Pokusa podglądania

 

Umieramy dwukrotnie

JERZY JARNIEWICZ

 

Na wieczorze promocyjnym numeru „Literatury na Świecie” poświęconego biografiom literackim, jedna z uczestniczek powiedziała, że wyjątkowa popularność tej formy świadczy o wyczerpaniu się literatury beletrystycznej, która musi ustąpić przed prawdziwym życiem. Postawiłbym tezę wprost przeciwną: popularność biografii dowodzi bezwzględnej przewagi literatury nad życiem.

To literatura anektuje kolejne obszary rzeczywistości, narzucając im swoje prawa. Tak popularne dziś biografie są dowodem, że powoli wszystko staje się literaturą, rzeczywistość ulega procedurom konfabulacji, a etyka i problematyka prawdy ustępują miejsca kryteriom estetycznym. Jesteśmy świadkami bezprecedensowej inwazji literatury.

Iris Murdoch: przedwczesny akt zgonu

Literatura biograficzna, mimo pozornego rozbratu ze światem fikcji, wcale nie dowodzi szacunku jej autorów do faktów pozaliterackich. Przeciwnie, Peter Ackroyd, biografista Eliota, Blake’a i Dickensa, oświadczył niedawno, że prawda go wcale nie interesuje, gdyż biografie są przede wszystkim literaturą. Przetrwają tylko te tytuły, które są dobrze napisane, a nie te, które są prawdziwe. Ackroyd jest w swojej postawie konsekwentny. W jego biografii Dickensa znalazły się fragmenty wyssane, jeśli nie z palca, to z bujnej wyobraźni autora. W jednym z rozdziałów Ackroyd opisuje swoje spotkanie z Dickensem, w innym przytacza rozmowy pisarza z postaciami z jego książek.

Biografie wprowadzają zamęt nie tylko w kwestii postawionej 2000 lat temu przez Piłata: Czym jest prawda? Literacki status biografii pozwala ich autorom na zawieszenie pytań także o etyczny wymiar publikowanych rewelacji. Skoro literatura, jak każda sztuka, mieni się domeną twórczej wolności, biografie, świecąc odbitym blaskiem beletrystyki, skwapliwie z tej wolności korzystają.

Dwa lata temu ukazała się w Anglii biografia dobrze w Polsce znanej powieściopisarki angielskiej irlandzkiego pochodzenia, Iris Murdoch, napisana przez jej męża, Johna Bayleya, również pisarza, a także historyka literatury z Oksfordu. Książka ta to w zasadzie tren, acz niecodzienny, gdyż powstały jeszcze za życia bohaterki. Kiedy Bayley zaczął spisywać swoje wspomnienia, Murdoch od kilku lat cierpiała na chorobę Alzheimera. Bayley szczegółowo opisuje ostatnie lata ich wspólnego życia. Rejestruje pogłębiające się poczucie wyobcowania i bezradności żony, zapisuje proces nieuchronnego wygasania jej świadomości. I związane z tą chorobą konkretne, codzienne problemy, jakim musiał stawiać czoło – karmienie, pomoc przy ubieraniu i czynnościach fizjologicznych.

Elegijna tonacja nie potrafi jednak zagłuszyć wątpliwości. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Murdoch została w książce ubezwłasnowolniona, intymne szczegóły jej życia wystawiono na widok publiczny bez jej zgody i wiedzy. Tym samym – jakkolwiek drastycznie to brzmi – książka stała się de facto wspomnieniem pośmiertnym po osobie, która jeszcze nie zmarła. Była czekaniem na jej śmierć, przedwcześnie wystawionym aktem zgonu.

Jest jeszcze jeden wymiar sprawy, o którym nie sposób zapomnieć. Każda opublikowana książka staje się towarem, podlega prawom popytu i sprzedaży. Wspomnienia Bayleya, zanim ukazały się w formie książki, drukowane były w odcinkach w „Timesie”, znalazły się więc na rynku nie tylko książek, ale i faktów prasowych, obok sensacyjnych doniesień ze świata. Nawet jeśli nie było to jego intencją, Bayley sprzedał prywatność żony jeszcze za jej życia.

Philip Larkin:pornograficzne pisemka

Można próbować zrozumieć decyzję Bayleya: książka ta być może spełnia ważne zadanie jako gest solidarności z wszystkimi, którzy w całkowitej anonimowości opiekują się chorymi na tę nieuleczalną chorobę. Być może jej wartością było skierowane właśnie do tych ludzi, choć w końcu niewypowiedziane, przesłanie: nie jesteście sami. Książka o opiece nad nieuleczalnie chorym, który nie jest postacią publiczną, zapewne nie miałaby szans na publikację, a już z pewnością nie byłaby tak szeroko komentowana.

Być może choroba nie powinna być obłożona tabu prywatności, a wycofanie się w milczenie nie jest odpowiednią reakcją. Coraz częściej o swoich chorobach mówią publicznie postacie ogólnie znane, aktorzy, politycy, sportowcy; biorą udział w kampaniach informacyjnych dotyczących zapobieganiu AIDS, nowotworom piersi czy prostaty. Ostatnio jeden z polityków amerykańskich, ubiegających się o prezydenturę, reklamował środek na impotencję, odwołując się do swoich pooperacyjnych doświadczeń. Do niedawna choroba była faktem wstydliwym, który należało ukrywać, dzisiaj mówi się o niej publicznie – i nie ma w tym nic groźnego, dopóki sami chorzy taką decyzję podejmują.

Dla autorów biografii literackich przełamywanie prywatności znajduje usprawiedliwienie w przekonaniu, że w ten sposób służy się wyższym celom. Prywatność pisarza jest przecież czymś przygodnym i wysoce nieistotnym wobec jego twórczości. Człowiek, który decyduje się tworzyć literaturę, musi być świadom, że prędzej czy później literatura połknie go całego – literatura jest tu wyjątkowo bezwzględnym agresorem. Krytycy i historycy mogą przywłaszczyć sobie każdy fakt z życia pisarza, argumentując, że nie gonią za sensacją, lecz pełnią ważną służbę społeczną. Choć większość autorów przyznałaby pewnie, że są obszary życia prywatnego, których nie można ruszyć, nikt nie jest w stanie przeprowadzić wyraźnej granicznej linii.

Co jest rzeczywiście ważne dla lepszego zrozumienia dzieła, a co ma jedynie walor sensacji, pozostanie kwestią sporną. Czy rewelacje dotyczące rzekomo kazirodczych związków Ann Sexton z jej córką są tylko przynętą rzuconą na bezwzględnym rynku biografii, czy też ważną informacją pozwalającą lepiej odczytać konfesyjne wiersze poetki? A nawet gdyby rzeczywiście informacja ta była ważnym kluczem do twórczości, czy interes krytyki literackiej pozwala na tak bezceremonialną inwazję prywatności? Czy naruszeniem prywatności jest opublikowanie listy chorób, na które cierpiał starzejący się Eliot, a które tak skwapliwie, i z detalami, wyliczył Ackroyd? Czy biograf Larkina może ujawnić, że w biurku zmarłego znaleziono stosy pornograficznych pisemek?

Na rynku biografii zaczyna działać już swoiste prawo: biografia musi szokować coraz to bardziej sensacyjnymi doniesieniami, inaczej przepadnie niezauważona. I nie jest ważne, czy rewelacje są dostatecznie udokumentowane – liczy się ich siła uderzeniowa.


Sylvia Plath:wielka polityczna gra

Życie amerykańskiej poetki Sylvii Plath stało się ulubionym tematem biografistów. Można mówić o całym przemyśle Plathowskim; książek o życiu Plath ukazuje się więcej niż monografii poświęconych jej twórczości. Biografie zamieniły się w pole walki, na którym zderzają się rozmaite grupy interesów. Feministki próbują ukazać Plath jako ofiarę autorytarnego, egocentrycznego męża, Teda Hughesa, i patriarchalnego społeczeństwa brytyjskiego. Inni, biorąc w obronę Hughesa, udowadniają psychiczną niestabilność Plath, jej skłonność do histerii i uciążliwość.

Ted Hughes, który został opiekunem literackiej spuścizny po Plath (tylko dlatego, że poetka nie zostawiła testamentu), zadbał o to, co i kiedy z jej pism się ukazuje. Po śmierci żony zniszczył spore partie jej dzienników, a potem starannie dobierał materiały, które miały ukazać się drukiem. Stąd też Hughes stał się faktycznie biografem żony, choć biografii w pełnym tego słowa znaczeniu nie napisał. To on stworzył jej portret, kontrolował każdą publikację. „Listy do matki”, w których Plath jawi się jako troskliwa, porządna córka, wydano w reakcji na nieprzychylny wizerunek starszej pani Plath zawarty w „Szklanym kloszu”. Czy taka kontrola, by nie powiedzieć: manipulacja, polegająca na ukrywaniu niewygodnych faktów, nie jest taką samą inwazją prywatności jak działanie biografów rzucających się niczym harpie na każdy szczegół życiorysu poetki?

Kilka lat temu ukazał się polski przekład biografii Plath, pióra Janet Malcolm, „Milcząca kobieta”. To znakomita, fascynująca książka: autorka przyznaje, że zaczynając nad nią pracę, nie czuła szczególnej sympatii do Plath. Co więcej, wiedziała, że „biografia to rzecz sama w sobie niemoralna”. Malcolm odmawia włączenia się w dyskusję nad charakterem i osobowością Sylvii, co wiązałoby się z opowiedzeniem się po którejś ze stron konfliktu. Przypomina o niemożliwości dotarcia do prawdy o drugim człowieku, zwłaszcza jeśli się go nigdy osobiście nie znało, a także o niemoralnym charakterze szperania w życiorysach ludzi zmarłych, pozbawionych więc możliwości repliki.

Zamiast więc proponować czytelnikom kolejną biografię znanej postaci, Malcolm pisze książkę o pisaniu biografii. „Milcząca kobieta” to zapis jej spotkań z innymi autorkami biografii Plath, z ludźmi, którzy o Plath pisali lub z nią się zetknęli. Malcolm odtwarza obraz wielkiej politycznej gry, w którą wszyscy są uwikłani, komponuje książkę tyleż ze swoich zapisków, co z przeprowadzonych rozmów, cytatów dokumentów, listów, fragmentów z dzienników. Dwudzielny podział na wybielaczy i oczerniaczy Plath zostaje przezwyciężony poprzez zwielokrotnienie głosów, wprowadzenie sprzecznych wątków, mylnych tropów, prowadzących do zbawiennej konkluzji: nie ma jednej prawdy o Plath. Prawda o niej, podobnie jak prawda o każdym człowieku, przypomina kolorowy patchwork. Jednocześnie potwierdza się, że każda biografia jest w gruncie rzeczy książką bardziej o jej autorze niż o jej bohaterze. Malcolm jest jedną z pierwszych biografistek, które się do tego otwarcie przyznają.

Pisząc biografię Plath, przypomina nam też, że tak naprawdę wierzymy tylko powieściopisarzom, historia opowiedziana przez nich jest ostateczna i nie ma sensu poszukiwanie alternatywnych scenariuszy. Natomiast w przypadku literatury faktu nigdy do końca nie jesteśmy przekonani o rzetelności i kompletności przedstawionego obrazu. Dręczeni niepewnością, ciągle szukamy innych, dopowiadających go scenariuszy, czekamy na kolejną biografię, kolejną historię. Stąd wydanie jednej biografii prowadzi do powstania nowej, konkurencyjnej biografii, która z kolei daje asumpt do napisania następnej wersji. I tak bez końca literatura żywi literaturę.

J.D. Salinger: walka z wiatrakami

Wobec podobnych problemów stanął angielski poeta i krytyk Ian Hamilton, który planował napisanie biografii J.D. Salingera. Hamilton wystosował list do pisarza, ale reakcja Salingera była natychmiastowa i bezwzględna: autor nie życzy sobie, aby ktokolwiek pisał jego biografię i zrobi wszystko, aby temu zapobiec. Hamilton nie uszanował woli pisarza, szczerze przyznaje, że z powodów finansowych, ale powołuje się także na szlachetniejszą motywację: pracy dla potomności. Literatura, jak twierdzi, nie jest własnością tego, kto ją napisał. „Buszujący w zbożu” jest już częścią życiorysu każdego czytelnika, który tę książkę przeczytał i przeżył. W rezultacie działań Salingera Hamilton zmuszony jest wycofać z pierwszej wersji tekstu wszystkie cytaty z listów i dzienników pisarza. Choć jednak nie można ich cytować, można je czytać i parafrazować, gdyż teksty te dostępne są w bibliotekach.

Książka przeradza się więc w opowieść o walce Hamiltona z Salingerem i jego adwokatami, w której zasadnicze pytanie dotyczy tego, kto kogo przechytrzy. Salinger wypada w niej wyjątkowo antypatycznie, to daleki od ideału buddyjskiego eremity pieniacz, gotów po latach wyjść z ukrycia po to tylko, żeby uniemożliwić Hamiltonowi napisanie biografii. Dla Hamiltona jednak rezygnacja z pisania nie wchodzi w rachubę. Pojawiają się co prawda wątpliwości natury etycznej, kiedy na przykład Hamilton przegląda listy Salingera i uzmysławia sobie, że w jednej z bibliotek amerykańskich przechowywana jest jego korespondencja, którą może w tej chwili czytać jakiś historyk literatury. Ale te wątpliwości ani przez chwilę nie wzbudzają w Hamiltonie myśli, że Salinger może ma jednak prawo ochrony prywatności. Ironią losu jest to, że książka Hamiltona nie goniła za sensacją – w zeszłym roku ukazały się natomiast dwie nowe książki o Salingerze, w których autorzy już bez białych rękawiczek zaserwowali czytelnikom rzecz na poziomie plotkarskich tygodników. Walka Salingera o zachowanie prywatności okazała się walką z wiatrakami.

Claire Tomalin, autorka głośnych biografii literackich, przyznała się kiedyś w rozmowie ze mną, że nigdy nie napisałaby biografii osoby żyjącej. Grzebanie w życiorysach osób zmarłych wydawało jej się natomiast czymś moralnie usprawiedliwionym. Czy rzeczywiście? Czy w takim postawieniu sprawy nie odzywa się lęk przed konsekwencjami procesu? Osoba żyjąca może wypowiedzieć się na temat ujawnionych rewelacji, zaskarżyć biografa, zmarły zaś pozostaje bezbronny. Czy rzeczywiście zmarłemu nie przysługuje już prawo do prywatności? Nasza kultura powie, że nie: prywatność jest przywilejem żywych, po śmierci wszystko można upublicznić.

W muzeum w Dublinie widziałem w gablocie zwłoki zamordowanego przed ponad 2000 lat, wydobytego z bagien, człowieka. Trudno wyobrazić sobie, aby jakiekolwiek muzeum wystawiało w gablocie zwłoki, powiedzmy, ofiar sowieckich łagrów. A jednak te zwłoki sprzed 2000 lat są eksponowane jak inne eksponaty – łodzie, miecze, tarcze, bransolety. Te zwłoki są jedynie przedmiotem, archeologiczną ciekawostką: nie należą już do konkretnego człowieka. Ciało zostało mu odebrane, a on sam – odczłowieczony. Wystarczyło 2000 lat. 

Prywatność nie jest więc wartością bezwzględną: stanowi wartość dopóty, dopóki człowiek żyje. Po śmierci nikną moralne wątpliwości, wszystko może paść łupem pożądliwego oka i stać się faktem publicznym. Kryje się w tej praktyce przekonanie, którego wprost nikt chyba nie wypowiedział: człowiek po śmierci traci przywileje przysługujące mu z racji tego, że jest człowiekiem. Umieramy dwukrotnie, raz jako żywi, drugi raz – kiedy historia zamienia nas w plastyczną fikcję, którą można manipulować i która staje się publiczną własnością. Dzisiaj jesteśmy świadkami, jak te dwie chwile niebezpiecznie się do siebie zbliżają. Widzimy też coś bardziej niepokojącego: zdarza się bowiem, jak w przypadku Iris Murdoch, że ta druga śmierć wyprzedza tę pierwszą.

Jerzy Jarniewicz

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl