|
Pokusa podglądania
TVN – telewizja dla podglądaczy?
ALEKSANDRA BAJKA
Kiedyś, aby wyznać winy, wystarczały ludziom konfesjonały.
Kozetka psychoanalityka nie wyparła ich, ale w rozwiniętych
krajach Zachodu stanowiła „nowoczesną” alternatywę
i ratunek psychiczny dla wielu zamożnych. Teraz miejscem
wyrzucania z siebie grzechów stają się media elektroniczne.
– Błędem jest myślenie, że konfesjonał to jedyne
miejsce, gdzie można mówić tego typu rzeczy. Jesteśmy w XXI
wieku, czasy się zmieniły i pora to zauważyć – mówi
Mariusz Walter, prezes Telewizji TVN. – Ilość problemów,
nieszczęść, pytań bez odpowiedzi, beznadziejnych sytuacji
jest tak wielka, że ludzie zaczynają szukać pomocy z zewnątrz.
Dlaczego nie w telewizji?
TVN stworzyła kilkanaście programów, w których na różne
sposoby pokazuje z bliska życie ludzi. Bohaterami, według
dyrektora programowego stacji, Edwarda Miszczaka, mają być „zwykli Kowalscy”, dzięki czemu skracany jest
dystans między telewizją a widzem. Maciej Kuroń gotuje w domu
Iksińskich, w „Ananasach z naszej klasy”
przedstawia się aktorów na tle ich szkolnych kolegów, a
bohaterkami „Rozmów w toku” są Ala i Magda, a nie
gwiazdy show-biznesu.
– Jesteśmy telewizją z emocjami, nie ma u nas tematów
tabu – przekonuje Miszczak. – Pokazujemy sytuacje
wyreżyserowane przez życie, które widz chce „trawić”,
niekoniecznie będąc ich świadkiem. To nie jest podglądactwo,
to jest podglądanie życia.
Walter myśli podobnie: – Poszukujemy szczerych zachowań
telewizyjnych. W sposób znaczący kształtujemy, wyprzedzamy i
prowokujemy takie zachowania. Aby odnieść sukces, nie można
zostać na pozycjach średniowiecznych, skrajnie tradycyjnych.
Zdaniem Waltera programy „Wizjer”, „Pod
napięciem”, „Wybacz mi”, „Na
ratunek”, „Supergliny” oraz rozrywkowe: „Milionerzy”,
„Ananasy z naszej klasy”, „Maraton uśmiechu”, „Trafiony
zatopiony” – stanowią o ekonomicznej racji bytu
stacji. Wypadają w badaniach lepiej niż filmy czy sport.
– Wszyscy pukali się po głowie, gdy w niedzielę
wieczorem daliśmy „Wybacz mi”, „Pod napięciem”
i „Superwizjer”. Tymczasem jest to nasz najlepszy
prime-time. To znaczy, że jest zapotrzebowanie na tego typu
programy.
Bogusław Kwarciak, psycholog z Uniwersytetu Jagiellońskiego
uważa, że TVN z jednej strony trafiła w niszę nie
zagospodarowaną przez inne telewizje, z drugiej po prostu
tworzy gusta ludzi. – ITI (udziałowiec TVN) dysponuje
bardzo dobrymi badaniami rynkowymi. Dzięki telemetrii można łatwo
prześledzić, co ludzie lubią i zaproponować odpowiadający
im program – wyjaśnia.
Wybaczanie na ekranie
Anna Maruszeczko, prezenterka programu „Wybacz
mi”, łączy na ekranie skłócone rodziny. Płaczą osoby
w studiu, płaczą widzowie przed telewizorami.
– Tam jest prawdziwy stres i emocje – twierdzi
22-letni Rafał Maćkowiak z Wrocławia, który pogodził się w
programie ze swoim ojcem. – Oglądam każdy program co
niedzielę i czasem sam ryczę jak bóbr.
Rafał uciekł z domu i przez 8 lat nie utrzymywał kontaktów
z rodzicami. Twierdzi, że gdyby sam pojechał do domu z
kwiatami, to ojciec by go nie przyjął. Wyręczył go człowiek
z TVN. – Księdzu się wszystkiego nie powie, a w
telewizji – tak jakoś łatwiej... I w końcu występuje
się tam raz w życiu! – mówi chłopak. Uważa, że
program bardzo mu pomógł i zapewnia, że dobre kontakty z
ojcem utrzymują się do dziś.
Agnieszka Koniecka, która jest redaktorką programu mówi,
że udaje im się odrzucić kandydatury tych osób, które zgłaszają
się tylko z chęci „pokazania się”. Jej zdaniem
ludzie szukają tu ratunku w trudnych sytuacjach, gdy przestają
pomagać urzędy, policja, sąsiedzi. Na dowód pokazuje listy
pisane na kartkach wyrwanych z zeszytu i wyznania zostawiane na
automatycznej sekretarce. Stąd pochodzi większość tematów
do programu. 6 researcherów kontaktuje się z domami pomocy,
poradniami dla osób z problemami alkoholowymi, bezdomnymi.
Sprawdzają i dokumentują każdą historię.
– Na początku zadawaliśmy sobie dużo pytań: czy to
się u nas przyjmie, czy Polacy są w stanie obnażyć się
przed kamerą, publicznie przyznać do win i błędów. Okazało
się, że tak – mówi Koniecka. Jej zdaniem ludzie lubią
się wzruszać – niektórzy cieszą się, że nie mają
problemów takich jak na ekranie, inni tak się angażują, że
zapominają, iż oglądają telewizję. „Wybacz mi”
zdobywa 6-7 proc. we wskaźnikach oglądalności, co oznacza, że
co niedzielę ogląda go ponad 2 miliony osób. – I będzie
lepiej, bo nam sprzyjają długie chłodne wieczory – mówi
redaktorka.
A jednak niektórym trudno uwierzyć, iż człowiek z
telewizji rozwiąże konflikt trwający od 20 lat. – W tym
programie intymność przeprosin ginie w blasku reflektorów
– twierdzi Marcin, 30-letni telewidz, warszawiak, wykształcenie
wyższe.
Bijemy brawo!
Bogusław Kwarciak występuje czasami w „Rozmowach w
toku” jako ekspert. Przyznaje, że znalazł się tam z
ciekawości. Sens programu określa tak: rozmowy na szokujące
tematy + ekspert + żywiołowe reakcje publiczności. Tematy
jako: tandetne, chwytliwe i pouczające. Prowadząca Ewa Drzyzga
rozmawia z rodzicami zabitych dzieci i z ofiarami „błędów
w sztuce lekarskiej”. W tym samym dniu nagrywane są dwa
programy – zdarzyło się, że po sobie następowały
odcinki o disco-polo i wybaczaniu oprawcom.
– Problemem nie jest znalezienie tematu, ale ludzi
– twierdzi Bożena Janik, producentka „Rozmów”
i dodaje: – To nie jest podglądactwo – my nikogo
nie zmuszamy do występu. Ludzie muszą się gdzieś wygadać, a
psycholog i ksiądz już nie wystarczają.
Dzięki researcherom wyszukują tematy i gości. Finansuje się
im dojazd i noclegi. Natomiast ekspertowi i publiczności płaci
się za udział. Doborem tej ostatniej zajmuje się agencja zewnętrzna.
W studiu publicznością opiekuje się osoba pokazująca, kiedy
bić brawo intensywniej, kiedy spokojniej. Gdy nagranie się
przedłuża i ludzie tracą energię – jej zadaniem jest
ich rozruszać – „przebitki” entuzjastycznie
reagującej publiczności są bardzo ważne w realizacji
programu.
Zdaniem Kwarciaka emocje i atmosfera w studiu nie służą
namysłowi. W programie mają miejsce sytuacje nieprzewidywalne,
które zaskakują wszystkich. Psycholog powinien mieć czas na
analizę i trafną ocenę, tam zaś trzeba reagować
natychmiast. – Ale psycholog zaproszony do studia nie może
odpowiedzieć: nie wiem. Przekracza się więc kompetencje i mówi
rzeczy dziwne. To może mieć fatalne konsekwencje dla
wszystkich – twierdzi Kwarciak. – Ekspert staje się
częścią widowni i może czuć się manipulowanym.
Wspomniany już Marcin twierdzi, że „Rozmowy w
toku” zaspokajają ciekawość, nie sprawiając wrażenia „obnażania się”. – Czasem jednak brakuje mi
tezy, nie wiem, po co te historie są opowiadane –
wyznaje.
Światła ramp na ofiary
– To nie jest żerowanie na ludzkim nieszczęściu czy
epatowanie krwią. Robimy serial o ratownikach, nie o ofiarach
– broni produkowanego przez siebie programu „Na
ratunek” Andrzej Roszak. Kamery towarzyszą karetce
pogotowia, straży pożarnej, TOPR-owcom w Zakopanem. Jedna
znajduje się w śmigłowcu dyżurującym na krakowskim
lotnisku, a inna – w Darłówku, gdzie dokumentowana będzie
praca ratowników morskich. Ten typ emisji nazywa się z
angielska „docu-soap” lub po polsku telenowelą
dokumentalną.
„Na ratunek” cieszy się coraz większą oglądalnością
– w ostatni wtorek w TVN bardziej popularne były tylko „Fakty”. Zadowoleni są ratownicy i lekarze –
wszak program pokazuje ich pracę; według Roszaka także
Ministerstwo Zdrowia było zachwycone.
Ekipa telewizyjna jedzie do wezwania razem z ratownikami.
Filmują ofiary i akcję ratunkową. – Oczywiście potem
jedziemy do rannych do szpitala i pytamy, czy możemy ich pokazać
– tłumaczy Roszak. – Wiele ofiar jest pod wpływem
alkoholu. Jeśli je pokazujemy – zasłaniamy twarze.
Robimy wywiady z ofiarami... Edward Miszczak osobiście
nadzoruje emisję. Ostatnio nakazał wycięcie zbyt drastycznych
scen.
Duże nasycenie wypadkami, dramatycznymi sytuacjami można
dostrzec w TVN-
-owskich „Faktach”. – Zbyt dużo sensacji
– mówi Marcin-recenzent. – Zamiast szukać
interesującej ,,story”, pokazują zwłoki. Moim zdaniem
często łamią normy etyczne.
Po co podano pełne nazwisko jedynej ocalałej w katastrofie
jachtu ,,Bieszczady”? – Nie widzę w tym nic złego
– twierdzi szef „Faktów”, Tomasz Lis.
Dlaczego reporterka była zdziwiona, że ojciec ofiary nie chciał
z nią rozmawiać? – Program robiony jest zgodnie z
elementarnymi zasadami dziennikarstwa i dobrego smaku –
uważa Lis, zapewniając, że jego dziennikarze mają wewnętrzny
kodeks, według którego pracują.
– Czasami ludzie chcą wystąpić przed kamerą i
podzielić się cierpieniem. Inni – odmawiają –
twierdzi Marcin Wrona, który prowadzi cieszący się ogromną
popularnością program „Pod napięciem”. Uważa, że
ludzie opowiadają o problemach, bo te problemy mają, a
telewizja pomaga je rozwiązać. Program robi się zgodnie z
zasadą „od szczegółu do ogółu”, czyli na
podstawie jednego wydarzenia naświetla problem. Wrona przywołuje
sprawy, w których program spowodował reakcję „władnych
coś zmienić”: bezdomni i wyasygnowanie dla nich pieniędzy
od rządu; po programie o molestowaniu w rodzinie – multum
telefonów od ludzi, którzy chcą szukać pomocy w niebieskiej
linii, czy relacje z wiosek popegeerowskich, w których nie ma
za co, z czego i po co żyć.
Zdaniem Mariusza Waltera audycja ta jest celną publicystyką,
czymś, czego jeszcze w telewizji nie było. Za dużo sensacji?
– Szokujące problemy istnieją i my ich nie kreujemy. Społeczeństwo
staje się coraz bardziej agresywne i coraz łatwiej puszczają
hamulce. A my to pokazujemy – mówi Wrona.
Zapytany o rolę prowadzącego odpowiada: – Trzeba umieć
słuchać, być trochę psychologiem. Chodzi o rozmowę, a nie o
zagrania socjotechniczne. Jeśli pojawią się emocje, to zdarzy
się to naturalnie.
Czekając na Wielkiego Brata
Hitem TVN ma być polska wersja holenderskiego programu Big
Brother. – To nowa era telewizji – uważa Miszczak.
Na czym polega zabawa? W odizolowanym domu przez 90 dni
mieszka razem 12 osób. W budynku umieszczone są 24 kamery, które
„podglądają je” dzień i noc. Z całodobowego
nagrania emituje się 24 minuty dziennie. Co 2 tygodnie głosami
publiczności i „domowników” wydala się z ich
grona jedną osobę. Zwycięzca, czyli ten, który dotrwa do końca,
dostaje nagrodę pieniężną.
W Holandii i w innych krajach, do których sprzedano licencję,
Big Brother cieszył się ogromnym zainteresowaniem. –
Wysoki poziom życia, niskie bezrobocie, bogactwo – to
wszystko pcha ludzi do szukania nowych bodźców. W kulturze,
gdzie ma się wszystko, trzeba przekraczać pewne granice, aby
stworzyć nowe oczekiwania – uważa Albert Berkhof,
duchowny kalwińskiego holenderskiego Kościoła reformowanego.
Mariusz Walter przyznaje, że zwlekał ze sprowadzeniem
programu. – Uznałem, że polski widz, poprzez różne
publikacje powinien się zapoznać z tym, co to jest i jakie
jest zagrożenie. Zobaczymy, czy program będzie pasował do
naszego społeczeństwa. Myślę jednak, że nie zostanie
odrzucony. Każdy lubi zaglądać przez dziurkę od klucza.
Zagrożenie może wynikać z igrania ludzkimi emocjami. Mocne
wrażenia doprowadziły w Szwecji do tragedii. Przeprowadzono
tam eksperyment podobny do Big Brother. Jeden z uczestników nie
wytrzymał presji i popełnił samobójstwo. Dlatego w programie
praca ekipy psychologów jest równie ważna jak telewizyjnej.
Edward Miszczak jest jednak przekonany, że Big Brother będzie
się cieszył dużą popularnością. Obserwuje, jakie wzbudza
reakcje w Portugalii, Hiszpanii, Włoszech, krajach pod względem
kulturowym podobnych do naszego. – Stróże moralności
boją się, że będą momenty erotyczne – wyjaśnia.
Polska wersja kontrowersyjnego programu wystartuje na przełomie
lutego i marca. Prezes TVN ma jedno marzenie: umieścić w domu
księdza. – Młodego, światłego, wykształconego,
nowoczesnego, z urokiem i charyzmą. Oczywiście za zgodą jego
przełożonych. To byłoby znakomite forum do skonfrontowania
poglądów o etyce zachowań, o dobru i złu. I dodaje: –
Nie chcę, żeby kler popierał Big Brother, ale nie powstrzyma
tej tendencji. Dlaczego tego nie zaakceptować?
– Ciekawe, kiedy ludzie będą się sobie oświadczać
przez telewizję – zastanawia się Marcin. – Albo
informować, że ktoś zmarł w rodzinie. Będzie nam się niedługo
dawało miłość i smutek w proszku.
Aleksandra Bajka
|