze Herberta, Różewicza, Miłosza, za każdym razem – choć na różne sposoby – odnajdujemy przywiązanie do ziemskiego świata, doczesnej rzeczywistości. Ich poezja karmi się zmysłowym konkretem, a jednocześnie poświadcza wzruszające, głęboko ludzkie pragnienie powrotu. Przemycenia naszego świata poprzez wrota śmierci.

Jedną z najbardziej poruszających książek na temat umierania jest „Ubik” Philipa K. Dicka. Oto grupka ludzi ociera się śmierć. Przeżyli, ale stopniowo coś złego zaczyna dziać się z ich światem. Jakby toczył go rak nicości, wydzierając materii bycia kolejne kęsy. Wszystko niszczeje, rozpada się, gnije. Wreszcie i oni sami ulegają temu procesowi, kolejno umierając, a właściwie rozpadając się, ulegając błyskawicznej degradacji. Zaczynamy rozumieć. Oni wszyscy już dawno temu umarli, ale pragnienie życia było silne na tyle, by przez czas jakiś podtrzymać trwanie osobowości, istnienie świata. Swedenborg wspomina o duszach, które nie zauważają, że są już po drugiej stronie, w zaświatach.

Powtarzam w myślach piękną frazę z „Symfonii listopadowej” Oskara Miłosza, którą jego młodziutki krewniak tłumaczył ponad pół wieku temu: „To będzie zupełnie jak w tem życiu było”...

Andrzej Franaszek – krytyk literacki, autor poświęconej twórczości Herberta książki „Ciemne źródło”.  

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl