Pokusa podglądania


O wstydzie


BARBARA SKARGA
 Myślę o ciekawości nienasyconej gawiedzi. Gawiedź to nie jest kategoria socjologiczna, to nie jest klasa czy warstwa, to raczej sposób bycia, niewybredny, ale rozpowszechniony. Gawiedź jest ciekawa. Bez ciekawości nie byłoby wiedzy, to prawda, lecz zainteresowania gawiedzi nie skupiają się na zjawiskach tego świata i możliwościach ich zrozumienia. Ona śledzi bezwstydnie życie innych, a zwłaszcza tych możniejszych od siebie. Ileż jest więc w naszych czasach tej ciekawości podejrzliwej i natrętnej, przed którą niegdyś broniły mury i straże, a dziś jest ona panem i potrafi się pastwić nad swym przedmiotem. Przed tą ciekawością nie ma dziś obrony. Teleobiektyw to nie dziurka od klucza. Pod tym względem Orwellowski świat w pełni się zrealizował. Każdy może mieć w swej sypialni telewizyjne oko, o ile tylko zaspokojenie ciekawości leży w czyimś interesie.

Dziś śmierć nie tylko ciekawi, ona bawi. Film bez kilku zmasakrowanych trupów szybko schodzi z ekranu. Co więcej, ta chorobliwa ciekawość gawiedzi zaraża elity, które pozbyły się skrupułów i bez oporu usiłują obnażyć to, co najbardziej intymne. Na taśmach utrwala się cały przebieg porodu lub chwile autentycznej agonii. Wszystko się staje przedstawieniem, tym ciekawszym, tym bardziej pożądanym, im bardziej jest intymne. W ten sposób staje się też wulgarne. Zniesienie rozmaitych społecznych tabu, co sobie cenimy, odrzucenie hipokryzji, która zawsze była rzeczą wstrętną, chyba nie muszą i nie powinny prowadzić do nurzania ludzi i ich uczuć w bagnie. Wścibstwo było zawsze, dziś jednak trzeba przedmiot ciekawości nie tylko opisać, podać informację, lecz przede wszystkim pokazać, nadając dobrze wyreżyserowaną formę. Żadnych hamulców tu ciekawscy nie mają. Są bezwstydni.

Podejrzliwość, zawiść to zwykłe ludzkie cechy, lecz w tej bezwstydnej żądzy spektaklu tkwi coś więcej. Jest rzeczą oczywistą, że spektakl, którego aktorami są żywi znani ludzie, choć występują w nim wbrew woli, silniej podnieca. To nie iluzje, fikcje, to twarda rzeczywistość, która na próżno się kryła, to śmiałe obnażenie. To także forma uczestnictwa w tym wielkim teatrze. Znika bowiem kurtyna dzieląca widza od sceny. Co więcej, widz ma satysfakcję, gdyż zyskuje moc ingerencji w sztukę. Zna jej didaskalia, zna to, co przebiegało poza kulisami, staje się zatem panem, władnym ubóstwić lub zdeptać. Od jego woli, woli widza, zaczyna zależeć przebieg dramatu. Zaiste, ogromna to satysfakcja. Zapomina się lub po prostu nie bierze się pod uwagę, że czyniąc spektakl z czyjegoś życia, odbiera mu się nie tylko prywatność, lecz także wolność. Spektakl tę wolność gwałci. Któżby się jednak pozbawił spektaklu, któżby zrezygnował z uciechy. Istnieje zresztą ideologia, która nie tylko tę niedyskrecję usprawiedliwia, lecz wręcz ją propaguje, gdyż jest paradoksalnie konsekwencją najpiękniejszych zasad demokracji. Wszakże lud ma prawo wiedzieć lub żąda informacji. On jest suwerennym i decyduje o losach wszystkich obywateli. A że środki tej informacji są coraz potężniejsze i nie stawiają sobie żadnych granic, to trudno, lud się cieszy i napawa swe oczy spektaklem.

„O bezwstydzie w naszych czasach”, „Tygodnik Powszechny” 1998, nr 46

 

 

TADEUSZ SŁAWEK

Wstyd, jak wynika z opisu Kartezjusza, jest zjawiskiem społecznym: inna jednostka lub grupa „pogardza” mną z powodu mojego postępowania, a wstyd będący moją reakcją na owo doznanie doskwiera mi dokuczliwie. By tak mogło być, niezbędna jest jednak sfera prawdziwego kontaktu społecznego, w której człowiek nawiązuje porozumienie z Drugim fundujące się nie na interesie, lecz bezinteresowności. Tymczasem to, co dokonuje się w dzisiejszej rzeczywistości, to proces, który moglibyśmy nazwać klientyzacją relacji międzyludzkich. Obcując ze sobą, poruszamy się coraz częściej w kręgu „spraw do załatwienia”, „interesów do zrobienia”, „korzyści do uzyskania” itp.

Wstydzić się niegodnego postępowania można jedynie w poczuciu głębokiego doznania porozumienia z Drugim, wobec którego ogarnia mnie wstyd. Ów Bliźni nie musi być nawet obecny, lecz moje doznanie Go jest tak silne, że pokonuje granice fizyczności. Wstyd nie wymaga słów; aż za dobrze znamy owo palące uczucie („Myśli tak jadem żre, że wstyd palący Kordelii mu broni” powie Kent o Learze; przekł. W. Chwalewik), ale ogarniające nas wówczas milczenie jest mocniejsze od wszelkiej wypowiedzi. Być może częścią dzisiejszego bezwstydu, o którym pisze Barbara Skarga, jest spadek wartości milczenia, zalew słów byle jakich, triumf retorycznych popisów Regany i Goneryli nad milczeniem Kordelii. Zewsząd atakują nas słowa podporządkowane wyłącznie jakiemuś sukcesowi i jakiemuś zwycięstwu w kolejnym sporze lub teleturnieju, słów całkowicie interesownych, bo kto milczy, kto nie dzwoni, ten nie wygrywa. Jakże w tym kontekście wspomnieć o wstydzie, który jest uczuciem etycznym tak przesyconym dojmującym, osobistym, oryginalnym słowem, iż nie znajdując dlań żadnej językowej formuły, człowiek musi milczeć?

Tak, jak przestaliśmy rozmawiać, oddając się zabiegom interesowności, tak straciliśmy poczucie majestatu śmierci, bowiem przestała ona należeć do kręgu przejmujących opowieści, w których kumulowały się ludzkie namiętności i dramaty, zaczęła natomiast należeć do porządku informacji (wiadomości zaczynające się od rejestru katastrof i morderstw) i widowiskowego wyczynu (filmy akcji). Jak pisze Walter Benjamin, „śmierć jest sankcją wszystkiego, co może powiedzieć nam snujący opowieść”. Skoro już nie „snujemy opowieści”, zatem i śmierć straciła swój charakter ostatecznej sankcji. Przestała być „sankcją”, stała się informacją, która nie ma nic wspólnego z ostatecznością, bo dewaluuje się z częstotliwością radiowego dziennika, czyli co godzina.

„O bezwstydzie”, „Tygodnik Powszechny” 1999, nr 2

 

 

MAGDALENA ŚRODA

Z pewnego punktu widzenia społeczną historię Europy opisać można jako ruch rozjaśniania upubliczniania) tego, co prywatne. Dzięki publicznemu światłu rzuconemu w prywatność dostrzeżono wiele opresjonowanych grup, jednostek, „innych” (chorych psychicznie, inwalidów, dzieci). Dzięki upolitycznieniu prywatności wiele grup społecznych i politycznych emancypowało się, zyskując prawa i publiczny status obywatela. Nie jest więc rzeczą słuszną narzekać na zmiany granic między tym, co prywatne i publiczne, bo często w cieniu prywatności skrywano to, co skrywać się tam nie chciało.

Nikt jednak ze zwolenników redefinicji czy przesuwania granic między tym, co publiczne i prywatne nie dążył do całkowitego wyeliminowania prywatności. Zawsze chodziło o to, by „powszechne” prawa do wolności, równości i sprawiedliwego traktowania miały rzeczywiście coraz szerszy zasięg. Być może teraz jesteśmy świadkami ruchu w innym kierunku: a mianowicie prywatyzacji tego, co publiczne. Hasłem przewodnim stało się bowiem upowszechnienie autentyczności i dosłowności; przeniesienie prywatnych form komunikacji, prywatnej intymności w sferę tego, co „widoczne dla wszystkich”. I być może, że tendencja ta nie jest niczym złym. Póki co jednak sprawia ona dziwne wrażenie; może dlatego, że nasila się zbyt szybko, a zasada „powszechnego ujawniania” zdaje się obowiązywać niemal wszędzie.

Najciekawszą zmianą jest nasz stosunek do uczuć. To najintymniejsza część nas samych. Jest niczym matryca do odbierania i usensowniania świata, nadająca mu ostrość, powab, smak i tragizm. Miłość, nienawiść, cierpienie, rozpacz, radość jeśli dotychczas pojawiały się w sferze publicznej, to tylko przefiltrowane przez sztukę. Teraz pojawiają się nagie, w publicznych wyznaniach, atakują nas ze wszystkich stron, z całą ostrością. Jest to być może spowodowane spsychologizowaniem kultury. Wszak XX stulecie to wiek psychologii; uczucia nie są sprawą intymną, sekretem międzyludzkim, lecz wchodzą do życia publicznego, instytucjonalizują się, pojawiają jako towar w gabinetach psychoanalityków (płaci się tam za możliwość ujawnienia uczuć, które niegdyś skrywało się nawet przed bardzo bliskimi ludźmi). Pytamy różnych ludzi o ich uczucia i nader chętnie informujemy o własnych. Dyskrecja tak wobec innych, jak i nas samych przestaje obowiązywać. Dawna prawdomówność w stosunku do uczuć, określana jako rzetelność i otwartość, staje się niewystarczająca, gdyż granice prawdomówności przesuwają się w kierunku wyraźnego ekshibicjonizmu.


„Zasada powszechnego ujawniania”, „Tygodnik Powszechny” 2000, nr 12

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl