|
Spór o antysemityzm
Sprzeczności, wątpliwości i pytania
Spór o antysemityzm
MARIA JANION
Goldhagen: aksjomat kultury niemieckiej • Dygresja o
paranoi oraz irracjonalnej zjawie • Powrót do Goldhagena
• Browning, Tych i Szapiro • Hulanki wyobraźni
• Zydzi z obnażonymi nożami • Językowy obraz Żyda
• „Niepodobna było zrozumieć...” • Ostrzeżenie
Karskiego • Nie ma symetrii
Goldhagen: aksjomat kultury niemieckiej
Nowatorstwo – sławnej i uznawanej nieraz za
kontrowersyjną – książki Daniela J. Goldhagena „Gorliwi
kaci Hitlera. Zwyczajni Niemcy i Holocaust” (oryginał
ukazał się w 1996 roku, przekład polski w 1999) polega przede
wszystkim na szczególnym potraktowaniu tak często używanego
pojęcia „zwyczajni Niemcy”. „Zwyczajni” podczas
Holocaustu, czyli z założenia mający się różnić od tych „niezwyczajnych”
– od wyodrębnionej kasty morderców. Goldhagen zamierzył
potraktować ich jednolicie – jako Niemców („Ludzie ci
byli najpierw Niemcami, a potem dopiero SS-manami, policjantami
czy strażnikami w obozach”). Jako Niemców –
przynależnych do jednej mentalności, jednej wrażliwości,
jednego Lebenswelt, jednego antysemityzmu. Powiedzmy od razu, że
dla Goldhagena istnieje właśnie jeden antysemityzm, a nie
– jak się najczęściej przyjmuje – dwa
antysemityzmy: tradycyjny, dawny, obyczajowy lub ludowy (w
zasadzie nieszkodliwy) oraz nowożytny, agresywny, pogromowy,
totalitarny.
„Gdyby nie było Niemców, nie byłoby Holocaustu”
– utrzymuje Goldhagen i ta jego główna teza wzbudziła
najwięcej wątpliwości, zresztą formułowanych z bardzo różnych
punktów widzenia. Szczególne narodowe napiętnowanie Niemców
odebrane zostało przez niektórych jako rodzaj przewrotnego
rasizmu. Ale Goldhagen ma na myśli odrębny charakter
niemieckiego antysemityzmu, który traktuje jako „decydujący
czynnik sprawczy Holocaustu”. I właśnie niemiecki
antysemityzm stanowi główny temat potężnego i bogato
udokumentowanego dzieła Goldhagena. Podkreśla on zdecydowanie
odmienność Niemców, również w sensie ich „odmienienia”,
przekształcenia przez działający od stuleci, a zwłaszcza od
XVIII wieku, „kulturowy wzór poznawczy”.
Jan Kucharzewski w szóstym tomie swego wielkiego,
erudycyjnego dzieła „Od białego caratu do czerwonego”
(I wydanie ukazywało się w latach 1923–1935) pośrednio
dostarczył materiału do podtrzymania tezy Goldhagena. Wskazał
mianowicie na to, że ostry ruch antysemicki rozwinął się w
Niemczech zwłaszcza po wojnach napoleońskich. „W traktatach
z prawa publicznego rozwijano wtedy myśl państwa chrześcijańskiego,
które było reakcją przeciwko zasadom rewolucji francuskiej,
jakie wtargnęły do Niemiec wraz z inwazją francuską. Jedną
z innowacji francuskich było równouprawnienie Żydów”.
Znienawidzono tę ideę. Pojawiło się wielu pisarzy-antysemitów.
Rozpoczęły się w miastach rozruchy antyżydowskie, podczas których
rozlegał się sławny okrzyk: Hep, hep, Jude verreck! (Hep, hep,
Żydzie zdechnij!).
Gdy nastał Hitler, okazało się, że Niemcy są już po
brzegi nasyceni antysemityzmem, tym według Goldhagena
aksjomatem niemieckiej kultury – „wersja powszechna w
Niemczech w okresie nazizmu była tylko bardziej dobitną,
wyrazistą i dopracowaną formą od dawna przyjętego
modelu”.
Ze względu na to, że rzecz ukazała się i po niemiecku, i
po polsku, a dodatkowo w rodzaju porównawczego leksykonu, chciałabym
tu zaakcentować całkowicie odmienne stanowisko „przedgoldhagenowskie”
– wypowiedziane przez Dana Dinera (profesora historii współczesnej
na uniwersytecie w Essen i w Tel-Avivie) w publikacji „Polacy
i Niemcy. 100 kluczowych pojęć” (1996). Otóż autor w
zamieszczonym tu artykule „Antysemityzm w Niemczech”
wyraża przekonanie, „że sam Holocaust nie wypływa w sposób
konieczny z wrogości wobec Żydów. Przemysłowo-biurokratycznie
zorganizowany mord na Żydach był rezultatem »kombinacji«
tradycyjnego antysemityzmu, rasizmu i eugeniki” (to
stanowisko nieco zbliżone do Zygmunta Baumana w „Nowoczesności
i Zagładzie”). Zauważmy, że wszystkie składniki tej
kombinacji dotyczą jednak przede wszystkim Żydów... Zdaniem
autora „antymodernizm i antysemityzm stanowią nierozłączną
parę” – ze względu na rolę Żydów w uprzemysłowieniu
i „ubankowieniu”, zjawiskach, łamiących tradycyjne
struktury społeczne. Przed rokiem 1933 – twierdzi Diner
– antysemityzm był w Niemczech zjawiskiem marginalnym
(raczej łączono go z Francją – sprawa Dreyfusa i z Rosją
– pogromy); w Republice Weimarskiej stał się głównym
instrumentem propagandy volkistowskiej prawicy. Jego dramatyczny
wzrost właśnie w Niemczech miał być zaskakujący.
Natomiast Goldhagen jako badacz Holocaustu widzi inny
zadziwiający i wstrząsający fenomen: „społeczeństwo, które
dokonało tego niewyobrażalnego i trudnego do wytłumaczenia
dzieła”. Jakimi środkami się posłużyć, by pojąć
to, co wydawałoby się, że jest niepojęte? Goldhagen
przyjmuje, że najlepsze będą narzędzia antropologii. „Odmienienie”
Niemców posunęło się tak daleko, że „należy przyjąć
punkt widzenia antropologa, który ma do czynienia z nieznanym
ludem, mającym własne zespoły wierzeń i zwyczajów”.
Przyjęcie takiego stanowiska umożliwia antropologiczne ujęcie
antysemityzmu niemieckiego, który już od XIX wieku odznacza się
wyjątkowym nasileniem oderwanych całkowicie od rzeczywistości,
odrażających bredni i majaczeń, uchodzących za opisy natury
Żydów i ich podstępnych działań. Charakter tych elukubracji
powoduje, że zaczynamy je traktować jak „zbiorowe dzieło
pismaków ze szpitala dla obłąkanych”.
Dygresja o paranoi oraz irracjonalnej zjawie
Takie sformułowanie Goldhagena każe zastanowić się nad często
wypowiadanym przeświadczeniem, że antysemityzm jest obłędem.
Wśród wielu autorów, którzy się tym poglądem zajmowali,
chcę wymienić Daniela Pipesa z jego „Potęgą spisku”
(1997, przekład polski 1998). „Wpływ paranoicznego myślenia
na dzieje ludzkości” – brzmi podtytuł książki,
która ukazuje „konspiracjonizm” w dwóch głównych
postaciach – „jedna z nich skupia uwagę na niebezpieczeństwach
stwarzanych przez tajne stowarzyszenia, druga zajmuje się Żydami”.
Z czasem koncepcje te łączą się ze sobą. Pipes opracował,
jak twierdzi, „jednolitą interpretację konspiracjonizmu”,
starając się przedstawić genezę i ewolucję „paranoidalnych
idei” – ogólnoświatowych teorii spiskowych.
Podatna na nie jest skrajna prawica, ale również i lewica.
Bohaterami ich są Żydzi, masoni, jezuici, Brytyjczycy,
imperialiści...
Charakteryzując wspólnotę poglądów antysemitów z różnych
epok, Pipes powołuje się na R. S. Wistricha, który pisał: „Ponad
podziałami kulturalnymi i politycznymi odnajdujemy zadziwiająco
podobną teorię spiskową historii, społeczeństwa i polityki,
połączoną w zamknięty system przekonań i zbawczych
koncepcji politycznych, których eschatologiczne ostrze zawsze
skierowane jest przeciwko Żydom”. Pipes podkreśla obecną
rolę Internetu w rozpowszechnianiu podobnych przeświadczeń. „W
wywróconym do góry nogami świecie Internetu (...) instrumenty
wyszukujące bez rozróżnienia wymieniają strony szerzące
konspiracjonizm i dotyczące rzetelnych badań naukowych.
Teksty, których większość osób nie zgodziłaby się trzymać
w domu, gdyby były przelane na papier, pojawiają się bez
ostrzeżenia na ekranie komputera”.
Podstawowe emocje pozostają właściwie te same, chociaż
dochodzi do pewnej intensyfikacji znaczeń. I tak antysemityzm
(termin stworzony w 1879 roku) „1. Przenosi akcent z religii
na rasę. 2. Przekształca niechęć w lęk. 3. Zmienia
uprzedzenie na wszechogarniającą ideologię, a nawet sposób
życia. I wreszcie 4. Zastępuje okazjonalne prześladowanie Żydów
stałym”. Antysemityzm, zdaniem Pipesa, rozwinął się w
czasie – przede wszystkim w tym sensie, że z marginesu życia
przeniósł się do jego sedna. Najbardziej jadowitą formą
nienawiści do Żydów stał się spiskowy antysemityzm – „ponieważ
przekształca ich w pierwszoplanowych wrogów każdego człowieka”.
Ogromna siła tej prowokacji-mistyfikacji, jaką są „Protokoły
mędrców Syjonu”, polega na tym, że odwołują się one
do schematu wszechwyjaśniającej teorii wszechobecnego spisku
trwającego od tysięcy lat. Teoria ta opiera się na kilku
prostych przeświadczeniach:
Żydzi zawsze spiskują.
Żydzi są wszędzie.
Żydzi kryją się za kulisami każdej instytucji (również
papiestwa).
Żydzi podporządkowani są swojej centralnej władzy.
Żydzi są bliscy odniesienia sukcesu.
Celem określenia tego sposobu myślenia Pipes używa takich
zwrotów, jak „styl paranoidalny lub mentalność
niewidzialnej ręki” czy „paranoidalna wyobraźnia”.
Są to raczej luźne przyporządkowania zjawisku choroby umysłowej.
Idzie o manię prześladowczą, o fobie, o życie wśród męczących
koszmarów zagrożenia. Zwracano uwagę na to, że w Polsce
antysemityzm był „prawdziwą obsesją” działaczy ONR,
podobnie jak był „obsesją” Dmowskiego. „Od czego by
nie zaczynano, kończyło się na Żydach”. W pewnym
miejscu Pipes objaśnia: „Polityczni paranoicy wcale nie muszą
sami cierpieć na paranoję, ale często jedno łączy się z
drugim i wzmacnia nawzajem”. Rozumiemy, że idzie o
strukturę mentalną.
