Śmierć

 

Ostatnie namaszczenie

ŁUKASZ DREWNIAK

 

Umieranie jest obsesją Eimuntasa Nekrošiusa, od lat najważniejszym tematem jego przedstawień. Litewski reżyser szuka momentu, w którym zaczyna się śmierć. I potem sekwencja po sekwencji pokazuje jak życie zamiera.



  Jak na scenie pokazać śmierć? Jak sprawić, żeby widz uwierzył, że aktor nie udaje martwego leżąc bez ruchu, że naprawdę umiera, bezpowrotnie, nieodwracalnie? Reżyser stwarza na scenie wrażenie mnogości życia po to, by w finale tym dobitniej pokazać pustkę. Od pierwszej sceny przemyca do swego teatralnego świata wirus śmierci, rozrastający się tu jak nowotwór, zielsko śmierci, trujący bluszcz, który na koniec oplata ludzi i przedmioty. Niejasna i niemal nieuchwytna semantycznie kompozycja wizualna scenicznej uwertury (dokazujące w sali gimnastycznej dziewczynki z „Trzech sióstr”, ludzie w kożuchach kroczący z latarnią na drągu z „Hamleta”, postaci udające grobowce z „Don Juana”) w ostatniej sekwencji przedstawienia zmienia się w swój niezwykle klarowny i czysty rewers. Jest jak cięcie nożem, wystrzał, urwany oddech, przerwany szloch.

Zdławić to, co żywe

Czym jest śmierć? Co o niej wie Nekrošius? Choćby to, że nie jest ona mieszkańcem tego świata i nie potrzebuje go. Może dlatego działa tak bezlitośnie, nieuchronnie, jak zegarowy mechanizm. I ludzie zaczynają przypominać zegary, które tykają coraz ciszej – w „Trzech siostrach” na drżącej starczo nodze służącego ktoś kładzie kamień. Noga zmienia się w wahadło. Za chwilę wybije ostatnia godzina życia Prozorowych, za rok, może dwa zacznie się rewolucja, przyjdą bolszewicy i wszystkich rozstrzelają.

W „Don Juanie” (1994) reżyser personifikuje śmierć w ciele dziewczynki, człapiącej po scenie w wielkich butach i toczącej patykiem kółko. Aktorka ma wydęte policzki, jakby nabrała w usta powietrza i nie chciała wypuścić. Kiedy je wypuści – umrze bohater. Życiodajny oddech będzie śmiertelnym powiewem. Teatr Nekrošiusa oparty został na paradoksach i antynomiach. To, co zastygłe – kotłuje się, to, co zimne – wrze, to, co martwe – żyje. Litwin w każdym przedstawieniu potwierdza nietrwałość świata. Nawet najbardziej doskonałe, harmonijne i rozwibrowane życiem przestrzenie umierają.

Reżyser otacza aktorów przedmiotami, których funkcja staje się zrozumiała tylko wtedy, gdy zostaną użyte. W pochodzącym z 1997 roku „Hamlecie” Gertruda wkłada do podróżnego kufra rzeczy Hamleta na drogę: świecę, pas, szpadę, wreszcie buty. Ale Klaudiusz bierze i odrzuca je za siebie – po co mu buty... Chłopak jedzie po śmierć, a stare znoszone buty zawsze symbolizują u Nekrošiusa życie. Gertruda biegnie ich szukać, ale nie może znaleźć, gdzieś się zapodziały.

Rekwizyty w teatrze Nekrošiusa to zazwyczaj autentyki, które sam gdzieś znalazł: w „Hamlecie” nad sceną wisiała piła tarczowa, w „Makbecie” spadał z góry grad nadrzecznych kamieni, w „Trzech siostrach” bohaterki budowały z pni drzew studnie – grobowce. To wcale nie martwe elementy dekoracji, ale bracia-aktorzy. Sobowtóry bohaterów, bo człowiek zużywa się w tym świecie jak przedmiot. Zniszczony, połamany w rękach, zgięty jak stary pogrzebacz, porąbany jak drewniane klocki. Z rekwizytów Nekrošiusa rodzi się życie, a jednocześnie przeznaczeniem tych przedmiotów jest dławienie wszystkiego, co żywe. Umiera nie tylko człowiek, one umierają razem z nim, gaśnie światło, opada kurtyna. Minuta po minucie obserwujemy z trwogą, jak wyczerpują się znaczenia przypisane im przez aktorów. Wszystko zmierza do jednego, wszystko staje się tu jednym znakiem, wszystko wskazuje na śmierć. Nie ma niedomówień, luk, szpar, przez które wciśnie się nadzieja. Na pewno nie w finale spektaklu Nekrošiusa. Reżyser nic nie pozostawia otwartym. Zatrzaskuje formę spektaklu i los bohaterów jak wieko trumny. Ich życie trwa tyle, co dopalający się papieros, topniejąca bryła lodu, syk stygnącej w cebrzyku rozpalonej cegły, wirujący talerz na stole.

