|
Śmierć
Zaświaty u Herberta, Różewicza, Miłosza
ANDRZEJ FRANASZEK
To będzie zupełnie jak w tem
życiu było
Dajcie mi jeszcze jedno życie, a będę śpiewał
w kawiarni „Rafaella”. Albo po
prostu ziewał
siedząc tam. Lub stał w kącie, w
charakterze jednego z mebli,
gdyby ten drugi żywot miał mniej szczodry
być niż poprzedni
Josif Brodski
Wyobrazić sobie, co czeka nas po śmierci... Zadanie
przekraczające granice wyobraźni większości z nas.
Piekło zawsze było wyraźniejsze. Warstwy wyobrażeń, dzieła
sztuki pozwalały pokoleniom ucieleśnić ich obawy,
zmaterializować lęk. Dziś i ono jest w defensywie. Dantejskie
opisy budzą szacunek dla poetyckiej wizji, nikt przecież nie
widzi siebie pośród gorejących grobowców, nie mówiąc już
o ludowych kotłach ze smołą. Współczesnemu człowiekowi
trudno zaakceptować samą ideę kary; jeśli w ogóle wierzy,
bliższe jest mu przeświadczenie o nieskończonym boskim miłosierdziu,
przez które nie zostanie odtrącony.
Cóż dopiero niebo... Jego obraz zawsze był w chrześcijaństwie
dość wątły i nieprzekonujący. Wystarczy porównać z sobą
dwie strony malarskich wizji Sądu Ostatecznego. Po lewej
– ogień, rozpalone postaci diabłów, widły, szarpiące
krwiste ciała potępieńców. Po prawej – białe szaty,
lilie, chóry wyśpiewujące chwałę Pana. Anemiczność, nuda.
Wyobrazić sobie zaświaty? Spójrzmy, jak z tym zadaniem
zmagają się trzej wybitni poeci. Poeta jest wszak
kodyfikatorem i prawodawcą zbiorowej wyobraźni.
„zagasłe oczy żwiru”
Poetycka praktyka Zbigniewa Herberta jest z tego punktu
widzenia znana bodaj najlepiej. Tak wiele napisano już o jego
wyobrażeniu pośmiertnych krain, o wizji podporządkowanej
gestowi sprzeciwu wobec porzucenia tego, co ziemskie, cielesne,
człowiecze.
Bohaterowie tej poezji – zaliczający sami siebie do
grona tych, którzy przyjęli „chrzest ziemi” – zaświaty
przeczuwają jako nieludzkie: obce a nawet wręcz wrogie człowiekowi.
Znany wiersz „U wrót doliny” ukazuje chwilę przejścia
na drugą stronę, przedsionek Sądu Ostatecznego, w sposób żywo
przypominający obóz koncentracyjny, zarządzany przez
okrutnych uskrzydlonych strażników. Raj to abstrakcyjna
przestrzeń pozbawiona woni, smaków, cielesności, triumf tego,
co nierzeczywiste i wykoncypowane. Dlatego Pan Cogito postanawia
stawić opór, powtarza „żeby tylko nie anioł”,
planuje wytłumaczyć „surowym aniołom / że wzrok i dotyk /
nie chcą go opuścić”. Dokładnym przeciwieństwem
niebiańskiego „przeanielenia” jest ludzka zmysłowość,
a zwłaszcza dotyk – najuczciwszy ze zmysłów, gwarantujący
prawdziwość poznania. Dotykanie, odczuwanie świata na własnej
skórze – oto jest prawdziwe życie, nawet jeśli wiąże
się z bólem. Mając do wyboru cierpienie i utratę człowieczeństwa
(tym bowiem grozi zamieszkanie w raju), bohater herbertowski nie
zastanawia się ani przez chwilę: „do końca będzie bronił
/ wspaniałego odczuwania bólu”.
Raz po raz deklaruje więc zamiar ucieczki z niebios. Zmarli
w poezji autora „Epilogu burzy” odwiedzają żywych nie
po to, by głosić konieczność pokuty, sugerować zapomnienie
o codziennej, mało uduchowionej krzątaninie. Przeciwnie, są
całkowicie oddani ziemskim drobiazgom, nad opowieść o raju
czy piekle przedkładając doczesne błahostki. Usiłują na
powrót wcisnąć się w życie, jak gdyby nigdy nic, dokończyć
przerwane sprawy. Nie chcą być wzniośli ani patetyczni, cenią
przyziemność, zdrowy rozsądek, zapachy kuchni. Dzięki temu są
nam bliscy, zdają się stać tuż obok, na wyciągnięcie ręki.
Jak przejmująca, jak ludzka jest troska zmarłego ojca: „ładnieście
mnie ubrali / i pogrzeb bardzo piękny / tyle kwiatów o tej
porze / to musi dużo kosztować”.
Jeśli bohaterowie tej twórczości modlą się, główną
ich troską nie jest pośmiertne zbawienie. Proszą raczej o możliwość
powrotu, jeszcze jedno życie, choćby i w innej, pośledniej,
postaci. Bezdźwięczny trzepot skrzydeł ćmy brzmi w ich
uszach piękniej niż śpiewana przez serafinów „Gloria”:
jeśli z nas trudno zrobić anioły
przemień nas w psy niebieskie
kundle o zmierzwionej sierści
ćmy o szarej twarzy
zagasłe oczy żwiru
ale nie daj
aby pożarł nas
nienasycony mrok twoich ołtarzy
powiedz tylko to jedno
że potem wrócimy.
Oczywiście czasem ukazywanie zaświatów służyło
Herbertowi za metaforyczny wehikuł, pozwalało przemycać
zdecydowanie bardziej doczesne obserwacje, usypiać czujność
cenzora. I tak w wierszu „Co Pan Cogito myśli o piekle”
„najniższy krąg piekła” to godny państwa opiekuńczego
„azyl artystów”, zaś ironiczne „Sprawozdanie z
raju” donosi, że „w raju tydzień pracy trwa trzydzieści
godzin”... Ale dzieła tego twórcy nigdy nie ograniczają
się do tylko jednej płaszczyzny znaczeń i nawet w ostatnim
utworze, zdawałoby się: satyrze na mgliste obietnice
socjalizmu, dochodzi do głosu zmysłowa miłość świata.
Zwracający się do nas z wnętrza wiersza, głos poety z
satysfakcją stwierdza: „nie udało się oddzielić dokładnie
/ ciała od duszy i przychodziła tutaj / z kroplą sadła nitką
mięśni”. Pożądanie ziemi zarasta duszę jak chwast
– szary, niepozorny, nie do wyplenienia.
Stąd też pochwała rzeczy – balastu, który nie
pozwala duszy ulecieć w zimne, suche niebiosa. Wszystkich tych
drobiazgów, bibelotów, przedmiocików: „Panie, / dzięki Ci
składam za cały ten kram życia, w którym tonę od niepamiętnych
czasów bez ratunku, śmiertelnie skupiony na ciągłym
poszukiwaniu drobiazgów”.
Można powiedzieć, że Herbert – choć posługuje się
kategoriami „raju” i „piekła” – w
rzeczywistości wraca do intuicji przedchrześcijańskich. Jego
zaświaty przypominają greckie Elizjum, szarą równinę, po której
w milczeniu wędrują dusze: bez celu i kresu. Podział na
zbawionych i potępionych wydaje się bohaterom tej poezji
iluzoryczny. Sam brak ziemi jest dla nich wystarczającą karą,
nie trzeba piekła i szatanów. To w ich imieniu skarży się
Achilles: „Wolałbym do dzierżawcy iść pod biedną strzechę
/ Na parobka i w roli grzebać z ciężkim znojem / Niż tu
panować nad tym cieniów marnych rojem”.
Herbert – uciekinier z Utopii. Herbert –
uciekinier z raju...
Myślę z czułością o Panu Cogito, który po śmierci
– budząc konsternację mieszkańców niebiańskiej
Jerozolimy i nadwerężając boską cierpliwość –
ustawicznie próbuje przeszmuglować się na ziemię:
więc po co wraca
pytają przyjaciele
z lepszego świata
mógłby tutaj pozostać
jakoś się urządzić [...]
więc po co wraca
– do wody dzieciństwa
– do splątanych korzeni
– do uścisku pamięci
– do ręki twarzy
spalonych na rusztach czasu
„to już wszystko”
Bohater wiersza Tadeusza Różewicza „Drzwi” przebywa
w przestrzeni codziennej, zdawałoby się bezpiecznej –
oto pokój, stół, kieliszek czerwonego wina. Nagle za progiem
dostrzega trwające miejsce i czas swego dzieciństwa. Później
„uchylają się / w oświetlonym krajobrazie / trzecie drzwi /
a za nimi we mgle / w głębi / trochę w lewo / albo w środku
/ widzę / Nic”.
Utwór przypomniany w książce „Matka odchodzi”
pochodzi z tomu „Twarz trzecia” z 1968 roku. W wersji
pierwotnej finałowe „nic” pisane było z małej litery;
zmiana jest znacząca – jakby w ciągu tych ponad 30 lat
nicość rozrastała się, rosła w siłę. Wielkie Nic –
znane czytelnikom „Nic w płaszczu Prospera” –
przenika, jak się okazuje, nie tylko nasz świat, organizowany
przez politykę czy historię. Pełznie dalej, pustoszy zaświaty.
Nie można więc się dziwić, że śmierć pokazuje się tu
jako brutalny, nieodwołalny fakt, nie wykracza poza naoczność
umierania. O utopionym chłopcu można stwierdzić jedynie, że
jego „tu nie ma”, że „zamienił się / w
rzecz”. „Wiem że umrę cały” – dopowiada
podmiot wiersza „»Der Tod ist ein Meister aus
Deutschland«”.
Bohaterowie dzieł Różewicza mogliby zresztą powiedzieć,
iż żyją po własnej śmierci, przetrwawszy czas spełnionej
apokalipsy, niczego więcej nie mają prawa się spodziewać. Jeśli
nawet istniałby jakiś raj, nie potrafiliby porozumieć się z
jego mieszkańcami – są przecież zbrukani, niegodni nieśmiertelności.
Gdy syn marnotrawny wreszcie wraca do rodziny, gdy wchodzi do
nieba „w zabłoconych butach”, przekonuje się, iż więź
została zerwana ostatecznie. Od bliskich oddziela go wiedza o złu,
ciężar świadomości: „Nie – przecież nie mogę im /
powiedzieć że człowiek człowiekowi / skacze do gardła”.
W poezji autora „Niepokoju” intensywnie obecna jest
śmierć, powracają umarli, nie ma natomiast próby ukazania
obrazu zaświatów, jakby wrażliwość poety napotykała tu
nieprzekraczalną barierę. Żywot wieczny to tak naprawdę
nietrwałe wspomnienie, ułomna pamięć tego, który przeżył,
„ocalonego”. Cienie nawiedzają go, nie przynosząc żadnych
informacji o „tamtej stronie”. Można tylko powiedzieć,
że stopniowo oddalają się od nas, milcząc zmierzają w
nieznane, w niepamięć, jak Wanda Rutkiewicz z poematu „Gawęda
o spóźnionej miłości”.
Jedyna więź w twórczości Różewicza, która zdaje się
kwestionować nieodwołalność śmierci, to łączność syna z
matką, niekończąca się rozmowa, kulminująca w zbiorze „Matka
odchodzi”, a także w znakomitym, poruszającym wierszu „[Czas
na mnie...]”:
Czas na mnie
czas nagli
co ze sobą zabrać
na tamten brzeg
nic
więc to już
wszystko
mamo
tak synku
to już wszystko
a więc to tylko tyle
tylko tyle
więc to jest całe życie
tak całe życie
Wielka jest siła tej wizji, przewrotnie odwołującej się
do „Trenu XIX”. A przecież i tu niczego o zaświatach,
o „tamtym brzegu” się nie orzeka, nacisk położono na
nieodwołalność kresu, bolesnego faktu, że to, co nam się
dotąd przydarzyło, jest już wszystkim.
„Nie wierzę w grzechów odpuszczenie / nie wierzę w ciała
zmartwychwstanie” – słynna deklaracja z „Lamentu”
zda się więc nadal patronować różewiczowskiemu światoodczuciu.
Bluźnierczy, rozpaczliwy krzyk z debiutanckiego tomu „Niepokój”
zostaje wielokrotnie powtórzony. Z czasem coraz bardziej
narasta dramatyzm tej niewiary, przenikającej duszę jak oścień
śmierci. „Nie wierzę / nie wierzę od przebudzenia / do zaśnięcia”
– czytamy w wierszu o znamiennym tytule „Cierń”.
Nicość przenicowuje także nadzieję życia pośmiertnego.
Pacyfikuje niebo, skąd „zwiesza się słodkie / grono
martwych aniołków”. Jezus, Baranek Boży, który miał
zgładzić grzechy tego świata – „uciekł schował się
w szafie / beczy / z chorągiewką wbitą w oko / krew
tryska”. Na pustej ziemi pozostały tylko katedry, „żebra
umarłego Boga” oraz samotni ludzie: „zwierzęta
tajemnicze / które urodziły boga / a potem go zabiły”.
A przecież poezja ta nie jest wzruszeniem ramion lecz
dramatem. Jeśli Bóg umarł, to jak można z nim walczyć,
buntować się przeciw niemu, zmagać z aniołem: „złapałem
go za nogę / spadł na mój śmietnik”? Niezmiernie
trudno jest ocenić, gdzie w twórczości autora „Płaskorzeźby”
przebiega granica między niewiarą a pragnieniem wiary; negacją
a paradoksalnym utwierdzeniem; niepamięcią a bluźnierczą,
ale jednak: modlitwą. Czasem wije się ona między dwoma
wersami tej samej strofy: „życie bez boga jest możliwe / życie
bez boga jest niemożliwe”.
Różewicz jest reprezentantem XX-wiecznej duchowości,
osaczonej przez pamięć piekła na ziemi, które zbudował człowiek,
nie napotykając oporu Boga; podmywanej przez fale zwątpienia;
obciążonej nawarstwieniami ironii; nie mogącej sobie pozwolić
na otwartość; do wyznania zmierzającej przez negację. Byłoby
równym uproszczeniem i nadużyciem uznać go za indyferentnego
religijnie ateistę, co próbować na siłę zaciągnąć do
kruchty, przekreślając wszystkie jego bolesne zwątpienia.
Wreszcie: nie łatwo ocenić (podobnie, jak w trakcie lektury
Nietzschego), czy poeta zapewniając, iż Bóg umarł, składa
osobistą deklarację, czy diagnozuje (z ironią? przerażeniem?)
stan współczesnej duchowości. Czy mówi o pustce w niebie,
czy w duszy człowieka.
Październikowy numer miesięcznika „Twórczość”
przynosi wiersz „Brama”, przywołujący dantejskie drzwi
do piekła. Czytamy jednak: „odwagi! / za tą bramą / nie ma
piekła / piekło zostało zdemontowane / przez teologów / i
psychologów głębi / zostało zamienione w alegorie / ze wzglądów
humanitarnych / i wychowawczych”. Przenikają się dwie
perspektywy – metafizyczna i socjologiczna, a sam Różewicz
zbyt nieraz łatwo przechodzi od religii do publicystyki. W
czasie marnym – gdy „marnieje religia filozofia sztuka,
a to „co zostało / wystarczy jeszcze / dla felietonistów / z
»Tygodnika Powszechnego« i »Polityki«”
– również autorowi „recyclingu” trudno jest
ustrzec się przed obniżeniem tonu. Flirt z chaosem potrafi być
dla poezji zabójczy i jest coś zastanawiającego w obfitości
różewiczowskich strof, które szeleszczą gazetowym papierem,
giną wśród pisków z radioodbiornika.
Zawsze przecież pośród popiołu napotykamy wspaniałe,
raniące palce, grudy:
szliśmy wzdłuż strumienia
i ja wiedząc że ona już była
umarła
zawołałem do niej po imieniu
a ona idąc dalej obejrzała się i
położyła palec na ustach
„ustało wszelkie wiedzenie”
Na pierwszy rzut oka wizja Czesława Miłosza jest zbieżna z
wyobrażeniami Herberta. Autor „To” nie wędruje w
obszary niebiańskie, pragnie powrócić na ziemię, tu spotkać
się z tymi, którzy odeszli. Interpretację potwierdza wiele
cech tej twórczości.
A więc intensywność, z jaką poezja Miłosza przesycona
jest zmysłowym konkretem, to wielokrotnie poświadczane,
erotyczne zachwycenie światem, w całym jego bogactwie, wielości
kolorów, zapachów, smaków. Miłość, jaka budzi się w Miłoszu-obserwatorze
na widok rozlanego szeroko nurtu rzeki, spękanej kory drzewa,
kobiecego ciała, oferującego ciemną tajemnicę...
Silna więź, wiążąca bohatera jego wierszy z tymi, którzy
odeszli, powracające dialogi ze zmarłymi, ponawiany obrzęd
Dziadów, chęć obdarowania zmarłych choćby pozorem życia,
trwaniem, jakie może zagwarantować wypowiedzenie przez poetę
umarłych imion i żywotów, zapisanie słów, zda się –
całkiem już zblakłych. To właśnie zamyślenie nad
przemijaniem („Miłości moja, gdzież są, dokąd idą / Błysk
ręki, linia biegu, szelest grud – / Nie z żalu pytam,
ale z zamyślenia.”), czułość okazywana odeszłemu światu,
tym wszystkim drobinom bytu, które – przesypawszy się
przez grań nicości – trwają tylko w naszej pamięci,
prowadzi Miłosza do fascynacji apokatastazą, kusi wiarą w
ostateczne przywrócenie, finalny powrót, wyzwolenie z czasu,
które dokona się u kresu historii.
A przecież sprawa nie jest jednoznaczna.
W wierszu „Zdarzenia gdzie indziej” znajdujemy obraz
przy-piekielnej strefy, przez którą diabli prowadzą potępionego
„Adamka”. Wizerunek biesów, wyposażonych w poręczne
widełki, nieco ironicznie gra z ludowymi wyobrażeniami. Tylko
jednak „nieco”, bo Miłosz-manichejczyk nie sądzi, że
zło jest brakiem dobra, diabeł zaś – hipostazą.
Przeciwnie: w jego oczach obecność zła jest intensywna, zaś
szatan może się ukazać – jak Aleksandrowi Watowi
– w postaci kosmatej, z kopytkami.
Dzięki czemu jednak diabli roszczą sobie prawo do duszy „Adamka”?
Powodem jest, iż ten za życia uważał się za całkowicie
niewinnego. Grzeszył więc pychą, nadmiernie rozwiniętą miłością
własną. W piekło wtrąca nas nasze „ja” –
ambicje, namiętności, pożądania, egoizm. Proprium – mówi
za Swedenborgiem autor „Ziemi Ulro”. Skoro tak, sceny
malowane przez Boscha rozgrywają się tu i teraz, na tej ziemi,
pomiędzy ludźmi i w nich samych: „A jednak zaznałeś
piekielnych płomieni. / Mógłbyś nawet powiedzieć jakie są:
prawdziwe, / Zakończone ostrymi hakami żeby darły mięso / Po
kawałku, do kości”.
Śledząc twórczość Miłosza, nie sposób nie zauważyć
udręki, szamotaniny człowieka obdarzonego (obarczonego?)
skrupulatnym sumieniem. Już w „Obłokach” z 1935 roku
czytamy: „obłoki białe i milczące, / patrzę na was o świcie
oczami łez pełnemi / i wiem, że we mnie pycha, pożądanie /
i okrucieństwo, i ziarno pogardy / dla snu martwego splatają
posłanie, / a kłamstwa mego najpiękniejsze farby / zakryły
prawdę”. Przez dziesięciolecia trwają wątpliwości,
udręczenia, nie milkną głosy Erynii: „Co zrobiłeś ze
swoim życiem, / co zrobiłeś?”.
Stąd pragnienie spotkania kogoś, kto wyjaśniłby sens życiowego
chaosu, marzenie syna o ojcu, który uprawomocni, zaakceptuje,
pocieszy. Takie spotkanie to chwila niewypowiedzianego szczęścia:
W głębokiej starości, z pogarszającym się zdrowiem,
obudziłem się w środku nocy i wtedy tego doznałem.
Było to uczucie szczęścia tak olbrzymiego i doskonałego,
że w życiu minionym istniały tylko jego zadatki. I to
szczęście nie miało żadnych powodów. Nie usuwało świadomości
i nie znikała przeszłość, którą w sobie nosiłem
razem z moją zgryzotą. Teraz nagle została włączona
jako potrzebna część całości. Jakby jakiś głos mówił: „Nie
martw się, wszystko odbyło się tak jak być musiało, zrobiłeś,
co tobie było wyznaczone i nie musisz już myśleć o rzeczach
dawnych”. Spokój, który czułem, był spokojem zamknięcia
rachunków i łączył się z myślą o śmierci.
Szczęście po tej stronie było niby zapowiedź tego samego po
drugiej stronie. Zdawałem sobie sprawę, że otrzymuję dar
nieoczekiwany i nie mogłem pojąć, dlaczego spadła na
mnie ta łaska.
Zdaje się więc, iż dla Miłosza wizja nieba to przede
wszystkim nadzieja wyzwolenia od wszystkich zawęźleń,
rozpaczy, zwątpień; łaska zaakceptowania siebie,
skomplikowanej materii postępków i myśli, które stały się
moim udziałem. Wtedy będzie możliwe dostrzeżenia sensu w splątanych
niciach losu, wtedy pokornie zrezygnujemy z uroszczeń „ja”,
nauczymy się kochać, bo przecież „miłość to znaczy
popatrzeć na siebie, / Tak jak się patrzy na obce nam
rzeczy”...
Z tego punktu widzenia preludium raju potrafi być –
niespodziewanie, mimo wszelkich wiążących się z nią boleści
i udręk – starość. Oczywiście nie każda, ale ta będąca
chwilą uspokojenia, Iwaszkiewiczowską serenité, kiedy słabnie
żądza uczestnictwa w życiowym wyścigu, gdy można już
powiedzieć do samego siebie: „Zapomnij o cierpieniach, / Które
sam zadałeś. / Zapomnij o cierpieniach, / Które tobie
zadano”.
Jak pamiętają czytelnicy poematu „Świat (Poema
naiwne)” oraz „Głosów biednych ludzi” –
tych miłoszowskich „Pieśni niewinności” i „Pieśni
doświadczenia”, „ukazujących – wyjaśniał Blake
– dwa przeciwne sobie stany ludzkiej duszy” –
poetę fascynują zmiany w postrzeganiu świata, uzależnione od
duchowego stanu, w jakim się znajdujemy. Jest w tym głęboka
intuicja – któż z nas nie zauważył kiedyś, iż te
same życiowe okoliczności jawią się jako udręczające lub błogosławione,
w zależności od siły, radości życia czy też bolesnego
znudzenia, rozpaczy, które nam towarzyszą. Niebo byłoby więc
ziemią, na którą patrzymy zapomniawszy o udręczeniach,
ekstatycznym zachwyceniem, gdy daje się przezwyciężyć tkwiące
w nas mroczne „to”.
Wypadnie zmodyfikować wcześniejszą obserwację. Dla Czesława
Miłosza wymarzonymi niebiosami jest ziemia, ale oczyszczona,
jakby raz jeszcze zobaczona ufnymi oczyma dziecka. Rajem –
przywrócenie do nadziei dzieciństwa. Zbawieniem – powrót
do wspaniałego ogrodu, zobaczonego poprzez oczy przemyte łzami,
powrót – najlepiej ujmują to słowa samego poety –
„po odcierpieniu”. Intuicję takiego stanu przekazuje
nam podmiot wiersza „Łąka”:
Była to łąka nadrzeczna, bujna, sprzed
sianokosów,
W nieskazitelnym dniu czerwcowego słońca.
Całe życie szukałem jej, znalazłem
i rozpoznałem:
Rosły tu trawy i kwiaty kiedyś znajome
dziecku.
Przez na wpół przymknięte powieki
wchłaniałem świetlistość.
I zapach mnie ogarnął, ustało wszelkie
wiedzenie.
Nagle poczułem, że znikam i płaczę
ze szczęścia.
Wyzwoleni od piekła, jakie stwarzamy sobie za życia, wrócimy
może do tej krainy, którą opisuje „Świat...”.
Odnajdziemy spowitą chmielem furtkę, wygładzoną tysiącami
dotknięć drewnianą klamkę, skrzypiące schody, po których
zejdą do nas ci wszyscy, których utraciliśmy, obmyci „ze zła
i choroby”, rozświetleni. Choć opatrzoną ciężkimi
warunkami, otrzymaliśmy przecież obietnicę. Boże słowo, które
przypomina piękny wiersz „Ogrodnik”:
Nieszczęsne moje dzieci, jaka długa droga,
Nim zrujnowany ogród zakwitnie od nowa,
I lipową aleją wrócicie przed ganek,
Gdzie na rabatkach pachną szałwia
i tymianek.
Czytając wiersze Herberta, Różewicza, Miłosza, za każdym
razem – choć na różne sposoby – odnajdujemy
przywiązanie do ziemskiego świata, doczesnej rzeczywistości.
Ich poezja karmi się zmysłowym konkretem, a jednocześnie poświadcza
wzruszające, głęboko ludzkie pragnienie powrotu. Przemycenia
naszego świata poprzez wrota śmierci.
Jedną z najbardziej poruszających książek na temat
umierania jest „Ubik” Philipa K. Dicka. Oto grupka ludzi
ociera się śmierć. Przeżyli, ale stopniowo coś złego
zaczyna dziać się z ich światem. Jakby toczył go rak nicości,
wydzierając materii bycia kolejne kęsy. Wszystko niszczeje,
rozpada się, gnije. Wreszcie i oni sami ulegają temu
procesowi, kolejno umierając, a właściwie rozpadając się,
ulegając błyskawicznej degradacji. Zaczynamy rozumieć. Oni
wszyscy już dawno temu umarli, ale pragnienie życia było
silne na tyle, by przez czas jakiś podtrzymać trwanie osobowości,
istnienie świata. Swedenborg wspomina o duszach, które nie
zauważają, że są już po drugiej stronie, w zaświatach.
Powtarzam w myślach piękną frazę z „Symfonii
listopadowej” Oskara Miłosza, którą jego młodziutki
krewniak tłumaczył ponad pół wieku temu: „To będzie zupełnie
jak w tem życiu było”...
Andrzej Franaszek – krytyk literacki,
autor poświęconej twórczości Herberta książki „Ciemne źródło”.
|