Gdzie indziej Pipes podkreśla, że „konspiracjonizm”
opiera się „bardziej na irracjonalnej nienawiści niż na
osobistym doświadczeniu lub stereotypowej niechęci” (stąd
zjawisko antysemityzmu w kraju, w którym nie ma Żydów lub są
nieliczni, albo antysemityzm osób, które w życiu nie znały i
nie widziały żadnego Żyda). „Te irracjonalne stany wrogości
mogą prowadzić do irracjonalnych działań” –
zauważa Pipes. Polegają one np. na dążeniu do izolowania
wszystkich Żydów, gdyż natura żydowska jako taka jest
niebezpieczna i silniejsza od woli i przekonań poszczególnych
Żydów. Zmiana wiary nie pomoże; nie ma mowy o ucieczce od
swej wrodzonej natury. Stąd ustawy norymberskie ustalały
kategorię „żydowskości” na podstawie procentowej
oceny liczby żydowskich przodków, a nie aktualnego wyznania
danej osoby. Pipes nadmienia, że podobnie traktowano wrogów
ludu „w systemach rządzonych przez Stalina, Mao i Pol Pota w
Kambodży”.
Jak widać, autor nie wyróżnia specjalnie „niemieckiego
antysemityzmu”. Kładzie nacisk jedynie na to, że
spiskowe podejrzenia najmocniej uderzyły w Żydów i to oni
ponieśli najstraszliwsze konsekwencje nasilania się prześladowań
– aż do ludobójstwa. Norbert Elias w swych „Rozważaniach
o Niemcach” podjął w osobnym rozdziale problem „Załamania
cywilizacji” (rozdział powstał w latach 1961/62, później
był uzupełniany). Załamanie to nastąpiło w Niemczech
– właśnie w toku ostatecznego rozwiązania „kwestii żydowskiej”.
Najpierw, zdaniem Eliasa, prześladowania Żydów miały w sobie
„silny pierwiastek realizmu i racjonalizmu” (jak wywłaszczanie).
Potem sytuacja się zmieniła. Decyzja, by zabić wszystkich Żydów
pozostających w zasięgu władzy hitlerowców, już wcześniej
przygotowywana, podjęta została, jak sądzi Elias, we wrześniu
1939 roku (nie jest to pogląd podzielany przez ogół historyków),
wkrótce po agresji na Polskę. Decyzja ta i jej wykonanie to „najcięższy
przypadek regresu cywilizowanego społeczeństwa XX wieku do
stanu barbarzyństwa”. W kategoriach „cywilizacji”
i „barbarzyństwa” opisuje Elias drogę narodowych
socjalistów wiodącą do totalnej zagłady Żydów, którzy
znaleźli się pod ich panowaniem. Przyczynę całkowitej
dezorientacji opinii europejskiej w kwestii „tego, co robią
Niemcy”, Elias upatruje w mentalnym nieprzygotowaniu
wykształconych obserwatorów do przyjęcia wiadomości o takim
regresie cywilizacyjnym.
Znakomity znawca postaw i idei uważał, że nie docenia się
w badaniach nad narodowymi socjalistami całej sfery doktryn
politycznych i wierzeń społecznych (Glaubensdoktrin). Ma się
tendencję do uznawania ich „za zwykłą ułudę”, nie
wyposażoną w żadną siłę sprawczą. Tymczasem decyzja
wymordowania wszystkich Żydów oraz jej wykonanie „wynikały
bezpośrednio” z doktryny narodowosocjalistycznej, przede
wszystkim „z głęboko zakorzenionej wiary” w czystość
rasową. Wiara społeczna – a bardziej szczegółowo „wiara
narodowa” sprawowała absolutną władzę nad Niemcami.
Jej siła i spójność łączyły się też z dawnym ludowym
przeświadczeniem o konieczności położenia kresu żydowskiemu
spiskowi – za pomocą noży, które spłyną żydowską
krwią.
Elias z wielką mocą podkreśla, że nie można w tych „irracjonalnych
wierzeniach” odkryć żadnego realistycznego „interesu”,
że „masowy mord na Żydach nie służył żadnemu celowi, który
moglibyśmy określić jako »racjonalny«”.
Pomyłka obserwatorów z zewnątrz polegała na tym, że sądzili
oni, iż to, co bredzą hitlerowcy, jest tylko jakimś pozorem,
pod którym ukrywa się dążenie do racjonalnego celu –
do zdobycia władzy. „Czyste urojenia” oddzielano od „realistycznych
idei”, nie dopuszczając myśli, że dla hitlerowców mogą
być one równie prawdziwe. Nie zdawano sobie sprawy z ich
bardzo głębokiej wiary, odznaczającej się religijną mocą.
„Wyjątkowo dziki i skrajny antysemityzm” uważa
Elias za sam rdzeń narodowosocjalistycznego systemu wiary,
wskazując na uwarunkowania narodowe, które stworzyły mu
szczególną szansę. Obraz idealnych Niemiec, „czarny
idealizm” narodowych socjalistów, górowanie w narodowej
mitologii odniesień do śmierci i samopoświęcenia, pojęcie
rasistowskiego czystego „narodu wybranego”, wspólna
wiara, silnie akcentująca skłonności antydemokratyczne i
antysemickie, wszystko to złożyło się na „religię społeczną”,
która zajęła miejsce „religii metafizycznych”. Niemcy
w swej większości utożsamili się z „niezwykle represyjnym
ideałem narodu”, zbudowanym na nienawiści, poniżeniu i
wreszcie eliminacji słabszych, niższych, gorszych, „rasowo
bezwartościowych”.
Elias uproszczeniem nazywa tłumaczenia Zagłady Żydów za
pomocą mechanizmu „kozła ofiarnego” czy też wyjątkowego
nasilenia sadyzmu. Widzi w przeprowadzeniu Zagłady przede
wszystkim grę skomplikowanych namiętności i resentymentów
społecznych, napięć i konfliktów międzyludzkich i wewnętrznych,
jakie „powstawały za monolityczną fasadą ustroju społecznego”.
Niemcy chcieli się „okryć kokonem zbiorowych fantazji, który
miał chronić przed »szokiem poznawczym«”.
Hitler-szaman „raz jeszcze wywołał na oczach mas
niemieckiego narodu zjawę posiadającej hegemonię Rzeszy
Niemieckiej”. W praktyce ta fantazmatyczna zjawa drogo
kosztowała Niemców, ludzkość, a przede wszystkim – to
miliony Żydów zapłaciły za nią życiem.
Powrót do Goldhagena
Goldhagen za główne swe zadanie uznaje zajęcie się świadomością
i systemem wartości sprawców Zagłady, czyli czymś, na co nie
tak często zwracano uwagę w dotychczasowych badaniach. Oprawcy
nie są nihilistami, nie dokonali Zagłady z pobudek
nihilistycznych, lecz dlatego, że mieli określoną motywację
zawartą w swoim systemie wartości, zmierzającą do
radykalnego usunięcia Żydów ze świata. Pojawiają się tu w
wywodzie Goldhagena dwa bardzo istotne wątki:
po pierwsze, waga tożsamości ofiar, często kwestionowana właśnie
za pomocą odtworzenia punktu widzenia motywacji zwyczajnych
sprawców (np. nie rozumiejących istoty zadań ludobójczych,
działających na wąskim odcinku i nie znających skali
gigantycznego przedsięwzięcia); dla Goldhagena żydowska tożsamość
ma decydujące znaczenie;
po drugie, myślenie eliminacyjne obecne w antysemityzmie
niemieckim już w XIX wieku; antysemityzm eliminacyjny narasta w
ten sposób, że domaga się najpierw eliminacji żydowskich wpływów,
a potem eliminacji Żydów; w tym kontekście pojawia się idea
eksterminacji tego, co destrukcyjne i zagrażające społeczeństwu.
Zdaniem Goldhagena Niemcy odczuwali faktyczne i symboliczne
pragnienie, aby dzieło eliminacji się powiodło.
Padło już określenie: „kulturowy wzór poznawczy”.
Dla tego modelu charakterystyczne jest przekonanie o istnieniu
moralnego ładu świata i Żydów jako jego burzycieli. Ówczesna
definicja chrześcijańskiego porządku moralnego zawierała w
sobie w sposób konieczny Żydów jako zaprzysięgłych wrogów
tego porządku. Żydzi, od kiedy „zamordowali
Chrystusa”, stają się symboliczną i dyskursywną
reprezentacją zła. Zdaniem Goldhagena, antysemityzm nic nie mówi
o Żydach, mówi o tych, którzy tworzą antysemickie
fantazmaty. Odzwierciedla zatem istniejące wzorce kulturowe
tkwiące w głosicielach antysemityzmu. „Zespół przekonań i
wzorów poznawczych o stabilnym, źródłowym obrazie”,
zakładający szkodliwość żydowskiej natury, jest zawsze w
społeczeństwie obecny. Może być tylko mniej lub bardziej
intensywnie manifestowany. Jako przykład pętającej, niewolącej
siły – kształtujących kulturowo mentalność –
wzorów poznawczych Goldhagen podaje fakt, że nawet tzw.
przyjaciele Żydów zgadzali się z antysemitami co do
charakteru natury żydowskiej. Zgadzali się, gdyż ich myślenie
było zakorzenione w tych samych wzorach.
Browning, Tych i Szapiro
Książka Goldhagena wywołała ogromną debatę w Niemczech,
gdzie przyjęta została nieprzychylnie, a nawet wrogo.
Zarzucono autorowi tendencyjne deformowanie źródeł i
naginanie materiałów do założonej z góry głównej tezy, że
idea wyniszczenia Żydów była „narodowym projektem Niemców”.
Opublikowano obszerne repliki na „Gorliwych katów
Hitlera”. Rzetelną relację o tej debacie zawiera
obszerne studium Wojciecha Pięciaka pod znamiennym tytułem-pytaniem:
„Każdy Niemiec był oprawcą?” (zamieszczone w „Przeglądzie
Politycznym” 1999 nr 40/41).
Ale obecnie interesują mnie postawy, które uobecniły się
w Polsce w związku z dziełem Goldhagena.
Feliks Tych („Długi cień Zagłady”, 2000, w
pierwotnej wersji studium opublikowane zostało w roku 1996)
podkreśla, że istnieje zasadnicza i bardzo znacząca różnica
w interpretacji zbrodniczych zachowań sprawców Holocaustu między
Ch. R. Browningiem (autorem „Zwykłych ludzi. 101. Policyjny
Batalion Rezerwy i »ostateczne rozwiązanie« w
Polsce”, oryginał z 1992 roku, przekład polski: 2000), a
Goldhagenem. Ten ostatni zresztą też przeprowadził analizę
101. Batalionu. Wymowna różnica uwypukla się już w tytułach:
„zwykli ludzie” i „zwyczajni Niemcy” (w oryginałach
w obydwu przypadkach pojawia się słowo ordinary). A zatem „ludzie”
czy „Niemcy”? Browning dowodzi, że zbrodnicze
zachowania na Wschodzie Niemców ze 101. Batalionu uwarunkowane
zostały przede wszystkim sytuacją wojny; podporządkowaniem się
grupie, konformizmem i obawą przed izolacją; uległością i
posłuszeństwem wobec rozkazów władzy, a też i indoktrynacją
antysemicką, która nie odgrywa tu jednak pierwszoplanowej
roli.
W obszernym posłowiu do kolejnego wydania swej książki
Browning w polemice z Goldhagenem zwracał uwagę na zróżnicowanie
antysemityzmu („pod względem oceny rzekomego zagrożenia ze
strony Żydów oraz stopnia społecznego zainteresowania tym
zjawiskiem”) i na fakt, że może on wobec tego mieć „nieskończenie
wiele postaci”. „Nawet w odniesieniu do jednego państwa,
takiego jak Niemcy, powinniśmy myśleć i mówić o
antysemityzmie w liczbie mnogiej, a nie pojedynczej”.
Zdaniem Browninga zatem nie można mówić o jednym niemieckim
antysemityzmie. Nawet po roku 1933, kiedy antysemityzm stał się
ideologią państwową, „można było wyróżnić kilka
niemieckich odmian antysemityzmu”. Browning zwraca uwagę
na różnice między antysemityzmem konserwatystów i narodowych
socjalistów, między antysemityzmem „prawdziwych nazistów”,
a antysemickimi nastrojami większości populacji. Również i w
NSDAP istniało szerokie spektrum antysemickich poglądów i
stylów działania.
Błędne, zdaniem Browninga, jest przeświadczenie Goldhagena,
że kulturowo wyznaczony kognitywny wizerunek Żydów stanowi
klucz do problemu przekształcenia „przeciętnych Niemców”
w „gorliwych morderców”. Przytacza dowody, że przynależność
etniczna nie odgrywała większej roli – wtedy, gdy 101.
Batalion z równym zapałem i ochotą mordował Polaków albo
gdy „irracjonalnie”, głodem, chłodem, torturami i
mordowaniem zniszczono w ciągu niecałego roku około 2 milionów
radzieckich jeńców, jeszcze przed przystąpieniem do operacji „ostatecznego
rozwiązania”. Browning kwestionuje także przekonanie
Goldhagena o tym, że zróżnicowane antysemickie rozwiązania
eliminacyjne mają tendencję do przeobrażania się w
eksterminację. Naukowcy proponują stosowanie takich terminów,
jak „bierny współudział” czy „obiektywny współudział”.
Nie istnieje w rzeczywistości, jego zdaniem, Goldhagenowski
priorytet niemieckiego eliminacyjnego antysemityzmu jako jedynej
przyczyny Holocaustu.
Tych uznaje termin „eliminacyjny antysemityzm” za
ambiwalentny: „może oznaczać chęć wyeliminowania Żydów
ze społeczeństwa, jak i nawoływanie do fizycznego ich
unicestwienia”. W tym pierwszym sensie – utrzymuje
Tych – istniał „nie tylko w Niemczech, ale w stopniu być
może znacznie większym również w innych krajach, jak chociażby
Austria, Polska, Węgry, Rumunia”. Również Rosja. Tych
więc odbiera Niemcom palmę pierwszeństwa, przyznaną im przez
Goldhagena, i rozciąga działanie pojęcia na kraje Europy Środkowej
i Wschodniej. Drugie zastrzeżenie jest przecież poważniejsze
– antysemityzm eliminacyjny jako żądanie wykluczenia Żydów
nie prowadził koniecznie do ludobójstwa. „Goldhagen ma
jednak tendencję – utrzymuje Tych – do traktowania
wszelkiego antysemityzmu eliminacyjnego jako antysemityzmu ludobójczego”.
Inaczej rzecz widzi Paweł Szapiro (w recenzji z książki
Goldhagena pt. „Nie trzeba było Hitlera”, „Midrasz”,
maj 1999). Autor uznaje ujęcie przez Goldhagena świadomości i
systemu wartości oprawców za nowatorskie i interesujące. Jako
prawdziwe traktuje twierdzenie, że tzw. zwyczajni Niemcy
powodowani byli szczególnym rodzajem antysemityzmu – żądającego
kategorycznego i bezwyjątkowego wykluczenia Żydów ze społeczeństwa.
Szapiro kwestionuje jednak twierdzenie Goldhagena, że „europejski
antysemityzm jest wynikiem chrześcijaństwa. W istocie jest
zupełnie odwrotnie: odrzucenie chrześcijaństwa było
warunkiem dokonania się Holocaustu”. Szapiro bowiem sądzi,
że w społeczeństwie XIX-wiecznym zwolennicy usunięcia Żydów
nie mogli się już odwoływać do kryterium religijnego, musiało
je zastąpić kryterium historyczne, biologiczne czy
ideologiczne. Kluczowym dla Goldhagena pojęciem dawnego i trwałego
wzoru kulturowego Szapiro w ogóle się nie zajmuje. Sądzi, że
Niemcy na przełomie XIX i XX wieku „już byli
odmienieni” i w sensie ideologicznym przygotowani do
mordowania Żydów.
W finale swoich rozważań Szapiro porusza kwestię obojętności
Polaków na los Żydów podczas okupacji niemieckiej. Ale tak było
podczas wojny. „W innej sytuacji los Żydów nie był już
taki obojętny, najchętniej widziano by ich poza krajem.
Postulat przymusowej emigracji był już tylko łagodniejszym
wariantem antysemityzmu eliminacyjnego”. Autor czyni tu
aluzję m.in. do głoszonych przez prawicę polską w latach
trzydziestych idei przymusowej emigracji, a raczej deportacji Żydów
z Polski.
Recepcja książki Goldhagena w Polsce zmusza nas do
postawienia pytania o to, czy „antysemityzm
deportacyjny” równa się „antysemityzmowi
eliminacyjnemu”? Gdzie przebiega granica między nimi? Czy
też bezkolizyjnie jeden przekształca się w drugi? Cytowany już
Dan Diner sądzi, że „po Oświęcimiu ścisłe rozróżnienie
między antysemityzmem tradycyjnym, a takim, który doprowadził
do nazistowskiego ludobójstwa, jest w istocie nie do pomyślenia
– ani metodycznie, ani świadomościowo”. Ciągle
pojawiają się próby ujednolicenia antysemityzmu. Dlaczego?
Idzie chyba o uchwycenie granicy, poza którą dozwolone jest
zabicie Żyda. Gdy się go odczłowieczy, zdehumanizuje,
upluskwi, stanie się nie tylko „obcy”, ale i zdatny do
uśmiercenia.
Ksiądz Stanisław Musiał w świetnym, zwięzłym artykule „Wojna
o definicję człowieka” („Apokryf” „Tygodnika
Powszechnego” z 15 IX 1999) opisał drugą wojnę światową
jako odmienną od wszystkich dotychczasowych. „Nie był to
tylko mord, grabież i ekspansja terytorialna. Agresorzy, naziści
chcieli przede wszystkim narzucić światu swoją definicję człowieka”.
Hitler podkreślał, że wolą narodowego socjalizmu jest
stworzenie nowego człowieka. Przeszkodę na tej drodze
stanowili Żydzi. Należało zniszczyć tych, którzy „wnieśli
w kulturę świata podwójne zło: monoteizm i sumienie”.
Demoniczny, negatywny zryw twórczy hitlerowców – jak go
nazywa ksiądz Musiał – miał na celu całkowitą
eliminację Żydów. Nazwanie ich untermenschami to jeszcze za
mało. Trzeba było użyć mocniejszych zwrotów. Autor
przytacza hitlerowskie określenia: Gegen-Mensch (przeciw-człowiek),
Anti-Mensch (anty-człowiek), Gegen-Rasse (przeciw-rasa). Żyd
należy do anty-świata, jest podobieństwem diabła. Retoryka
wchodziła w skład koniecznego przygotowania psychologicznego:
retoryka eksterminacyjna musi poprzedzić eksterminację, po to,
aby ją oswoić.
Jak daleko posunęło się odczłowieczenie Żyda w polskiej
prasie dwudziestolecia międzywojennego?
Hulanki wyobraźni
Prasą tą zajął się Czesław Miłosz w swej „Wyprawie w
Dwudziestolecie” (1999) i naraził się na wiele przykrych
zarzutów jako nieumiarkowany krytyk wspaniałej epoki niepodległości
oraz prześmiewca tradycji II Rzeczypospolitej, dorabiający ex
post uzasadnienia do swych komunistycznych wyborów sprzed lat.
Zarzuty dotyczyły również rozdziałów poświęconych Żydom
(„Żydzi – lata dwudzieste” oraz duże fragmenty
rozdziału zatytułowanego – za Marianem Zdziechowskim
– „W obliczu końca”). Ale przecież książka Miłosza
jest w dużej mierze antologią i gromadzi liczne wyjątki z
autentycznych wypowiedzi. Nie da się ich zmienić ani zatrzeć.
Posłużę się tu jeszcze innymi książkami cytującymi źródła:
Jana Józefa Lipskiego „Katolickie państwo narodu
polskiego” (1994), Olafa Bergmanna „Narodowa Demokracja
wobec problematyki żydowskiej w latach 1918–1929”
(1998), Anny Landau-Czajki „W jednym stali domu... Koncepcje
rozwiązania kwestii żydowskiej w publicystyce polskiej lat
1933–1939” (1998), Moniki Natkowskiej „»Numerus
clausus«, getto ławkowe, »numerus nullus«,
»paragraf aryjski«. Antysemityzm na Uniwersytecie
Warszawskim 1931–1939” (1999) oraz rozprawą Szymona
Rudnickiego „ONR-Falanga czyli antysemityzm totalny” („Biuletyn
Żydowskiego Instytutu Historycznego”, 1991). Wszystkie te
książki wyszły w bardzo małych nakładach. Większość
autorów to historycy, czerpią ze źródeł rozmaitego rodzaju
i starają się o maksymalny obiektywizm. Niemniej obraz, który
wyłania się z ich opracowań, jest dość przerażający. Myślę,
że to wrażenie nie wynika z faktu, że nadchodzące wydarzenia
rzucają cień, że nadciągająca Zagłada omracza cytowane w
tych książkach antysemickie wypowiedzi i czyny w Polsce międzywojennej.
W wielu z tych enuncjacji zawarte są bowiem po prostu
immanentnie treści antysemityzmu pogromowego oraz
eliminacyjnego. Muszę jednak zwrócić uwagę, że
Landau-Czajka podkreśla, iż dziś – po zagładzie Żydów
– każda antyżydowska wypowiedź międzywojenna „wydaje
się nam znacznie bardziej radykalna i brutalna, niż przywykłemu
do takich twierdzeń ówczesnemu czytelnikowi”. Powołuje
się też na Krzysztofa Kawalca, autora pracy „Narodowa
Demokracja wobec faszyzmu 1922–1939” (1989), który
stwierdził, że odmienna była – przed wojną i Zagładą
– „wymowa radykalnie nawet brzmiących sformułowań:
miast grozy i oburzenia budziły współcześnie często pełne
politowania uśmieszki”. Brednie antysemickie, pełne groźnych
urojeń, budzą czasem i dziś politowanie, co nie zmienia
jednak faktu, że mają one zawsze ten sam status: fantazmatów
świadczących o stanie umysłu antysemitów i bezkrytycznych
odbiorców ich majaczeń. I one właśnie muszą podlegać
analizie, niezależnie od epoki historycznej.
Bergmann opisuje okres jeszcze nie tak burzliwy, jak lata
trzydzieste, ale zauważmy, jakie są przewodnie idee narodowców:
według endeków dobry katolik powinien być jednocześnie
antysemitą; Żydów charakteryzują cechy wielce niebezpieczne
dla otoczenia: fanatyzm, drapieżna chciwość i spryt; „Żyd
pozostaje zawsze i wszędzie Żydem” (Jeske-Choiński)
– asymilacja więc może być tylko pozorna; kultura
polska jest „zażydzona”, poważnie zagrożona w swej „czystości”
przez udział w niej Żydów, polska dusza jest przez nich
zatruwana, a przynajmniej wywłaszczana; „obcy rasowo”
twórcy muszą być wykluczeni z kultury rdzennie polskiej
– np. poezja Tuwima „nie związana z nami ani jednym włóknem”
(Stanisław Maykowski); bojkot ekonomiczny trzeba połączyć z
numerus clausus – programem ograniczenia liczby studentów
żydowskich na uczelniach (a potem z numerus nullus – z
usunięciem ich w ogóle ze szkół wyższych), by przeciwdziałać
„żydowskiemu zalewowi”.
Natkowska omawia nasilanie się antysemityzmu na
Uniwersytecie Warszawskim, poczynając od roku akademickiego
1931/32 (próba wprowadzenia ustawowego numerus clausus) aż po
rok 1938/1939. Są to lata radykalizowania się programu
narodowców, organizowania się „młodych” w Obóz
Narodowo-
-Radykalny (ONR), ciągłych zaburzeń, rozruchów i burd
antysemickich na uczelniach. Od oskarżeń i wymyślań bojówki
przechodziły do czynów, posługując się „nożami, łomami
żelaznymi i żyletkami przytwierdzonymi do drewnianych rękojeści”.
Napad (bojówkarzy, ale jeszcze bez żyletek) na profesora
Marcelego Handelsmana w roku 1934 „Gazeta Warszawska”
uzasadniała tym, że „wyznawca judaizmu nie może uczyć
chrześcijan historii Polski (obcość krwi, instynktów,
pochodzenia, psychiki wyklucza rzetelne badania)”. Nie
szkodzi, że zaprzeczała temu przeszłość Profesora. W obronę
wziął go, jak podaje autorka, gen. Stanisław Skwarczyński,
dowódca I dywizji piechoty Legionów w Wilnie i nadesłał oświadczenie,
w którym nie krył swego oburzenia z powodu napaści –
profesor Handelsman „w 1920 roku jako ochotnik walczył w 5
p.p. Leg. dowodzonym przez generała”.
Landau-Czajka również zajmuje się okresem zwiększonego
radykalizmu działań społecznych i gospodarczych narodowców
oraz zmiany ich taktyki. W czasopismach
katolicko-nacjonalistycznych, a szczególnie w „Małym
Dzienniku”, założonym przez ojca Kolbego1,
pojawiają się po roku 1936 projekty wyraźniejszego już
odizolowania Żydów, a najlepiej ich usunięcia, może na razie
z pewnych konkretnych obszarów, np. zabronienia odwiedzania
Tatr („Wielka Polska”) czy zmuszenia do opuszczenia
Warszawy („Stalowy Miecz” i „Mały Dziennik”). Również
„bezpieczeństwo polskiego skrawka Wybrzeża wymaga obsadzenia
Gdyni przez żywioł wybitnie polski” („Mały
Dziennik”). „Państwo Narodowe” domagało się
wyeliminowania Żydów z miast i miasteczek wschodniej i
centralnej Polski. Ksiądz Trzeciak projektował dla Żydów
getto i żółte łaty. Polska ambicja narodowa wyrażała się
w podkreślaniu własnej oryginalności. „Warszawski Dziennik
Narodowy” ogłaszał w roku 1938: „...nie jesteśmy
zwolennikami stosowania drastycznych metod niemieckich. Mamy własne
metody usuwania Żydów z życia politycznego, społecznego i
gospodarczego. Trzeba tylko stosowanie ich podwoić, potroić i
udziesięciokrotnić”. Jednak „Przegląd
Katolicki” 5 III 1939 w korespondencji z Berlina pochwalał
śmiałe pytania, które zadano sobie wobec nowotworu żydowskiego
w łonie niemieckiej macierzy, „ślepego i głuchego
pierwotniaka”: „Jakie prawo istnienia może mieć żydowski
naród-karzeł? (...) Co to za ludzie, którzy czarnym wężem
chałatów opasali kulę ziemską?” Miłosz napisał w „Wyprawie
w Dwudziestolecie”, że „polskie antysemickie obsesje sięgały
psychozy, a w późnych latach trzydziestych wręcz obłędu,
uniemożliwiającego jasne uświadomienie sobie niebezpieczeństwa
wojny”.
Ostatecznym rozwiązaniem, które położy kres kwestii żydowkiej
w Polsce, jak ukazuje Landau-Czajka, ma być usunięcie Żydów
z Polski. Prawdę mówiąc, sami powinni stąd wyemigrować, i
to na własny koszt. Można by pozwolić im wywieźć tylko określoną
sumę, a resztę kazać zostawić – jako rekompensatę za
wyrządzane Polakom przez wieki krzywdy. Najbardziej radykalni
antysemici stwierdzali, że szkodliwość Żydów w Polsce jest
tak wielka, iż należy się ich pozbyć tak samo, jak pozbywa
się robactwa z mieszkania. To bardzo charakterystyczne dla
procederu odczłowieczania porównanie. Żydzi powinni więc
zostać usunięci nawet w przypadku, gdyby udało się osiągnąć
ich całkowitą izolację. „Jako »rozsadnik zarazy«
zawsze będą stanowić potencjalne niebezpieczeństwo”.
Ponieważ wpływ Żydów na społeczeństwo polskie jest „bezwarunkowo
destrukcyjny”, uprawnione mają być żądania wypędzenia
przemocą, „likwidacji dotychczasowego współżycia” z
pasożytem, „ewakuacji”, „eliminacji Żydów z
Polski”, „całkowitego wysiedlenia”, „wypchnięcia
do Palestyny”. Landau-Czajka zwraca uwagę na to, że tego
rodzaju plany w stosunku do Żydów nie mogą być już
obejmowane mianem „emigracji” – tu chodziło o
deportację, poprzedzoną odebraniem obywatelstwa, z
zastosowaniem przemocy. Autor artykułu z 1936 roku „Konstruktywny
antysemityzm” dowodził, że jeśli Żydzi są narodem
godnym, wyjadą z Polski „sami i na własny koszt. Jeśli zaś
tego nie zrobią, względnie ci, którzy tego nie robią,
powinni być uważani za pasożytów i jako tacy ulec zabiegom
eksterminacyjnym”. Jakim? Oto jest pytanie.
Publicysta „Robotnika” w roku 1937, odczuwając w
prasie nacjonalistycznej aurę „apoteozy pogromu”, pisał
w jakimś wieszczym uniesieniu: „Apetyty antysemitów
endeckich rosną: wkrótce zapewne wystąpią z projektem
powszechnego wytępienia Żydów przy pomocy gazów”. Być
może było to nawiązanie do „Mein Kampf”, w którym
Hitler zalecał użycie znanego mu z wojny trującego gazu do
masowego zabijania Żydów. W fantazmatach antysemickich „zatruwanie”
pojawiało się w rozmaitych konfiguracjach. Znany ówczesny
antysemita, Stanisław Pieńkowski, w „Myśli Narodowej”
(1933) fantazjował swobodnie na temat rozkładowego działania
Żydów w takich oto obrazach: żydostwo siedzi w bagnie trupim
i zapowietrza; bez masek gazowych niepodobna zbliżyć się do
tego bagna trupiego; w końcu trzeba będzie je ogniem zniszczyć,
bo Żyd od tego rozkładu cuchnącego nie zginie, gdyż sam jest
rozkładem. Zważywszy częstość porównań Żydów do
brudnego, rojącego się ohydnie „robactwa”, biorąc pod
uwagę narastający proces odczłowieczania „pasożytów”,
które należy bezwzględnie wytępić, możemy podejrzewać, że
nadchodziła epoka przejścia od słów do czynów, od obrazu
robaków do ich rzeczywistego flitowania.
Tych w „Długim cieniu Zagłady” pisze o powojennej
palecie wrogich czy niechętnych postaw wobec Żydów. „W owej
palecie nie odnajdziemy jednak programów nawołujących do
fizycznej likwidacji Żydów”. Dopiero świadkowanie
niemieckiemu państwowemu mordowi na Żydach odmieniło postawy
społeczeństwa polskiego – pisze Tych. Programów
likwidacji może nie odszukamy, ale fantazmaty wyobraźniowe o
jednoznacznej wymowie – z pewnością tak. Chociaż
granica jest bardzo cienka. Bo i co należy rozumieć przez żądanie
„zupełnej, całkowitej i ostatecznej eliminacji Żydów z życia
polskiego” i zarzucanie Niemcom w roku 1936, że „zatrzymały
się w pół drogi”?
Szymon Rudnicki pisze, że ONR-Falanga szybko zaczyna nawoływać
do „antysemityzmu czynu”, zachęca do wywalczenia pałką
„uwolnienia narodu z żydowskich więzów”. W ulotkach
ukazują się następujące wezwania, wzorowane na niepodległościowo-patriotycznych
apelach: „Polacy do walki! Do czynu! Śmierć Żydom i pachołkom
żydowskim”. „Musi płynąć krew żydowska”. A w
innej ulotce: „Nie przejmuj się widokiem krwi – bij,
bij zawsze i wszędzie, bij tym, co się pod rękę wpadnie,
bij, czym się najlepiej bije”. Uzasadnieniem było
przekonanie, że za stosowanie „siły, przymusu i
przemocy” bojówkarze biorą odpowiedzialność „ufnie i
odważnie na swoje sumienie”. Po opisie przejawów „antysemityzmu
czynu” Rudnicki konkluduje: „Sprawą najważniejszą było
zmusić Żydów do emigracji dokądkolwiek. Aby to osiągnąć,
gotowi byli (oenerowcy) posunąć się bardzo daleko. Z pełną
aprobatą pisano o metodach zastosowanych w Turcji wobec
Ormian”. Dodajmy: metodach rzezi milionów, która uzyskała
w historiografii miano ludobójstwa.
Książka Landau-Czajki przynosi bardzo zastanawiającą
wypowiedź. Zwracając uwagę na siłę endeckiego pragnienia,
by pewnego dnia Żydzi po prostu zniknęli z Polski, Sz. Szafrański
pisał już w 1936 roku: „Bo o technice rozwiązania Endecja
prawie nie mówi, ewentualne jej projekty można sobie tylko
wyobrażać”. Co może podpowiadać rozszalała wyobraźnia
antysemitów, którzy ze zniknięciem Żydów łączyli tak
wielkie nadzieje: „Można więc sobie wyobrazić, że pewnego
dnia załadowano Żydów polskich, chrzczonych i nieochrzczonych
na wagony i wywieziono tymi wagonami... ale... dokąd? chyba w
morze! Bo które państwo przyjmie z uprzejmym uśmiechem tak
nieprzyjemnych gości? Więc może... Zabić cztery miliony! To
byłby istotnie wyczyn, jedyny w dziejach świata! To są, moi
panowie, żarty!” Wyobraźnia endecka została sprowadzona
– w intencji autora – ad absurdum. Ale zarazem można
powiedzieć, że nie ma tego w wyobraźni, co nie mogłoby się
ziścić w rzeczywistości. Rojenia nie są znów tak bardzo
niewinne, jakby się mogło zdawać, zwłaszcza gdy się uzewnętrznią
w słowie, w druku..
Alfred Döblin w swej „Podróży po Polsce” (1925,
wydanej po raz pierwszy po polsku w r. 2000), którą odbył w
roku 1924, pozostawił osobliwe świadectwo. Zetknął się
oczywiście z Polakami, Ukraińcami, Żydami. Obejrzał z bliska
szczególne zjawisko, zwane „wschodnim judaizmem” (por.
Heiko Haumann, „Historia Żydów w Europie Środkowej i
Wschodniej”, oryginał 1990, polskie tłumaczenie 1999).
Zafrapowało ono w najwyższym stopniu „tego całkowicie
zasymilowanego niemieckiego Żyda, a raczej Niemca żydowskiego
pochodzenia”, jak pisze o nim Henryk Grynberg.
„Co za imponujący naród ci Żydzi” – pisze Döblin
po wizycie w żydowskim Wilnie. Dotychczas uważał, że ci, których
widział w Niemczech, to byli Żydzi. „Teraz widzę: to tylko
oderwane jednostki, wynaturzone, bo dalekie od jądra tego ludu,
który tu żyje i trwa. (...) Co tu się działo na tym pozornie
jałowym kulturalnie Wschodzie. Jak tu wszystko krąży wokół
ducha. Jak niesłychaną wagę przywiązuje się do tego, co
duchowe, religijne. Duch spaja nie cienką warstwę narodu, lecz
masy. W tym swoim religijno-duchowym centrum ten naród
odnajduje się jak mało który”. Gdy w Żydów w
diasporze wniknęła rezygnacja z własnego kraju i państwowości,
„sami stali się narodem-świątynią. Narodem, który nosi w
sobie świątynię”.
I z taką wizją narodu żydowskiego pod powiekami Döblin
udaje się w drogę powrotną do Niemiec. W przedziale nocnego
pociągu do Gdańska jego towarzysz podróży – polski „młody
nacjonalista” opowiada mu po francusku o swoim życiu i
swych poglądach. „Jego nienawiść do Niemiec podszyta jest
strachem. Wobec Żydów żywi najczystszą nienawiść,
przechodzącą w odrazę. Nic im nie można zrobić, oświadcza.
(...) Polak w moim przedziale wyznaje: nie wie nawet, czy warto
ich do końca zniszczyć, porozbijać i wessać. Ma na ich temat
jakieś potworne, przerażające urojenia. (...) To wszystko
saprofity, grzyby gnilne, grzyby, które się żywią ginącą
tkanką, pasożyty. To rasa bakterii. (...) Ten kulturalny człowiek
umiera z obrzydzenia, wstrętu. Na pewno jest patriotą” (podkr.
moje – M.J.).
Döblin opowiada, że na wpół już drzemie, a tamten ciągle
gada. Gdy tamten zasypia, Döblin się wybudza. I w ogromnym
jakimś podnieceniu, słyszy przerażające rytmy pociągu (achy
i ochy, głośny krzyk, szydercze brawa). „Koła pociągu
uderzają rytmicznie po trzy, cztery razy: »Wiatr jak ten
wiatr, wiatr jak ten wiatr, zabić ich, zabić ich, wiatr jak
ten wiatr«”.
W ekspresjonistycznie zarysowanym półśnie czy omamieniu
podczas wyjazdu z Polski uwydatniają się straszne słowa-klucze:
„zabić ich”.
Żydzi z obnażonymi nożami
Joshua Trachtenberg w książce „Diabeł i Żydzi. Średniowieczna
koncepcja Żyda a współczesny antysemityzm”, na którą
często powołuje się Goldhagen, podkreśla, że umysłowość
mas odznacza się nadzwyczajną trwałością. „Antysemityzm
jest »naukowy« tylko dla nielicznych, którzy
potrzebują intelektualnego kamuflażu, aby ukryć swe cele i
przesądy”. Dla mas, nie potrzebujących ani filozofii,
ani nauki, Żyd jest po prostu wcieleniem diabolicznego zła, od
wieków nękającego ludzkość. Odruchowa „dziedziczna
trwoga” prostego człowieka odnajduje bliskie mu brzmienia
i obrazy w retoryce zawodowych antysemitów. W istocie bowiem u
podłoża wyobrażeń jednych i drugich tkwi ta sama matryca,
ten sam wzór. Dla Trachtenberga jest to średniowieczna –
nie w sensie epoki historycznej, lecz stanu mentalności2
– koncepcja Żyda, budzącego najżywszą nienawiść w
Niemczech, w Europie Środkowej i Wschodniej.
„W rejonach masowej podświadomości odkryjemy źródło
wielu niesamowitych przekonań” o demonicznych właściwościach
Żydów np. rozsiewających truciznę i zarazę przez radio.
Trachtenberg pisze o „powszechnych przekonaniach”, wedle
których „Żyd to istota obca, zła, antyspołeczna i
antyludzka, w istocie swej z gruntu podludzka”. Europa
chrześcijańska u schyłku średniowiecza, przeniknięta
doktrynalną nienawiścią do „morderców Chrystusa”,
utrwaliła na wieki obraz „Żyda demonicznego” –
obcującego potajemnie z magią, by zniszczyć świat chrześcijański;
spowinowaconego z szatanem jako wrogiem Chrystusa i jego wyznawców.
Etnografowie nieraz odkrywali obecność kliszy antyżydowskiej
w polskim folklorze, w mentalności polskiego ludu. Daje temu świadectwo
praca Aliny Całej „Wizerunek Żyda w polskiej kulturze
ludowej” (1992). Piotr Kowalski („Zwierzoczłekoupiory,
wampiry i inne bestie. Krwiożercze potwory i erozja
symbolicznej interpretacji”) zwraca uwagę na szczególną
demonizację w kulturze chrześcijańskiej Europy „przedstawicieli
nacji, które nie chciały się asymilować, chroniąc swą
odmienność i religię”. Diabolizacja dotknęła zwłaszcza
łaknących chrześcijańskiej krwi Żydów. Żadne racjonalne tłumaczenia,
żadne antropologiczne opisy i objaśnienia, a nawet bezpośrednie
poznanie okazów gatunku nie mogą zmienić sytuacji. Uderza „uporczywa
obecność tych samych matryc w tworzeniu stereotypów
etnicznych”.
W „Res Publice Nowej” (1999, nr 7/8), z podtytułem „Imaginarium
nienawiści. Antysemityzm” zostało zamieszczone świetne
studium Joanny Tokarskiej-
-Bakir, skromnie nazwane „Żydzi u Kolberga”. Wiele w
nim cytatów z dzieła Kolberga, a także przytoczeń z
wypowiedzi współczesnych rozmówców. Autorka pokazuje, jak
wszędzie obecna jest w stosunku do Żydów ta sama klisza: świata
i antyświata, dobra i zła. Sformułowania są bardzo dobitne i
przerażające prostotą wyjaśniania: „Niemcy ich strzelali
za to, że zamuczili Pana Jezusa”; „Kto by Żyda sczitał
czełowiekiem. Kto sczitajet ich za ludzi?” Zwrot „po żydowsku”
znaczy po polsku „na opak”, zgodnie z logiką antyświata.
Tokarska-Bakir opowiada też o utworzonej przez Kościół
czarnej legendzie kłucia hostii przez Żydów, skazanych za to
na okrutne tortury. Dalej, w rocznicę uratowania od Żydów
krwawiącej hostii (a było to w roku 1399) „delegacja żydowska
miała z obnażonymi nożami postępować za procesją Bożego
Ciała”. Autorka bardzo dobrze ten koncept komentuje
twierdząc, że „maskarada ta upowszechnia wizerunek wroga i
zarazem usprawiedliwia dawne i przyszłe pogromy”. I
rzeczywiście „w rocznicę” wybucha pogrom. Przecież te
„obnażone noże” naprawdę miały się znaleźć w rękach
chrześcijan. Podobne są efekty innych procederów
symbolicznych, jak wystawianie na widok publiczny osławionych
beczek nabijanych gwoździami, w których miano sączyć krew z
chrześcijańskich dzieci wziętych na mace3. Aż do
pogromu kieleckiego w roku 1946 widzimy, jak wizualizuje się i
realizuje idea pogromu.
Tokarska-Bakir podejmuje polemikę z poglądami Błońskiego,
Aleksandra Hertza, Baumana, którzy uważają antysemityzm za
wynalazek nowoczesny, podczas gdy antysemityzm dawny, ludowy
stanowi zaledwie niechętną postawę wobec tego, co inne.
Autorka sądzi odmiennie i daje temu wyraz: „Przednowoczesny
antysemityzm, religijny, etniczny i społeczny, w narracji
symbolicznej wyznaczał Żydom prawdziwe »miejsce
niebezpieczne«, które w każdej chwili mogło zniknąć z
powierzchni ziemi”. Jest to myślenie, mówi
Tokarska-Bakir, które „utrzymuje pogrom w stanie możliwości”.
To bardzo dobre określenie stanu potencjalności antysemityzmu,
potencjalności, która może stać się realnością. Każdy,
kto przeczytał „Sąsiadów. Historię zagłady żydowskiego
miasteczka” Jana Tomasza Grossa (2000), książkę
opowiadającą o dokonanym w roku 1941 w Jedwabnem bestialskim
mordzie sąsiadów-Polaków na sąsiadach--Żydach, każdy, kto
zapozna się z tą wstrząsającą historią, może sądzić, że
w niej właśnie spełniła się stale obecna w „świecie”
możliwość pogromu „antyświata”.
Gross nawiązuje zresztą do dzieła Browninga, pisząc
– po przeglądzie biografii morderców – że zbrodni
dokonali „ot tacy sobie, całkiem zwykli ludzie”. Mimo
że mordowali oni z inspiracji i za przyzwoleniem Niemców,
zaraz po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej, Gross jest skłonny
widzieć w zbrodni w Jedwabnem dawne rysy typowego pogromu i
dlatego zwraca uwagę na jego „przednowoczesny, archaiczny
wymiar” i na fakt, że „chłopi z łomżyńskiego, nawet
jeśli byli na nią podatni, nie mieli czasu ulec propagandzie
nazistowskiej”. Ale – przypomnijmy – mieli
czas ulec nacjonalistycznej propagandzie przedwojennej, głoszonej
również z ambony. Podobnie gdy Gross wyjaśnia okoliczności
faktu, że załogi wielu fabryk w roku 1946 odmówiły
uchwalenia rezolucji potępiających sprawców pogromu
kieleckiego i że były to jedyne wówczas strajki „pod hasłami
nie dotyczącymi spraw ściśle bytowych”, przedstawia
następującą tezę: „niechęć do Żydów była wówczas w
Polsce rozpowszechniona i pełna agresji, bardziej
przedrefleksyjna niż wywiedziona z chłodnej analizy nowej
sytuacji politycznej”. Lecz przecież w tej niechęci
zawierał się potencjał morderstwa – gdy się zrealizował
w Jedwabnem, zginęło z rąk Polaków tysiąc sześciuset Żydów,
a w Kielcach – już po Holocauście – zamordowano
kilkudziesięciu.
Językowy obraz Żyda
Irena Kamińska-Szmaj sądzi, że to dopiero propaganda
prawicowa nadała ludowemu wyobrażeniu Żyda rysy przerażające.
W swej odkrywczej książce („Judzi, zohydza, ze czci odziera.
Język propagandy politycznej w prasie 1919–1923”,
1994) przeprowadza analizę konotacji semantycznych nazwy
etnicznej „Żyd” w okresie tuż po pierwszej wojnie światowej.
Zdaniem autorki, istniał stary, negatywny stereotyp Żyda,
utrwalony w świadomości potocznej, znany z kultury ludowej i z
literatury popularnej. Prawica polska wykorzystała ten
stereotyp jako narzędzie w walce politycznej. W tym celu musiała
doń wprowadzić nowe elementy – tak, by Żyd mógł się
stać groźnym wrogiem politycznym, nieprzyjacielem narodu
polskiego. „Stereotyp Żyda stał się dla ideologów
prawicowych instrumentem niezwykle ważnym (...) narzędziem
wygodnym (...) Ideologia zrodzona z przesłanek
nacjonalistycznych umacniała stary stereotyp, ale jednocześnie
modyfikowała go, wzbogacała nowymi konotacjami semantycznymi.
Żyd w prawicowej prasie międzywojennej to już nie tylko:
karczmarz, sklepikarz, lichwiarz, szachraj, człowiek przebiegły,
chciwy, śmieszny, zabawny, z długim nosem, brodą, czapeczką,
ubrany w chałat, lubiący czosnek i cebulę, innowierca, męczychryst,
ale też, a właściwie przede wszystkim: bankier, międzynarodowy
finansista, międzynarodowy spiskowiec, mason, komunista,
bolszewik, siła rozkładowa, wróg wewnętrzny, wróg podstępny”.
„Językowy obraz Żyda” stworzony przez prawicę był
negatywny w szczególny sposób – Żyd był nie „gorszy”
i „śmieszny”, lecz groźny i agresywny. Do jego dziwnej
natury należało to, że mógł być i bankierem, i komunistą,
co według Daniela Pipesa zgodne jest z myśleniem w kategoriach
wszechświatowego spisku żydowskiego. „Protokoły mędrców
Syjonu” dlatego właśnie docierały do wszystkich kręgów
społecznych, że operowały charakterystycznymi sprzecznościami:
„Realizując swoje cele Żydzi używają wszystkich dostępnych
narzędzi: w tym kapitalizmu i komunizmu, filosemityzmu i
antysemityzmu, demokracji i tyranii”. Natomiast Dan Diner
uważa, że „plutokracja i bolszewizm jedno mają wspólne w
antyżydowskim stereotypie: niszczą jakoby dawne, uświęcone
przez tradycję formy życia społeczeństw
przedkapitalistycznych i przednowoczesnych” i wskutek tego
muszą być zwalczane.
Autorka pracy o języku propagandy politycznej chyba nie sądzi,
że „antysemityzm przednowoczesny”, jak go nazywa za
Baumanem Tokarska-Bakir, zawierał w sobie immanentnie możliwość
pogromu. Ujawnia jednak rozpowszechniony w polszczyźnie nowożytnej
mechanizm językowy, pozwalający na powielanie związków
frazeologicznych, które „przyjmują postać zbliżoną do
gotowych, ustabilizowanych formuł”, jak np. inwazja żydowska
czy metody żydowskie. „Czytając prasę endecką można było
z mniejszym lub większym prawdopodobieństwem przewidzieć, że
obok rzeczowników: rasa, intryga, nienawiść, masoneria,
finansjera pojawi się przymiotnik żydowska”. Badania współczesnej
prasy prawicowej przyniosłyby zapewne podobne rezultaty.
Sprawa ma oczywiście dużą wagę poznawczą. Olaf Bergmann
wskazuje również na pewną językową inwencję endeków w
przedstawianiu Żydów. Urozmaicony był, ale i wcześniej znany
repertuar obrazowania ich jako insektów i gryzoni: „wszy”,
„pchły”, „szarańcza”, „trutnie”, „szczury”
i „pająki”. Z Landau-Czajki weźmy jeszcze dowcipne „pejsate
pluskwy”, które trzeba wypłoszyć z polski sękatym
kropidłem. Wróćmy do Bergmanna: pasożyty miały oczywiście
szczególne zamiłowanie do brudu i bałaganu, do wysysania krwi
gojów i używania jej do celów rytualnych. Pejoratywizacja „charakterologiczno-obyczajowa”,
jak ją nazywa Bergmann, mogła być zakorzeniona w tradycji
ludowego wizerunku Żyda. Bergmann nazywa stereotypy „nieprawdziwymi
i uproszczonymi”, ale one przecież z reguły takie są,
można się tylko zastanawiać nad powodami ich trwałości.
„Niepodobna było zrozumieć...”
Zrobiła to Bożena Umińska w artykule „Naród z natury
egzystencjalny, płeć z natury metafizyczna” w cytowanym
już numerze „Res Publiki nowej”. Zwróciła uwagę na
to, jak w Polsce głęboko zapisany jest antysemityzm w języku,
jak swobodnie krążą antysemickie schematy i jak –
wskutek tego, że jest niedostatecznie rewidowany –
przenika sposoby postrzegania i interpretowania.
Tu pojawia się pytanie o różnicę w tym względzie między
literaturą „wysoką” a „niską”. Ma rację
Janusz Dunin (rozprawka „Postać Żyda w polskiej kulturze
popularnej do 1945 roku” w pracy zbiorowej „Wszystek krąg
ziemski”, 1998), że „w naszej sztuce wyższej, z
nielicznymi [ale dodajmy od siebie: bardzo ważnymi w dziejach
literatury i mentalności, jak „Nie-Boska Komedia” czy „Przedwiośnie”]
wyjątkami, postać starozakonnego prezentowana była
obiektywnie albo wręcz z sympatią. W gatunkach niższych
sytuacja nie była jednoznaczna: obok nuty rozwagi bardzo wiele
znajdziemy w nich nie tylko krytyki, ale wręcz nienawiści. Nie
ma takich zbrodni, o które Żydów by w tym obiegu nie
obwiniano, często czyniąc z nich kozła ofiarnego, stanowiącego
praprzyczynę naszych niepowodzeń”. Lecz istnieje osmoza
między owymi kulturami, również i w tym zakresie. Wspólny język
kultury, wspólna matryca wytwarza i w dziełach obiegu
wysokiego nieprzewidziany, nieoczekiwany, wydawałoby się,
zestaw obrazów i zwrotów.
Umińska odwołała się do „Przedwiośnia” Żeromskiego
i pokazała, co ten słynny piewca nędzy napisał o nędzy żydowskiej,
jakich użył przymiotników w narracji o „nędzarzach-łachmaniarzach”
żydowskich, wobec których Cezary Baryka odczuwa obcość i
niechęć, myśli o nieracjonalności ich rojenia się, „a to
– jak pisze Umińska – zwalnia go od empatii i
oznacza, że ci ludzie w wielkiej mierze są winni sami sobie.
Zupełnie inny ton cechuje narrację wtedy, kiedy Żeromski
opisuje polską, chłopską nędzę”.
Pytanie Bożeny Umińskiej, sformułowane na podstawie takiej
lektury „Przedwiośnia”, pytanie: Czy Stefan Żeromski
sypałby cyklon B do komory gazowej?, pobudziło do furiackich
wprost ataków na autorkę. Pytanie rzeczywiście zostało
postawione bardzo prowokacyjnie. Być może, właśnie ta jego
ostentacyjna prowokacyjność uniemożliwiła zastanowienie się
nad istotą zamysłu Umińskiej – wskazania na to, że
– zanim pojawią się możliwości światopoglądowe,
moralne, psychiczne, polityczne, techniczne – tworzą się
te możliwości w kulturze społeczeństwa – w sensie
zakorzenienia we wzorze kultury.
Baryka w Warszawie mieszkał „w dzielnicy oddalonej, już
zgoła żydowskiej” i prowadził własne studia nad ludnością
tu osiadłą, która – skupiając się w owym miejscu właśnie,
do tego bynajmniej nie zmuszana – stworzyła „samochcąc
getto” (to i dalsze podkreślenia w tym fragmencie pochodzą
ode mnie – M. J.). Opis owego – w szczególnie odrażający
sposób – brudnego i niechlujnego miejsca tchnie prawdziwą
grozą, jak również opowiadanie o charkoczących, chyba kłócących
się, chyba handlujących Żydach. Głębia obcości kulturowej,
jaką odczuwa Baryka wobec tej ludności, przejawia się przede
wszystkim w wyborze „zewnętrznego” widzenia, nie
pozwalającego na zbliżenie do żydowskiego środowiska. Nacisk
pada na to, że Żydzi „roili się i o coś wodzili za łby”
i że „niepodobna było zrozumieć, co to są za
ludzie”. Wielu, oczywiście, pracowało jako tragarze, woźnice...
„i ci mieli nawet zewnętrzny wyraz inny, normalny, ludzki.
Przeciętny jednak typ – to była karykatura ludzkiej
postaci”. I tak karykaturalnie – zgodnie z
rzeczywistością postrzegania wrażliwego skądinąd Cezarego
– zostali przedstawieni. Umińska słusznie zwraca uwagę,
że dla Baryki są „śmieszni bezgranicznie”, ale też
tworzą „zbiorowisko ruchliwych i gadatliwych próżniaków”.
Tu zatrzymujemy się na poziomie wyrażonego przez Barykę „przeświadczenia
ogólnego” o charakterze jednak moralnym (polscy nędzarze
są pracowici), zbudowanego na odczuciu pasożytnictwa,
nieprodukcyjności Żydów. To pierwszy mit. Miłosz w swej
antologii przedstawia artykuł z 1927 roku z „Naszego Przeglądu”,
gdzie mowa o tym, że „tak zwana »nieprodukcyjność«
mas żydowskich jest bajeczką, którą doktrynerzy posługują
się dla propagandy demagogicznej. W życiu gospodarczym pośrednik
odgrywa rolę nie mniejszą niż producent. Pośrednik dociera
do rynku i konsumenta, a producent ginie, jeśli przez pośrednika
nie trafi na rynek. W Rosji (sowieckiej) – w imię »produktywizacji«
– zniszczono dobrobyt materialny ludności żydowskiej,
wraz z handlem i przemysłem”. Cezary jednak o tym nie wie
i nie chce wiedzieć – handel żydowski przedstawia mu się
karykaturalnie.
Ale rozmyślania Baryki na temat Żydów na tym się nie kończą.
Konfrontacja z bolszewizującym Lulkiem stawia Cezarego ponownie
wobec „kwestii Żydów” – tych konkretnych właśnie
z okolic jego mieszkania. Gdy władzę całkowitą obejmą
robotnicy, „cóż wówczas stanie się z proletariatem
najbiedniejszym z proletariatów, z biedą żydowską z ulicy
Franciszkańskiej i przyległych?” Cezary obawiał się
– na podstawie wszystkiego, co już wiedział o Rosji
– ażeby właśnie „ta żydowska burżuazja a zarazem to
getto żydowskie – ci ludzie bez przeszłości i przyszłości,
których jest w Polsce więcej, niż trzy miliony (...) nie objęli
całej władzy w ręce ponad zburzyszczem wszystkiego”. Są
tu wszelkie składniki wrogiego stereotypu spiskomańskiego: burżuazja
razem z biedotą; nic za sobą i nic przed sobą; totalna
destrukcja niesiona przez taką „całą władzę”. Umińska
wyciąga trafny wniosek – obawy Cezarego biorą się z
tego, że wierzy on w „antysemicki mit żydowskiej władzy”,
władzy zawsze „obcej, więc złej, i złej – więc
obcej”. To drugi mit, w którym kapitalizm z komunizmem idą
ręka w rękę.
Kwestia żydowska powraca jeszcze w „Przedwiośniu” w
nieoczekiwanym miejscu – i świadczy o osobistym
porozumieniu Baryki i Gajowca. W ostatniej ostrej rozmowie między
nimi pada – wśród innych – współczujące przecież
pytanie Cezarego pod adresem „państwowca”: „Jak
zamierzacie ulepszyć życie Żydów, stłoczonych w
gettach?” Nie otrzymuje na to wprost odpowiedzi. Ale pośrednio
– jakby tak. Gajowiec mówi o wykreowaniu w granicach
Polski „stanów zjednoczonych, wolnych i równych”. Kto
będzie je tworzył? „To zazębienie ludów ruskich, polskich,
litewskich musi żyć w Rzeczypospolitej Polskiej”. Ale wśród
tych ludów „wszystkich różnych ras i religii naszej
ojczyzny” – jak chciał Mickiewicz – nie ma
ludu żydowskiego.
Zmodyfikowanie koncepcji Mickiewicza jest tym bardziej
widoczne, że Gajowiec w tak ważnym momencie parafrazuje zdania
ze „Składu zasad”. U Mickiewicza w pierwszej kolejności
jest: „Izraelowi, bratu starszemu, uszanowanie, braterstwo
(...) Równe we wszystkim prawo”, Gajowiec zaś mówi: „bratu
Rusinowi pokłon, braterstwo i równe we wszystkim prawo”,
co również jest parafrazą formuły „Składu zasad”: „Każdemu
Sławianinowi, zamieszkałemu w Polszcze...” Jednak odstępstwo
od ducha „Składu zasad” objawia się w tym, że i dla
Gajowca – podobnie jak dla Baryki – Żydzi nie są „stąd”,
są obcy.
Może, jak powiedzieli słuchacze mojego seminarium, z którymi
omawiałam problemy antysemityzmu, Bożena Umińska powinna
postawić pytanie: nie, czy Żeromski sypałby..., lecz czy język,
którym się posługiwał, czy dyskurs naszej kultury zawiera w
sobie możliwość eliminacji żydowskiego „antyświata”.
Dotychczasowa walka z antysemityzmem w kółko obraca
przekonanie, że istnieje negatywny stereotyp Żyda, a my ukażemy
jego kłamliwość i zwalczymy go na zawsze. Albo że istnieje również
antysemityzm „nieszkodliwy” – i nie trzeba go
demonizować w zapale walki. Ale tu chodzi o coś głębszego
– i to musi zostać zbadane. Goldhagen powołuje się na
masę opracowań po niemiecku, francusku i angielsku, dotyczących
przejawiania się antysemityzmu w rozmaitych fazach i w różnych
środowiskach. Dobrze by było mieć tak obszerną wiedzę na
temat antysemityzmu w Polsce. To, czym rozporządzamy w tej
chwili, to zaledwie początki.
Pozostaje jeszcze tzw. druga strona, żydowska. Na ten temat
przytoczę fragment dyskusji seminaryjnej:
„Kazimiera Szczuka: Jeśli wszystko, co powiedzieli
antysemici o Żydach, jest opowieścią o nich samych, to Żydzi
nie powiedzieli nic o sobie w językach kultur, w których żyli.
Żyd jest pustym miejscem.
Agata Araszkiewicz: A nawet, jak mówili, to w stylu: »ja,
polski poeta, hebrajski niemowa«. Mówili o
rozszczepieniu”.
Ostrzeżenie Karskiego
Jest banałem stwierdzenie, że od schyłku XIX wieku –
wraz z natężeniem nacjonalizmów – wzrasta antysemityzm.
Polska nie wyłamuje się z tej reguły. Andrzej Walicki
pokazywał (w „Trzech patriotyzmach”, 1991,
przedrukowanych w „Polskich zmaganiach z wolnością
widzianych z boku”, 2000 oraz w obszernym eseju – będącym
skrótem rozdziału z monograficznego opracowania koncepcji
narodu w polskim Oświeceniu – pt. „Polska według Kościuszki”,
„Gazeta Wyborcza” z 2–3 V 2000), w jaki sposób
dokonała się etnicyzacja pojęcia narodu. Spowodowała ją
niemożność przetrwania państwa polskiego, któremu przyświecać
mogła Kościuszkowska, republikańska, oświeceniowo-romantyczna
koncepcja narodu obywatelskiego, nie utożsamiająca polskości
z katolicyzmem.
„Idea narodu jako wieloetnicznej wspólnoty politycznej
– pisze Walicki – mającej odrodzić się w
historycznych granicach państwowych, a nie językowych lub
wyznaniowych, utrzymywała się do powstania styczniowego włącznie”.
Po klęsce ostatniego powstania XIX-wiecznego; w toku szybkiego
rozwoju kapitalizmu, a w tym zwiększenia się roli Niemców i
Żydów; wskutek artykulacji odrębnych aspiracji narodowych
(np. Litwinów), jak dowodzi Walicki, zaczął się formować
nacjonalizm integralny. Głównymi ideologami polskiego
etnonacjonalizmu stali się Narodowi Demokraci. W niepodległym
państwie polskim, w II Rzeczypospolitej rozwinęli oni swą
koncepcję Narodu Polskiego jako panującego i Polaka-
-katolika jako jedynego reprezentanta polskości rozumianej
jako wspólnota etniczno-religijna. Potępiano wprost Kościuszkowskie
mrzonki, rysowano wizję Wielkiej Polski, wypowiadając
bezpardonową walkę „zażydzeniu” Polski i kultury
polskiej. „Obcych włóczęgów” należało gnać precz,
bez fałszywej litości.
Ogólnie rzecz biorąc, postawa społeczeństwa polskiego
wobec Żydów niewiele się zmieniła podczas wojny i okupacji.
Albo raczej powiedzmy, że pewne tendencje się zaostrzyły.
Feliks Tych w rozprawie „Świadkowie Shoah. Zagłada Żydów w
polskich pamiętniakch i wspomnieniach” („Długi cień
Zagłady”), odwołując się do wielu nieopublikowanych
dotąd rękopisów, cytuje również niedrukowane „Wspomnienia
z lat 1941–1959” wileńskiej inteligentki, Marii
Zagałowej. Przyznaje ona, że „w miarę narastania lat
okupacji” doszło do wpływu „chyba najbardziej
demoralizującego, o jaki oskarżyć trzeba barbarzyństwo
hitlerowskie: o zdemoralizowanie wyobraźni ludzkiej. Obrazy
rzeczywistości otaczającej, wspartej statystyką, stwarzały
możliwość chyba przed II wojną w Europie niedopuszczalną,
że człowiek może tak postąpić” (podkr. moje –
M.J.). Jak wskazywałam już w tym studium, wyobraźnia w Polsce
była już dość zdemoralizowana przed wojną, teraz jeszcze
– przez Zagładę Żydów i terror okupacyjny –
Niemcy wyzwolili „niszczącą energię” i „bratobójcze
walki”, jak o tym pisze Klaus-Peter Friedrich w „Problemie
polskiej kolaboracji podczas II wojny światowej
(1939–1944/5)” („Res Publica nowa”, listopad
1998).
Przytoczę kilka faktów za referatem Izraela Gutmana, wygłoszonym
podczas konferencji w roku 1999 pt. „Europa pod rządami
nazistów a Holocaust” (przedruk za „Biuletynem Żydowskiego
Instytutu Historycznego” w „Gazecie Wyborczej” z
15-16. IV. 2000). Karski w jednym ze swych raportów pisał o „przeważnie
bezwględnym” stosunku do Żydów wśród „szerszych mas
społeczeństwa polskiego”. Kwestia żydowska jest „dosyć
niebezpiecznym narzędziem w rękach Niemców do moralnego
pacyfikowania szerokich warstw społeczeństwa polskiego”
– stwarza jednak „coś w rodzaju wąskiej kładki”,
na której się spotykają Niemcy i „duża część polskiego
społeczeństwa”. Władze polskie na emigracji usunęły
ze sprawozdania Karskiego fragmenty dotyczące Żydów.
Ringelblum pisał o „bierności Polski Podziemnej wobec
brutalnej fali antysemityzmu”. Kossak-Szczucka, owszem,
okazała szlachetność, ale za jaką cenę? Potępiła zbrodnię
„straszliwszą niż wszystko, co widziały dzieje” i
wezwała innych, by jej nie przemilczeli. Chwała jej za to. W
tym samym jednak oświadczeniu pisała, że katolicy-Polacy nie
przestają uważać Żydów „za politycznych, gospodarczych i
ideowych wrogów Polski”. Co więcej, wiedzą, że Żydzi
nienawidzą Polaków bardziej niż Niemców. Gutman podkreśla,
że nigdy w spuściźnie żydowskiej z tamtego czasu nie znalazł
przejawów nienawiści względem Polaków, większej rzekomo niż
nienawiść do Niemców. „Jest to jedno z tych kłamliwych,
wywodzących się ze stereotypów oskarżeń tak często
kierowanych pod adresem Żydów” – mówi Gutman i
dodaje: „Charakterystyczne, że również w tamtych okolicznościach
obstawano przy tym nieuzasadnionym zarzucie”. Obstawano,
bo, powiedzmy jasno, antysemityzm był silniejszy od ludzkich
odruchów – wobec w końcu już odczłowieczonych Żydów.
Wielu historyków, wśród nich Feliks Tych, uznaje, że
pogrom kielecki z lipca 1946 roku był możliwy po Holocauście.
Zdemoralizowana wyobraźnia przystąpiła do czynu. Cytowany już
K.-P. Friedrich uważa, że „wydarzenia kieleckie należy
widzieć jako skutek niemieckiej okupacji i, jak napisano w
»Encyklopedii Holocaustu«, traktować jako
Holocaust”. Takie myślenie wcale nie zwalnia Niemców od
odpowiedzialności, przeciwnie – poszerza ją, ukazując
bezmiar demoralizacji, jaką pobudzili i wywołali w okupowanych
narodach.
Hasło „Polska dla Polaków” przetrwało wojnę i
okupację. Zaczęło się pojawiać na murach domów i w PRL, i
w III Rzeczypospolitej. Trzeba pamiętać, że wypowiadane
podczas wojny i również po wojnie przekonanie: „Dobrze, że
Hitler zrobił to za nas”4 – wskazuje,
jak niewiele dzieli antysemityzm deportacyjny od antysemityzmu
eliminacyjnego. Hitler rzeczywiście pokazał drogę. Przemyślmy
logikę umieszczanych nieraz obok siebie napisów: „Jude raus”
(koniecznie po niemiecku) i „Żydzi do gazu”. Przecież
tu właśnie ujawnia się logika tego przejścia, któremu cały
czas poświęcam niniejsze rozważania. Gdy uświadomimy sobie
prostotę związku łączącego te napisy, zdumienie nas
ogarnia, że nie budzą one takiej furii, jaką wzniecił artykuł
Bożeny Umińskiej.
Dlaczego?
Odpowiedzi udziela Jan Karski. Po ukazaniu się obelżywych
haseł na domu Marka Edelmana w Łodzi napisał w liście do
niego:
„Z bólem swierdzam: w III Rzeczypospolitej panuje klimat
tolerancji i przyzwolenia dla antysemityzmu. Kto, mając władzę
w Polsce, powiada, że pisanie na murach: »Żydzi do gazu«,
»Jude raus«, »Polska dla Polaków« to
jedynie niewinne wybryki młodych chuliganów, nie dorasta do
elit rządzących w rozumieniu świata Zachodu. Kto toleruje,
ten sprzyja i staje się współodpowiedzialny”.
Cudowny Karski! W nekrologach pisano, że „odszedł
Sprawiedliwy wśród Sprawiedliwych”, może Pierwszy
Sprawiedliwy. Na późniejszą okazję odkładam analizę
rozdziału „Getto” z „Tajnego państwa”.
Dochodzi w nim Karski do granic niewyrażalnego – i można
pytać o to, co to znaczyło dla niego i co to znaczy dla nas.
Nie ma symetrii
Trzeba sobie jasno powiedzieć, że nie ma symetrii między
losami Polaków i losami Żydów podczas II wojny światowej. W
bardzo interesującym numerze „Znaku” z podtytułem „Shoah
– pamięć zagrożona?” (2000, 6) po to, aby wyobraźniowo
przedstawić tę dysymetrię, Hanna Świda-Ziemba sięga po następujący
obraz: „okrutny zbrodniarz więzi dwie matki i ich dzieci.
Jednej zabija wszystkie czworo dzieci [i dodajmy: również samą
matkę], drugiej – tylko jedno spośród czterech”.
W tym samym numerze „Znaku” Feliks Tych odwołuje się
do statystyki: „Polacy w 95% przeżyli okupację, Żydzi
polscy natomiast, którzy pozostali pod okupacją niemiecką,
zostali w 98% wymordowani”. Stąd oczywiście bierze się „radykalna
odmienność percepcji” Zagłady przez Żydów i przez
Polaków, przeciwstawność dwóch pamięci, o której pisze
Konstanty Gebert (również w tym samym numerze „Znaku”).
Polemizując z otwierającym debatę w „Znaku” artykułem
Zdzisława Krasnodębskiego, Gebert wyraża się obrazowo, że „na
szczycie cierpienia jest miejsce tylko dla jednego”. I
dalej: „Stąd też zapamiętano ludobójstwo Żydów, nie
Polaków, Hiroszimę (bo była pierwszym miastem, na które
zrzucono bombę atomową), nie Nagasaki. Co więcej – i to
bardzo ważne – zapamiętano je tak, jak je zapamiętały
same ofiary”. Nie może być więc nie tylko rywalizacji
mesjanizmów cierpienia, ale też nie wchodzi w grę jakaś
relatywizacja absolutnej tragedii Żydów – przez porównywanie,
podważanie i kwestionowanie. „Jedynie wyjątkowość Szoa i
nieporównywalny z niczym status tej zbrodni sprawiły, że jej
reinterpretacja nie stała się możliwa. Żydowska pamięć Zagłady
stała się pamięcią powszechną” – pisze Gebert i
jest to zdanie, które w pełni podzielam. Znaczy ono, że Shoah
nie jest jedną z wielu w dziejach zbrodni ludobójstwa, lecz
zjawiskiem wyjątkowym i że głos Żydów jest głosem
pierwszym, panującym nad symfonią cierpienia. I to nie
dlatego, że Żydzi umieją wszystko rozgłosić na cały świat
i wszystko sprzedać, lecz dlatego, że to, co spotkało naród
żydowski, pozostaje czymś nieporównywalnym. I nie ma czego
zazdrościć.
Poszukiwanie za wszelką cenę symetrii cierpień, naginanie
rzeczywistości do tego samego wymiaru zniszczenia narodu,
przyczyniło się do ukucia terminu „antypolonizm” jako
odpowiednika „antysemityzmu”. Mają to być zjawiska równorzędne
i warte siebie. Ksiądz Michał Czajkowski mówił: „Zawsze
podkreślam, że nie można stawiać na równi antypolonizmu i
antysemityzmu. Tu nie ma symetrii. Żydowski antypolonizm nikogo
nie zabił. Antysemityzm zabił miliony” (Artur Domosławski,
„Spowiedź Kościoła”, „Gazeta Wyborcza” z
16-17 IX 2000). Nie da się też sprawy załatwić w sposób
następujący: my – was, wy – nas. My mieliśmy być
pomocnikami hitlerowskich katów, ale wy gnoiliście nas w
ubeckich kazamatach. My antysemici, lecz wy – stalinowcy.
Paradoks powojennego antysemityzmu świetnie uchwycił Przemysław
Czapliński w recenzji ze „Szkoły bezbożników”
Wilhelma Dichtera („Tygodnik Powszechny” 18 VI 2000, nr
25), tej książki głębokiej i przewrotnej: „...Polacy
przetrwają duchowo stalinizm, jednak będzie im w tym pomocne
nie tylko przywiązanie do polskości, lecz również wierność
antysemityzmowi”.
Skrót artykułu Krasnodębskiego ze „Znaku” pt. „Jak
i komu wymierzyć sprawiedliwość” opublikował dodatek
do „Rzeczpospolitej” – „Plus-Minus” (nr
22, 3–4 VI 2000). W nrze 28 (15–16 VII 2000) tenże
dodatek wydrukował refleksje czytelnika (Stanisława Żurka z Płouszowic
koło Lublina) po lekturze szkicu Krasnodębskiego. List ów
jest tak znamienny w swej banalności, że przytoczę w punktach
rozumowanie jego autora:
1) Termin „holocaust” zawłaszczyła strona żydowska
2) Diaspora żydowska w Ameryce – ukrywając swoją winę
milczenia podczas wojny – oskarża Polaków o bierność,
a nawet o współuczestnictwo w zbrodni.
3) Prawda jest natomiast taka, że społeczeństwo polskie było
„w tym samym czasie i pod okupacją tych samych oprawców w
podobny sposób eksterminowane”. „Razem cierpieliśmy,
razem dotknęła nas zbrodnicza machina niemieckiego faszyzmu.
Byliśmy wspólnie upodleni, tak samo zniewoleni, podobnie
bezsilni”.
4) „Niezrozumiały jest udział tak wielu osób pochodzenia
żydowskiego w budowie i utrwalaniu totalitaryzmu
komunistycznego, w tym ich rola w fizycznym i moralnym
niszczeniu wolnościowego podziemia w powojennej Polsce”.
Słowo „niezrozumiały” jest tu raczej eufemizmem.
Chcę teraz zwrócić uwagę, że nie ma podobieństwa między
narodem pod obcą okupacją i narodem przeznaczonym na
ostateczne wyniszczenie. „Nie każdy Polak – pisze
Feliks Tych – ale za to każdy Żyd od niemowlęcia do
starca był przez okupanta ex definitione skazany na śmierć”.
Henryk Grynberg jest jedynym w swej głębi pisarzem wyjątkowości
doświadczenia żydowskiego. Oto, jak rozumie ją Emmanuel
Levinas: „Pośród milionów ludzkich istnień, które spotkała
wtedy nędza i śmierć, Żydzi poznali jedyne w swoim rodzaju
doświadczenie całkowitego opuszczenia. (...) Cierpienie
dzielone wspólnie z ofiarami wojny nabrało jedynego w swym
rodzaju znaczenia prześladowania masowego, które jest
absolutne, gdyż paraliżuje już w samym zamierzeniu wszelką
ucieczkę, z góry odrzuca wszelkie nawrócenia, zabrania
jakiegokolwiek wyrzeczenia się siebie, jakiejkolwiek apostazji
(...) i w ten sposób dosięga samej niewinności istoty
przywiedzionej do ostatecznej tożsamości”.
Gdyby w Polsce chciano zrozumieć, co oznacza tu „ostateczna
tożsamość” żydowska, nie byłoby obmyślania fałszywych
porównań i rzekomych podobieństw. Oczywiście, nie idzie mi w
tej chwili o wymierzanie ogromu cierpień obu stron. Idzie zaś
o to, że przed ową „ostateczną tożsamością” nie było
ucieczki – ani przez odstąpienie od swej religii czy
kultury, ani przez emigrację, ani przez okup. Była tylko śmierć.
Jest to bezgranicznie trudne do zrozumienia, właściwie niepojęte.
Dlatego nie wierzono relacjom Karskiego o totalnym ludobójstwie
Żydów. Jeden z jego wysoko postawionych rozmówców, przywódca
amerykańskich Żydów, wszak powiedział: „Nie mówię, że
Pan kłamie, ale nie mogę Panu uwierzyć”.
Polacy byli świadkami niewyrażalnej zbrodni, ale –
jak dowodzą badania – w większości nie za bardzo ją
zauważali w trakcie jej dokonywania, a potem nie za bardzo
przejmowali się zniknięciem 10% ludności Polski
przedwojennej. Jak więc teraz przywrócić pamięć tego, co się
tutaj obok nas stało? Ma rację Hanna Świda-Ziemba –
tylko drogą krytyki własnych mitów. Jeśli istnieją krzywdzące
dla Polaków mity po stronie żydowskiej, to – dowodzi Świda-Ziemba
– „jedyną drogą »rozbijania« mitów i
likwidacji napięć jest walka z mitami własnymi, a nie mitami
»drugiej strony«”. Krytykujmy nie Żydów,
lecz siebie.
1 Stanowisku wobec Żydów ojca Kolbego, „Małego
Dziennika” i „Rycerza Niepokalanej” poświęcona
została część sympozjum „Św. Maksymilian Kolbe – Żydzi
– masoni”, którego materiały opublikowało
wydawnictwo KUL w r. 1997 pt. „A bliźniego swego...” W
wystąpieniu „Obraz Żyda w »Rycerzu Niepokalanej«”,
w podrozdziale zatytułowanym „Żydzi jako zagrożenie dla społeczności
ludzkiej”, ojciec Waldemar Mackiewicz podkreśla, że „Rycerz
Niepokalanej” „dostrzegał powszechne wyobrażenia o
zorganizowanej działalności narodu żydowskiego, mającej na
celu opanowanie całego świata i założenie monarchii żydowskiej.
Bez zastrzeżeń przytaczał (także sam o. Maksymilian Kolbe)
»Protokoły Mędrców Syjonu« zawierające rzekomo
plany podboju świata”. „Protokoły” rzeczywiście
zawierały plany podboju świata, tyle tylko, że same były
wierutnym kłamstwem. Pod koniec wywodu autor zaznaczał, że
powstrzymuje się „od oceny »Rycerza« za
przedstawiony obraz Żyda”.
2 Landau-Czajka podaje, że ks. Trzeciak w „Małym
Dzienniku” w 1939 roku unosił się nad wielkością
Hitlera, który „ma opatrznościowe posłannictwo, by poskromić
złość żydowską i uratować ludzkość od żydo-komuny,
wprowadzając prawa kościelne wydane przeciwko Żydom w wiekach
dawnych”. Hitler zatem to mąż opatrznościowy realizujący
dawne zamysły Kościoła!
3 Ksiądz Stanisław Musiał w artykułach
zamieszczonych w „Gazecie Wyborczej” („Żydzi żądni
krwi”, z 39–30 VII 2000 oraz „Droga krzyżowa Żydów
sandomierskich” z 5–6 VIII 2000) naszkicował
historię rzekomych mordów rytualnych w Europie oraz omówił
krwawe prześladowaia Żydów w Sandomierzu w XVII wieku, a także
gorszące obrazy w kościołach sandomierskich przedstawiające
rytualne dzieciobójstwo popełniane przez Żydów. Ksiądz
Musiał zaproponował, by te obrazy umieścić poza przestrzenią
sakralną i przenieść do muzeum antysemityzmu. Propozycja jego
wywołała oświadczenie biskupa Stanisława Gądeckiego „Żydzi
nie mordowali” („Gazeta Wyborcza” z 18 VIII 2000):
„Nie ma żadnych wątpliwości, że nie istniało żadne
religijne prawodawstwo żydowskie ani jakikolwiek obyczaj, który
polecałby mordowanie niewinnych (w szczególności dzieci) w
celach rytualnych ani jakichkolwiek innych”. Napłynęły
też listy do redakcji „Gazety” dotyczące tego, co
zrobić z antysemickimi obrazami w kościołach Sandomierza.
4 Rozporządzamy ogromną ilością świadectw tego
typu. „»Hitler czyni przynajmniej jedną dobrą rzecz
dla Polski – uwalnia ją od Żydów«. Słowa takie słyszy
się w pociągu i na bazarze, w tramwaju i na ulicy”
(gazetka żydowska z czerwca 1942, cytowana przez Gutmana).
Chawka Folman-Raban podczas okupacji kursowała jako łączniczka
między gettami. „Nieraz w pociągu słyszałam, jak ludzie mówili
między sobą: »Jedną rzecz Hitler robi dobrze, że wykańcza
Żydów«”(„Wysokie obcasy” z 16 IX 2000).
Alina Margolis-Edelman na Wielkanoc 1943 roku znalazła się pod
murami getta, po aryjskiej stronie. „Przechodnie i gapie
stawali grupkami, podnosili głowy, pokazywali ich [powstańców
żydowskich] palcami. Tego, co o nich mówili, nie powtórzę,
nie chcę powtórzyć” („Tego, co mówili, nie powtórzę...”
1994, 1999). Tych cytuje opinie z niedrukowanych pamiętników:
rozmowę z pociągu z 1941, gdy rozmówca stwierdził: „Niemcy
dają nam szkołę, ale oczyszczą Polskę z Żydów i to będzie
ich wielką zasługą historyczną”. Albo pamiętnikarza,
który przyznaje, że żywi zadowolenie, iż się „okupanta
pozbywamy i to rękoma nie własnymi, a drugiego, zewnętrznego
zaborcy”. „Był to żerujący na naszym organizmie obcy
polip, którego wskutek naszego niedołęstwa nie potrafiliśmy
się pozbyć. Operację przeprowadził Hitler”. Niektórzy
martwili się, co Polska po wojnie zrobi z pozostałymi przy życiu
Żydami. Itp., itp. Z powojennych wypowiedzi tego typu – aż
do ostatniej chwili – można by ułożyć antologię.
|