Nekrošius burzy strukturę scenografii, wyciska ze znaczeń rekwizyty i porzuca niedbale jak łupiny owoców, czyści przestrzeń do tego, co najpotrzebniejsze. Żeby była jak pobojowisko, cmentarz, pokój, w którym ktoś umarł. Każdy spektakl jest uwerturą do przetrzymanego, trwającego wiele minut finału, w którym umiera bohater. Życie jest sztuką umierania. Nekrošius nie pokazuje umarłych – pokazuje ludzi umierających, noszących w sobie śmierć. Nie wie, dlaczego przychodzi śmierć, ale wie, że przychodzi zawsze.

W „Makbecie” umarli powracają w wizji zbrodniarza w postaci radosnych i beztroskich dzieci. Całują Makbeta i jego żonę w czoła, jakby w podzięce, że pomogli im umrzeć. Duncan i Banko trzymają się za ręce, pełni ulgi, rozświetleni szczęściem i rozbrykani jak urwisy. Jeden bierze drugiego bierze na ręce i przenosi przez łąkę, gdzie jest jego grób: popatrz jakie to łatwe, zdaje się mówić. Zaświaty muszą być Wyspą Szczęśliwą na oceanie zła, cierpienia i okrucieństwa, w którym zanurzył Nekrošius swoje sceniczne obrazy. Ale to nieprawda. To tylko złudzenie Makbeta, jego marzenie o tamtej stronie. Nie ma żadnych zaświatów. Na samym końcu jest wyłącznie mrok. Mrok, który wybucha wściekłą furią, pragnieniem, by unicestwić, obrócić wszystko w popiół. Nekrošius pozostaje wierny fatalistycznej filozofii kirgiskiego pisarza Czyngiza Ajtmatowa, którego namiętnie czytał i wystawiał w latach 80. W „Golgocie” Ajtmatow napisał: „Śmierć jest zawsze z Tobą, póki oddychasz, bo po śmierci nie ma już śmierci”. Razem z Makbetem umiera cały świat. To próg, który trzeba przekroczyć, żeby przekonać się, że dalej jest już tylko nicość.

Śmierć jako cud

Nekrošius nie jest aktorem, ale zagrał w kilku filmach. W jednym z nich („Lot przez Atlantyk” Vabalasa) kreował rolę Girenasa, pilota i mechanika, który zginął w katastrofie lotniczej. Dla nieprofesjonalisty zagranie sceny, w której jego bohater umiera, ma coś z osobistego wyznania, rekonstrukcji własnego zachowania w czas próby. Noc. Kabina w trzęsącym się samolocie, w której siedzi dwóch ludzi. Przyjaciel Girenasa mówi, że została jeszcze tylko godzina lotu. A wtedy Nekrošius obraca do niego napiętą twarz. Maluje się na niej straszliwe przeczucie, nieomal pewność, że się nie uda. Mimo to próbuje się uśmiechnąć. To uśmiech, który umiera, zanim jeszcze się zaczął. Nie potrafię powiedzieć, co naprawdę znaczy. Zaraz potem samolot przechyla się i pikuje w dół. Na ekranie trwa to sekundę, może dwie. Oglądałem ten fragment klatka po klatce. Grany przez Nekrošiusa Girenas miał ciągle tę samą kamienną twarz. Wiedział, że to już. Od zawsze wiedział. A jednak poleciał.

Spektakle Nekrošiusa nie są snem o śmierci, są jej fizyczną obecnością. W jego teatrze w śmiertelną otchłań płyną jak woda ludzie, obrazy, emocje. Nekrošius zabiera swoich aktorów w podróż do krainy śmierci. „Teatr – mówi – jest jak przeprawa łodzią na drugi brzeg. Płyniemy i nie wiedząc wcale, co napotkamy po tamtej stronie – słońce czy deszcz.” Reżyser nie jest jednak przewoźnikiem umarłych, teatralnym Charonem. Nie pomaga swoim postaciom umrzeć, raczej robi wszystko, żeby ich ocalić. Szuka wartości, które mogłyby powstrzymać, zwyciężyć śmierć – to może być miłość, akt tworzenia, narodziny dziecka. Nekrošius wplata w swoją ciemną wizję pojedyncze włókienka słonecznej tkaniny. Nitki nadziei. Ktoś kocha, ktoś tworzy, ktoś jest czysty i niewinny. Istnieje ciepło, którym można ogrzać lód śmierci. I jest jeszcze dobroć, najprostsze ludzkie odruchy, współczucie, litość, wzruszenie.

Cywilizacja, kultura i sztuka wmawia współczesnemu człowiekowi, że jest nieśmiertelny. Nekrošius przyjmuje inną strategię. Nad jego bohaterem od samego początku wisi nieuchronna śmierć. Ale nie ma tu miejsca na zwątpienie. Po co kochać, skoro i tak umrzemy? Po co tworzyć, skoro i tak przyjdzie nicość? Miłość zamiast walczyć ze śmiercią prowadzi do niej prostą drogą. A mimo to nie jest złem. Bo i śmierć nie jest złem. Jest katastrofą o wymiarze kosmicznym. Nieważne, kto umiera – wielki czy mały, zbrodniarz czy bohater. Każda śmierć jest niezwykła, cudowna, święta.

Co pozostaje bohaterowi – Pirosmaniemu, Tuzenbachowi, Don Juanowi? Szukanie sensu i godności własnej śmierci. U Nekrošiusa bohater nie zdycha jak pies pod płotem, nie ginie przypadkiem, nie tchórzy. Każde przedstawienie jest opowieścią o bitwie, ostatniej i ostatecznej próbie, jakie poddany zostaje człowiek. W połowie spektaklu „Mozart i Salieri” aktorzy przewracają ubrania na lewą stronę – to, co było czarne, staje się teraz białe. A potem grają w szachy kuflami z gipsowym proszkiem. Szachowa figura staje się pucharem z trucizną. Z gipsu Salieri ulepi maskę pośmiertną Mozarta. Teatr to odwrócenie – gra, czyli życie jest grą o śmierć. Podłość losu polega na tym, że wszystko jest częścią wielkiego planu unicestwienia.

Nekrošius wie, że walka ze śmiercią musi zakończyć się przegraną, ale mimo to próbuje. Kiedy nie ma już żadnego ocalenia, przedłuża jak może umieranie bohatera. Niech trwa i trwa. Nie chodzi wcale mu o rozsmakowanie w ludzkim cierpieniu, chociaż podczas oglądania finałowych sekwencji jego spektakli widzów dławi coś w gardle, serca truchleją. To miłosierdzie, a nie okrucieństwo. Reżyser wierzy, że umieranie nie jest jeszcze śmiercią. Umieranie leży po stronie życia. Dopiero kiedy się skończy, nie ma już nic.

Prowadząc za rękę swoich bohaterów na spotkanie śmierci, Nekrošius zachowuje się jak myśliwy, który nie nienawidzi zabijanych zwierząt. Odstrzeliwując zwierzęta słabe, nie robi niczego niezgodnego z naturą. Natura jest okrutna, zwierzę zabija bo (zacytujmy jeszcze raz Ajtmatowa) „taki jest odwieczny porządek rzeczy, innego nie będzie i nikt tu nie może być sędzią, nie ma tych, co mają rację, ani winowajców, winien jest tylko ten, kto stworzył jedną krew dla innej”. Reżyser nie oskarża jednak Boga. W jego wizji nawet On podlega starszym, okrutniejszym prawom.

Nie patrzeć, nie widzieć

Ironia jest formą obrony przed rozpaczą. Dlatego u Nekrošiusa śmierć przybiera czasem formę zabawy. Oto wiedźmy przerzucają nad głową Lady Makbet poduszkę, którą chora kobieta nadaremnie usiłuje pochwycić. W chwili śmierci jest coś poza człowiekiem, co należy do niego, a on próbuje tego bezskutecznie dotknąć, nazwać, zapamiętać. Złapać w garść chwilę, w której cichnie oddech. Sfotografować granicę miedzy życiem a śmiercią. Na próżno. Zabawa nagle urywa się. Coś się stało – już na zawsze.

W „Hamlecie” śmierć Poloniusza ma charakter cyrkowej sztuczki. Wysoki i chudy aktor chowa się w malutkiej skrzyni. Spoza zatrzaśniętego wieka wystaje tylko rurka, przez którą oddycha. Hamlet wkłada jej koniec do napełnionego wodą szklanego kielicha. Najpierw woda burzy się, kipi, a potem przeszywa ją tylko kilka bąbelków. Hamlet łapie kielich i odwracając go dnem do góry stawia sobie na dłoni. Woda nie wylewa się, a on przygląda się jego zawartości, jakby schwytał w pułapkę samą duszę. Jest jak badacz, który patrzy na śmierć. Co zobaczył? Woda, szkło, pęcherzyk powietrza. Nic.

Makbet podczas scenicznej egzekucji przypatruje się zdumiony wszystkiemu, co dzieje się na scenie. Czemu tu tyle ludzi? Kim są i co robią? Próbuje uczynić ręką znak krzyża, ale jego ręka zapomniała, jak idzie dalej. Zanim wiedźmy zetną mu głowę, Makbet jest absolutnie sam. Opuścili go nawet ostatni sprzymierzeńcy: zapamiętane z dzieciństwa gesty, słowa modlitwy, własne ciało... Nekrošius pozostaje uparcie wierny ubogiej i surowej scenografii. Żeby umrzeć, nie potrzeba wiele. Żeby pokazać w teatrze, jak się umiera, trzeba jeszcze mniej. Dlatego w finale przedstawień zabiera aktorom wszystko. „Jesteś sam, poczuj, jak to jest, kiedy nie ma już nic.” Wtedy powstaje wrażenie, jakby to nie aktorzy umierali, tylko my sami – widzowie. Nie patrzymy na śmierć Makbeta, Hamleta, Don Juana, ale na własną.

Właśnie z tego powodu twórczość litewskiego reżysera nasycona jest mistycznym przerażeniem i religijnym patosem. Nekrošius maluje sceniczne światy w stylu zawieszonym gdzieś między Boschem a Rublowem. Rozpina fabuły na schemacie biblijnym. Skazani na śmierć bohaterowie patrzą na siebie i świat szeroko otwartymi oczami, rozwierają palcami powieki, zmuszają się, żeby nie odwracać wzroku. Są jak pierwsi rodzice, którym po grzechu pierworodnym „otworzyły się oczy”. Człowiek Nekrošiusa nie może przestać patrzeć – a to, co widzi wokoło, to zgliszcza, ruiny, rozkład i śmierć.

Reżyser ukazuje potęgę śmierci, która absolutyzuje wszystko, czego doświadczamy, ale kocha istnienie. Akt narodzin przełamuje na krótko jej wszechobecność. Dla Nekrošiusa zabicie dziecka jest największym z możliwych grzechów. Więzień z „Kwadratu” (1980) umierał zwinięty w kłębek, jak embrion, na kolanach kobiety, którą pokochał, przysłonięty małym dziecięcym łóżeczkiem, zbitym z prętów wziętych z jego łagrowej pryczy. Nie rodzimy się wolni – mówi Nekrošius – życie, każde życie jest niewolą.

Śmierć jest więc tu pojęta jako ucieczka od zła, które w równym stopniu pochodzi od człowieka, co płynie z zasady świata. Reżyser prowadzi bohatera do kresu, po to, by mógł umrzeć w stanie zgody z samym sobą. Teatr Nekrošiusa bierze z tego założenia swój niepowtarzalny, nieporównywalny z innymi przedstawieniami wewnętrzny rytm. Jest jak odmawiana w szorstkich, a potem w coraz delikatniejszych tonach modlitwa, wewnętrzne pojednanie z tajemnicą życia i śmierci. Nekrošius dociera do samego sedna sztuki.

Jak ryby

„Twórczość jest odrzuceniem śmierci” – pisał w „Dziennikach” Andriej Tarkowski, twórca bodaj najbliższy duchowo litewskiemu reżyserowi. Obraz życia eliminuje śmierć. Teatralny obraz śmierci musi więc być ziarnem, z którego pocznie się coś nowego. Na przykład piękno i wzruszenie. Litewskiemu reżyserowi sztuka potrzebna jest do oswojenia śmierci, przygotowania na jej nadejście. Teatr dla Nekrošiusa ma w sobie coś z ostatniego namaszczenia. On sam jak kapłan czyni na naszych czołach znak – ale nie krzyża, lecz ryby. Tak objawia się pogańsko-chrześcijański aspekt jego duchowości.

Kilka lat temu kiedy w Wilnie znalazłem niedaleko teatru, gdzie Nekrošius pokazywał swego „Hamleta”, sklep, na którego wystawie znajdowało się wielkie akwarium. Była mroźna styczniowa litewska noc. Czterdzieści – pięćdziesiąt karpi stłoczonych pionowo, bez ruchu w za małym naczyniu, otwierało pyski ciężko i rozpaczliwie dysząc. Może od wielu godzin, może od wielu dni. Nie wiem, czy ryby potrafią cierpieć, ale jeśli tak, to w tej chwili ujawniła się z całą grozą bezsilność, wiekuista daremność tego cierpienia. Podczas prób do „Hamleta” Eimuntas Nekrošius musiał codziennie przechodzić obok tej witryny. Powtarzał wtedy w wywiadach, że ludzie są jak ławica ryb, płynących ciasno przy sobie w niewiadomym kierunku. Tamtej nocy zrozumiałem, co miał na myśli. Długo nie mogłem oderwać wzroku od rybiego piekła. Aż w końcu nocne lodowate niebo przejaśniło się. Ryba pierwszy i ostatni raz zobaczyła gwiazdy. W teatrze Nekrošiusa doświadczamy tego samego.



  Łukasz Drewniak – krytyk teatralny; obok „Tygodnika” stały współpracownik m.in. „Dialogu” i Teatru”.

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl