|
Pokusa podglądania
Podglądanie, czyli głód rzeczywistości
AGATA BIELIK-ROBSON
Z jednej strony jest prawdą, że ciekawość to pierwszy
stopień do piekła; z drugiej jednak łamanie tej reguły od
zawsze było motorem wszystkich istotnych odkryć natury
egzystencjalnej. Bez ciekawości, bez zdziwienia, szoku, a więc
i podglądania, człowiek nie może sam stać się tym, czym był
od zawsze, istotą pasjonującą i niezwykłą: ciekawym zwierzęciem,
animal fascinans.
Chciałabym postawić dwie tezy, z pozoru ze sobą sprzeczne.
Pierwsza będzie w typie mądrości konserwatywnej, rodem z Księgi
Koheleta. Podglądactwo? Nic nowego pod słońcem: od kiedy
istnieje ludzkość, ten wyjątkowo wścibski gatunek,
obserwowanie bliźnich, zwłaszcza wtedy, kiedy oddają się
czynnościom intymnym, nieprzewidzianym dla sfery publicznej, to
jedna z jej najsilniejszych namiętności. Podglądanie innych w
sytuacjach, które filozofia określa jako graniczne –
narodziny, miłość i śmierć – okazuje się potrzebą
nieodpartą, zdradzaną już przez osobniki najmłodsze, co
nieomylnie wskazuje na jej niezmienny, uparcie naturalny
charakter.
FREUD: byt nieoswojony
To w końcu nie przypadek, że Zygmunt Freud właśnie z doświadczenia
podglądactwa uczynił przeżycie centralne, wokół którego
organizuje się psychika małego człowieka. Dziecko, wiedzione
nieprzepartą ciekawością, prędzej czy później staje się
świadkiem sceny miłości fizycznej między rodzicami, tak
zwanej “sceny pierwotnej”: przygląda się jej zachłannie,
chłonie wszystkimi zmysłami, ale jej nie rozumie. Scena ta
pozostawia w nim wyraźny ślad, ale jest to ślad czysty zmysłowy:
sens tego, co się wydarzyło, jego zrozumienie, przyjdzie
znacznie później – niekiedy zbyt późno, by naprawić
szkodę, jaką doświadczenie to, przerażające i dziwne, wywołało
już w młodej duszy.
Ciekawość, mówi Freud, w gruncie rzeczy bardzo tradycyjny
humanista, wiedzie małego człowieka na spotkanie rzeczywistości,
na przyjęcie której nie jest on jeszcze przygotowany. Podglądając,
wystawia się on na brutalny kontakt z bytem, który go szokuje
i wymyka się jego zwykłemu pojmowaniu rzeczy. Podglądactwo
jest więc zawsze powtórzeniem tej pierwotnej sytuacji, w której
formują się zręby młodej duszy: przejawia się w nim
pierwsza ciekawość, ciekawość z gruntu ambiwalentna –
zarazem ukarana i nagrodzona. Ukarana, bo wyrywa ona dziecko z
iluzji bezpieczeństwa, że oto żyje w świecie przewidywalnym
i doskonale skrojonym do jego potrzeb; i nagrodzona, bo dzięki
niemu może ono w ogóle odkryć, że istnieje coś takiego jak
rzeczywistość, byt dziwny i niezrozumiały, niezależny od
jego potrzeb, istniejący całkiem na zewnątrz.
Nazwisko Freuda pojawia się tu celowo: sfery sacrum i
profanum nie są u niego wyraźnie oddzielone, dlatego też coś
z pozoru równie nieprzyjemnego jak właśnie podglądactwo może
ukazać się w jego teorii w innym świetle, wolnym od z góry
przyjętych, nieprzychylnych wartościowań. Więcej jeszcze, u
Freuda sfery sacrum i profanum nie tylko nie są rozdzielone,
ale wręcz przenikają się nawzajem i warunkują: gdyby bowiem
nie z pozoru najbardziej niska i paskudna z ludzkich przypadłości,
jaką jest ciekawość podglądacza, nie otworzyłby się przed
dojrzewającą psychiką świat taki, jaki naprawdę jest
– groźny, niepojęty, transcendentny. Podglądactwo nie
tylko zatem nie zasługuje na zupełne potępienie, ale wręcz
domaga się, by uznać je za medium, dzięki któremu do człowieka
dociera fragment bytu osobliwego i nieoswojonego: tego, który,
jak mówi Freud, “wywiera wielkie wrażenie” i który
dopiero zmusza nas do wysiłku poznania.
To nie przypadek zatem, że zwykle mamy ochotę podglądać
to, czego nie rozumiemy, co przekracza granicę naszego
pojmowania. Podglądamy dzieła Erosa i Thanatosa; podglądamy
narodziny, miłość i śmierć. Podglądamy miejsca styku między
światem, jaki znamy, a światem spoza, który tradycja nazywa
obszarem metafizycznym. Podglądamy, ponieważ powoduje nami głód
rzeczywistości, głód absolutnie ludzki, nieznany zwierzętom,
całkowicie zadowolonym z przebywania w swojej oswojonej niszy.
Akty podglądactwa są zarazem naganne i niezbędne; stanowią
paradoksalny przedmiot wyraźnego zakazu i milczącego
przyzwolenia. I tak jest od samego początku: od biblijnego
zakazu bycia nadmiernie ciekawym, który – z góry to
wiadomo – musi skończyć się przekroczeniem.
Rodzice zatem nie mają innego wyjścia, jak tylko pogodzić
się z tym, że dzieci, prędzej czy później, pomimo wszelkich
upomnień, zdobędą wiedzę, która stanie się dla nich źródłem
niepokoju i jeszcze większej ciekawości, ciekawości na całe
życie, nie do zaspokojenia. Na polskich wsiach, na przykład,
zakazuje się dzieciom oglądania porodu cielaków, źrebiąt i
innych zwierząt hodowlanych, wiadomo jednak, że dzieci złamią
ten zakaz i będą podglądać, uciekając się do wszystkich
znajomych sobie wybiegów – nie ma to żadnej rady.
Podobnie rzecz na się ze zgonami, których także dzieciom oglądać
nie wolno, ale te zawsze znajdą sposób, by jakoś wyminąć
dorosłych, zakraść się do kostnicy i “zobaczyć
trupa”. Ten dziecięcy instynkt nie słabnie wraz z
dorastaniem: tłumy gapiów, które gromadzą się przy
wypadkach, bez względu na reguły etykiety nakazujących takt i
dyskrecję, świadczą, że podpatrywanie zrządzeń losu przy
pracy – obserwowanie wyższej rzeczywistości, kiedy daje
byt i kiedy go odbiera – jest potrzebą nie do
wykorzenienia. Niebezpieczną, ambiwalentną, opatrzoną tysiącem
regulacji i zakazów – a mimo to konieczną.
“hiperrzeczywistość”
Nie powinniśmy się więc zanadto zżymać na podglądactwo.
Podglądanie samo w sobie nie jest chorobą, choć może stać
się patologiczne, jeśli nie towarzyszy mu kulturowe
uzasadnienie, które powołuje się na ową wyższą rację, jaką
jest nieodparta ciekawość tej odmiennej, głębszej
rzeczywistości, niedostępnej innymi środkami.
Tu właśnie pojawia się miejsce na moją drugą tezę: na
krytykę podglądactwa w społeczeństwie współczesnym, które
odrzuciło wszelkie mitologiczne uzasadnienie “niezdrowej
ciekawości”. Freud był prawdopodobnie ostatnim z
wielkich kodyfikatorów naszej kultury, który potrafił nadać
czynności podglądania sankcję metafizyczną, nawet jeśli język,
jakim się w tym celu posłużył, wydawać się nam może jak
najdalszy od intuicji religijnych. W zgodzie z mądrością
Biblii, Freud uczynił z niezdrowej ciekawości centralny
atrybut człowieczeństwa, dwuznaczny grzech, od którego
wszystko to, co ludzkie, dopiero się zaczyna. Po Freudzie
jednak nie pojawił się już nikt, kto potrafiłby w równie żywy
sposób przetłumaczyć treści naszej tradycji religijnej na
niespokojny, pozornie zeświecczony język nowoczesności.
Podglądactwo nadal jednak pełni tę samą funkcję co
dawniej: nadal dostarcza człowiekowi – dziś mieszkańcowi
globalnej wioski, przez pokaźną część swojego życia podłączonemu
do przekaźników informacji, głównie zresztą wzrokowej
– tego samego co zawsze: wglądu w byt, który wymyka się
jego rozumieniu, nadal zaspokaja jego głód nagiej obcej
rzeczywistości. Współcześni krytycy kultury masowej –
tacy jak Ortega y Gasset, czy z drugiej strony, Jean Baudrillard
– zgodnie wskazują na panującą w niej tendencję do
odrealniania świata: do zastępowania rzeczywistych doświadczeń
przeżyciami symulowanymi i zastępczymi, do podmieniania
otaczającego nas bytu przez tak zwaną “hiperrzeczywistość”,
która przedstawia realność tak doskonale i wyraziście, że w
rezultacie wypiera ona nasz zwykły i codzienny Lebenswelt. Człowieka
otacza dziś, mówi Baudrillard, mgławica symulakrów, a więc
nie po prostu zwyczajnych bytów, których zwykł doświadczać
za pomocą swoich pięciu zmysłów, lecz niezwykle wytrawnych
podróbek, które zaludniają wirtualny świat mediów, dając
mu poczucie rzeczywistości mocniejszej i prawdziwszej niż ta
otaczająca.
W rezultacie przedstawienia rzeczy zaczynają górować nad
rzeczami samymi; rzeczywistość zaczyna być mierzona wedle
tego, czy pasuje do zadanego wzorca, a nie na odwrót, jakby
tego chciała arystotelesowska tradycja, definiująca prawdę
jako adequatio rei et intellectus, a więc stan, w którym to
przedstawienia powinny pasować do rzeczy. Człowiek zanurzony w
hiperrzeczywistości, w owej mgławicy symulakrów, ocenia więc
swoje “realne” przeżycia wedle tego, czy przystają
one do obrazów wypromowanych przez filmy, jakie ogląda; widzi
siebie w lustrze przez pryzmat idealnych wizerunków wyzierających
z wszędobylskich reklam; głosując w wyborach, przedkłada
wyidealizowany medialny image polityka nad wiedzę o jego
“realnych” poczynaniach. Poczucie realności
rozchwiewa się u niego bezpowrotnie; inwazja obrazów, jakimi
bombardują go media, przechwytuje jego rozumienie świata,
zagarnia jego kontakt z bytem, przesuwa go w sferę ikonicznej
fantazji.
kiepska taśma Wideo
W świecie, w którym relacja z tym, co naprawdę realne,
zostaje zaburzona do takiego stopnia, pojawia się szczególnie
dotkliwy głód rzeczywistości – a w konsekwencji tym
silniej pojawia się potrzeba podglądania, oba te zjawiska są
bowiem ze sobą nierozerwalnie powiązane. Obok wygładzonych,
komputerowo przetworzonych obrazów, które są piękniejsze,
wyrazistsze i pełniejsze niż rzeczywistość naszych ułomnych
zmysłów, zaczynają wyłaniać się obrazy, których rola jest
dokładnie odwrotna. Polega ona na pokazywaniu świata takim,
jakim jest, bez obsłonek i fałszujących klisz. Oba typy obrazów
płyną przez media dwoma, całkowicie obocznymi strumieniami.
W Wielkiej Brytanii, gdzie również pokazywany jest program
“Big Brother”, który najpierw zrobił karierę w
Holandii, emisja kolejnych odcinków “prawdziwego życia”
przerywana jest reklamami, które wrzucają widza w alternatywny
świat hiperrzeczywistości. Już sama ta forma emisji jest
doskonałą zachętą dla oglądania “Wielkiego
Brata”, który, jak wiadomo z powieści Orwella, jest
najwyższym spełnieniem figury podglądactwa: im więcej bowiem
wymuskanych ikon ze sfery hiperrzeczywistej, tym silniejszy u
widza głód zobaczenia świata bez retuszu, w całej jego odrażającej
chwale.
Z perspektywy speców od hiperrzeczywistości – autorów
scenariuszy filmowych, reżyserów teledysków itp. – to,
co dzieje się w “Wielkim Bracie”, nie ma żadnego
sensu: dłużyzny, niekonkluzywne dialogi, niezrozumiałe zmiany
nastroju, absurdalne zwroty sytuacji całkowicie urągają
sztuce przedstawienia. I właśnie o to chodzi: jedni się kłócą,
inni się kochają, ktoś idzie do łazienki, ktoś się
rozbiera do snu, ktoś robi sobie grzanki w kuchni; statyczna
kamera, kiepska taśma video; wszystko to razem wywołuje wrażenie
autentyczności, którego tak bardzo spragniony jest podglądacz.
Przykry paradoks polega oczywiście na tym, że został on
oszukany: on nie podgląda, zaledwie pozwolono mu wyobrażać
sobie, że oddaje się przyjemności podglądania. Potrzeba, której
zaspokojenie wymagało niegdyś pewnej zapobiegliwości, dziś
jest kolejnym pragnieniem skwapliwie spełnianym przez usłużne
media. Kontakt z rzeczywistością jest tu bowiem tak samo
pozorny jak w przypadku wirtualnej hiperrzeczywistości, tak
samo zapośredniczony, tyle że sprytniej: przedstawienie ukrywa
się w pozornej przeźroczystości.
ZBLIŻENIE NA KREW
“Wielki Brat”, zaprojektowany jako raj podglądaczy,
jest więc szczególnie łatwy do zdemaskowania. Gorzej jest z
obrazami, które również obliczone zostały na istnienie wśród
widzów niezdrowej ciekawości, ale które ukrywają się wśród
pozornie neutralnego przekazu news’ów. W telewizji
brytyjskiej, a ostatnio coraz bardziej także i w polskiej, lwią
część wiadomości zajmują relacje z miejsc wypadków, zabójstw
i wszelkiego rodzaju malowniczych przestępstw. Kamera z
pietyzmem zatrzymuje się na każdej plamie krwi, powiększa ją,
pokazuje przez kilka sekund na ekranie; nie przepuści żadnemu
okaleczeniu ofiar ataku terrorystycznego; wdziera się na sale
szpitalne, nie oszczędzając prywatności rodzących i chorych;
wdziera się do kostnic, żeby “pokazać trupa”.
Symulując kontakt z sytuacjami granicznymi, zaspokaja w ten
sposób fundamentalną ludzką potrzebę zajrzenia pod spód
machiny życia: w jego ciemne wnętrze, skąd wszystko się wyłania
i ku czemu wraca.
Byłoby dziwne, gdyby telewizja nie wykorzystała potrzeb
podglądania, jakie rodzi typowo ludzka niezdrowa ciekawość.
Niepokój budzi jednak fakt, że zaspokajając tę potrzebę w równie
bezpośredni sposób, zdejmuje ona z podglądactwa piętno
ambiwalencji, bez którego nie jest już ono tym, czym było
dawniej, choćby jeszcze u Freuda. W tym bardziej tradycyjnym ujęciu
(jak się okazuje, można być konserwatywnym także i w
stosunku do podglądactwa!), dziecko – bo podglądanie
jest przywilejem-przywarą przede wszystkim ciekawskich dzieci
– musi samo wykazać się swoim “dziecięcym nieposłuszeństwem”
i zobaczyć na własne oczy to, czego zobaczyć mu nie wolno, bo
– jak słusznie argumentują rodzice – jest jeszcze
za małe i nie zrozumie. Dziecko samo musi podjąć aktywność,
by spełniła się przygoda podglądania.
Tymczasem dzisiejsze, oferowane przez media podglądactwo
zastępcze jest przykładem obrzydliwego lenistwa, które, choć
odlegle powodowane głodem odmiennej rzeczywistości, nie może
mieć żadnej wartości poznawczej. Wartość tę, jak trafnie
zauważył Freud, może mieć tylko głęboko intymna przygoda
szokującego odkrycia, odsłaniająca małym podglądaczom
zakazane rejony świata.
Z dwojga złego zatem wydaje się, że już lepiej byłoby,
gdyby media ograniczyły się do prezentacji sztucznych rajów i
wycofały się z symulowanego podglądactwa; gdyby wybrały spełnienie
ludzkiej potrzeby fantazji, a nie zaspokajanie równie ludzkiego
głodu rzeczywistości. Współczesne badania socjologiczne nad
dziećmi wychowywanymi w przesyconej symulakrami kulturze
Zachodu dobitnie pokazują, że ich ciekawość w stosunku do
otaczającego ich świata, łącznie z osobami rodziców,
dramatycznie spada. Dzieci, nasycone obrazami obu rodzajów
– i tymi pięknymi, które oddziałują na ich wyobraźnię,
i tymi szokującymi, które zaspokajają ich głód
egzystencjalnych tajemnic – najwyraźniej utraciły ochotę
do eksplorowania ich najbliższego otoczenia; ich ciekawość
została ukojona, zanim się jeszcze narodziła. W pewnym sensie
sprawiają one mniej kłopotu swoim wychowawcom; nie podpatrują,
nie podsłuchują, nie podglądają przez dziurkę od klucza,
nie wykradają sekretów z Drzewa Wiadomości, dostępnych tylko
dorosłym. Koszt tej “pacyfikacji” dziecięcego
nieposłuszeństwa jest jednak ogromny i już wkrótce kultura
nasza padnie jego ofiarą.
Z jednej strony bowiem to oczywiście prawda, że ciekawość,
zwłaszcza niezdrowa, to pierwszy stopień do piekła – z
drugiej jednak “dziecięce nieposłuszeństwo”, łamiące
tę regułę, od zawsze było motorem wszystkich istotnych odkryć
natury egzystencjalnej. Bez ciekawości, bez ambiwalencji w nią
wpisanej, bez zdziwienia, szoku, a nawet traumy, która może się
narodzić w kontakcie z podglądaną brutalną rzeczywistością,
człowiek nie może sam stać się tym, czym był od zawsze,
istotą pasjonującą i niezwykłą: ciekawym zwierzęciem,
animal fascinans. W rezultacie staje się nudny, przewidywalny i
ograniczony do świata, który na zapas spełnia wszystkie jego
potrzeby, zabijając w nim najbardziej twórczy i witalny impuls
– jego głód rzeczywistości.
Agata Bielik-Robson
|