Śmierć

 

Sposób na umieranie

KS. ADAM BONIECKI

 

Trzeba wiele odwagi, by relację o umieraniu drogiej osoby oddać na pastwę gawiedzi.



  

Relację nie wyidealizowaną, ale bezlitośnie prawdziwą jak opowieść Victora i Rosemary Zorza. Oboje byli ludźmi pióra (on korespondentem „Guardiana”, ona przez jakiś czas pracowała w BBC, potem zajmowała się artystycznym garncarstwem, dziś maluje). Ich znakomicie napisana książka nie jest trenem żałobnym ani nawet zaspokojeniem zrozumiałej potrzeby ocalenia pamięci o osobie kochanej. Jest – nie ma lepszego słowa – świadectwem i przesłaniem do tych, w których życie wtargnął wróg, któremu na imię nowotwór.

czerwono-czarne znamię

Wszystko zaczęło się lipcowego poranka w 1975 roku. 25-letnia Jane wyciągnęła w stronę matki prawą nogę. „Co myślisz o tym, mamo?” Na środkowym palcu znajdowało się brzydkie, czerwono-czarne znamię. Na fotografii Jane jest dziewczyną o śmiejących się oczach i regularnych, wyrazistych rysach. W tym jej uśmiechu jest wesołość młodej dziewczyny (usta) i napięta uwaga (oczy).

Jane była osobowością dość skomplikowaną, żeby nie powiedzieć: trudną. We wczesnym dzieciństwie podbijała serca dorosłych uśmiechem, ale nigdy nie szafowała nim łatwo. W latach szkolnych uporczywie starała się dociekać sedna każdej sprawy, odrzucała łatwe sukcesy, była uparta w poglądach i w dążeniu do celów, choć te cele nie zawsze były jasno sprecyzowane. Źle znosiła porażki. Przeżywała więc okresy depresji, zamknięcia się, utraty wiary w siebie. Przerzucała się od lirycznej poezji do polityki w wydaniu anarchistycznym, a po rozczarowaniu polityką skoncentrowała się na życiu prywatnym, stała się zdecydowaną wegetarianką, z pasją oddawała się ulubionemu hobby – ogrodnictwu. Zawsze się buntowała przeciw niesprawiedliwości i biedzie. Marzyła o miłości, ale z lęku o swą niezależność zerwała z człowiekiem, który ją kochał i którego kochała. Na szczęście ta miłość nie została zaprzepaszczona. Toczyła niekończące się polityczne spory z ojcem. Ojciec ostrzegał ją, że przy takim usposobieniu nie będzie miała przyjaciół, że nikt długo z nią nie wytrzyma. To ją bolało. On próbował ją zmienić, w rezultacie z ich wzajemnych stosunków zniknęły swoboda i spontaniczność. Zresztą Victor Zorza nie był wylewny w okazywaniu dzieciom uczuć.

Mądry, ukochany brat Richard mieszkał z rodziną w Bostonie, Victor także przebywał w Stanach, Jane z matką w Anglii, kiedy brzydkie, czerwono-czarne znamię rozpoznano: nowotwór złośliwy... czerniak.

6 miesięcy życia

Potem były kolejne operacje, chemia, remisje tak znaczne, jakby zło zostało zażegnane. Nawroty choroby... W tym wszystkim samotność i strach Jane. Zapisała: „Najgorsze jest to, że nie mówią ci wszystkiego do końca. I nie chodzi o to, że lekarze rozmyślnie przemilczają, co z człowiekiem robią, dlaczego to robią, i jakie skutki będą miały ich poczynania. Myślę, że sami tego tak do końca nie widzą...”

I strach: „Czego się właściwie tak bardzo boję? Cierpienia? Śmierci? Niepewności? A może oddziaływania bólu na psychikę? To są strachy, z którymi można sobie poradzić. Ale Wielki Strach nie podlega takiemu rozumowaniu i nie mogę sobie z nim poradzić, koncentrując się na innych sprawach”...

Jane niby wie, co ją czeka, a jednocześnie nie wie. Najbliżsi, którzy ją kochają, są zagubieni: powiedzieć jej, nie mówić? Ta nieszczerość, jak się zdaje: dyktowana wyłącznie miłością, staje się nie do wytrzymania. Jane się wścieka. Zapada w milczenie. Wobec najbliższych zachowuje się tak agresywnie, że przekracza to miarę ich (zwłaszcza ojca) wytrzymałości. „Mimo wszystko czuję się zupełnie samotna – notowała Jane. – Dobrze jest mieć wokół siebie kilkoro ludzi, o których wiesz, że przejmują się twoją chorobą. Ale wiesz również, że uświadamia im ona ich własną śmiertelność”.

I potem wynik kolejnych badań: komórki czerniaka w szpiku kostnym. Nic nie można zrobić. Trzeba jej to przekazać. Wokół Jane, wokół ich rodziny zdążyła się ukształtować cała konstelacja dobrych, mądrych ludzi. Jej dawni przyjaciele, lekarze. I właśnie lekarz domowy, przyjaciel bierze na siebie to zadanie. „Oboje wiedzieliśmy, że rozmawiamy o śmierci, ale żadne z nas nie wypowiedziało do tej pory tego słowa”. Mówił jej o kolejnych naświetlaniach, które, być może, uśmierzą bóle. „Więc czego mam oczekiwać, jeśli bóle powrócą? – zadała wyraźne pytanie. Zrozumiał, że pyta o to, jak dużo jej jeszcze czasu pozostało. Odpowiedział natychmiast, prawie szorstko, ponieważ nie było już czasu na robienie uników. – Masz może 6 miesięcy życia przed sobą. I wyszedł...”

Jane zostaje w domu. Jej cierpienie staje się nie do zniesienia, a opieka nad nią tak trudna, że aż niemożliwa. Wtedy zjawia się myśl o hospicjum...

miłość

Tu zaczyna się najważniejsza części opowieści rodziców Jane. Z prologu: „Nie chcę umierać – powiedziała nasza córka Jane, kiedy w wieku 25 lat się dowiedziała, że jest chora na raka. Ale potem, w ciągu tych kilku miesięcy, jakie jej jeszcze pozostały, dowiodła, ze umieranie nie musi stać się aż tak bardzo wywołującym strach doświadczeniem, jak to się na ogół wydaje. Jej śmierć nie stała się porażką, przypominała raczej zwycięstwo. Walkę wygraną z bólem i strachem”.

Hospicjum, do którego Jane została przyjęta, podlega Britain National Health Service i znajduje się na terenie kliniki uniwersyteckiej w Oksfordzie. Pobyt w nim jest bezpłatny.

W hospicjum się nie leczy ani się nie udaje leczenia. Ludzie, których Jane spotkała, swą wiedzę i zaangażowanie poświęcili ludziom, od których odwróciła się już medycyna. Najpierw opanowali ból. Okazało się, że nie naruszając świadomości chorego można ulżyć jego cierpieniu. Na fizycznej udręce się przecież nie kończy. Jest strach, samotność, są sprawy do załatwienia. Doskonale przygotowani lekarze, pielęgniarki towarzyszą swoją przyjaźnią choremu do końca.

Nie tylko jemu. „Oddanie” chorego do hospicjum nie oznacza bowiem zostawienia go – jak w szpitalu – na łasce i niełasce przeciążonego personelu. Rodzice Jane zamieszkali tam, stali się niejako członkami wspólnoty. Tam właśnie, dzięki tamtym ludziom, dokonały się zdumiewające rzeczy także w życiu rodziców Jane. Victor w niesłychanej, nocnej rozmowie z córką potrafił się otworzyć i uwolnić od ciężaru wyborów i decyzji z koszmarnych lat wojny. Wtedy strach przed śmiercią skłonił go – młodego Żyda – do decyzji, z którymi nie potrafił sobie dać rady. Teraz, przy pomocy odchodzącej Jane potrafił... Jakby osobna opowieść w tej opowieści. Osobna, a przecież w nią wpisana.

Hospicjum było instytucją o inspiracji chrześcijańskiej. Jane, która przeszła okres gwałtownej, jak zwykle u niej, religijności, była i pozostała do końca zdecydowanie niewierząca. Ale to niczego nie komplikowało, wszystko było jasne. Mówiąc wzniośle – dla tamtych ludzi najbardziej się liczyła miłość.


„Żyć do końca” – taki jest tytuł opowieści państwa Zorza. Kiedy Victor, przerażony perspektywą tego, co może czekać Jane, ostrożnie podjął z lekarzem rozmowę o skróceniu jej cierpień, lekarz stanowczo odmówił. Człowiek powinien godnie, świadomie, pięknie żyć do końca. Lekarz-katolik powiedział to bez żadnych odwołań do racji religijnych.

Jane zmarła spokojnie i bez cierpień. Victor Zorza odszedł dwa lata później, w marcu 1996 roku. Pod koniec życia całkowicie się zaangażował w ruch hospicyjny w Rosji. Kiedy jego mieszkająca w Polsce siostra – rozdzieliła ich wojna, odnaleźli się po 53 latach, już po śmierci Jane – spytała go, dlaczego to robi, odpowiedział: „Czy wiesz, co to znaczy, kiedy zdoła się choć jednemu człowiekowi pomóc umrzeć godnie i w spokoju? A co dopiero, kiedy zdołasz pomóc dziesiątkom, a może nawet setkom? Jeśli nie wiesz, to przeczytaj książkę o Jane”. Więc ją przeczytała. A po jego śmierci postanowiła przetłumaczyć na język polski. I przetłumaczyła.

Victor i Rosemary Zorza, „Sposób na umieranie. Żyć do końca”. Tłum.: Rut Wermuth. Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 1999.  

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl