Dominus Iesus:
  Czy jest zbawienie poza Kościołem?

 

Wyznanie wiary

KS. TOMASZ WĘCŁAWSKI

 

Powiadasz, że nie chciałeś niczego twierdzić stanowczo, a tylko (...) pokazać wątpliwości. Ale ja ci mówię: nie pisze się takich rzeczy, jeśli ktoś dobrze zgłębił i rozważył istotę rzeczy. Co do mnie, nie zajmuję się możliwościami i wątpliwościami: twierdziłem i twierdzę. Nie zamierzam zostawiać nikomu wysiłku wygłaszania sądu, ale radzę wszystkim praktykować posłuszeństwo wobec Bożego słowa.”

(Marcin Luter, ,,O niewolnej woli”)

 

Te słowa, umieszczone przez Marcina Lutra w konkluzji jednego z naj ważniejszych jego pism teologicznych – polemiki z diatrybą Erazma z Rotterdamu ,,O wolnej woli”, przyszły mi na myśl jako swoisty „zdalny” komentarz do wydarzeń i reakcji związanych z opublikowaniem deklaracji ,,Dominus Iesus”. Ze względu na charakter spraw i osób, o które chodzi, komentarz taki może się wydać przewrotny czy nawet prowokacyjny. Warto jednak zdać sobie sprawę z tego, że przedmiot i rodzaj sporu, charakter pytań i typy postaw, z jakimi mamy do czynienia dzisiaj w związku wyznaniem wiary w zbawienie w Chrystusie i Jego Kościele, nie są niczym nowym w dziejach chrześcijańskiej nauki wiary. Napięcie między jednoznacznością tego fundamentalnego dla chrześcijaństwa wyznania wiary a jego relatywizacjami w stosunku do różnego rodzaju ludzkich „tak, ale...” towarzyszyło i towarzyszy tej wierze w całych jej dziejach.

Wtedy, w połowie lat dwudziestych szesnastego stulecia, Erazm przeciwko Lutrowi jak najsłuszniej bronił wolnej woli człowieka – a zatem i jego szczególnej godności – w relacji do Boga i do zbawienia w Jezusie Chrystusie. Czynił to w charakterystyczny dla siebie sposób: jako subtelny intelektualista, który chce uwzględnić wszystkie racje i nikogo nie urazić, a także jako człowiek, który za wszelką cenę pragnie zachować pokój, zagrożony przez gwałtowność toczących się polemik i sporów. Dziwność tamtej dysputy polegała na tym, że to Erazm częściej niż Luter rozmijał się w niej z nauką katolicką, a ówczesny radykalizm teologiczny Lutra można dzisiaj odczytać jako wyraz jego prawdziwej i wielkiej intuicji religijnej: powaga sprawy darowanego nam w Jezusie Chrystusie zbawienia nie dopuszcza żadnego ludzkiego „tak, ale...”.

Przy wszystkich oczywistych różnicach podobieństwo ówczesnych i dzisiejszych sporów, a szczególnie postaw osób w nie zaangażowanych, jest uderzające. Oczywiście, paraleli między tamtą kwestią, a dzisiejszymi teologicznymi i publicystycznymi wypowiedziami o wzajemnych relacjach społeczności chrześcijańskich różnych wyznań i wyznawców innych religii nie należy przerysowywać. Jednakże to, że teologiczny duch Deklaracji jest tak bliski duchowi jednej z najbardziej dobitnych wypowiedzi reformacyjnych, powinno dać do myślenia tym, którzy w wypowiedzi Kongregacji Nauki Wiary chcą widzieć tylko niepotrzebne wywyższanie się Kościoła Katolickiego i cios w dialog ekumeniczny...

 

Siłę i charakter reakcji na opublikowanie deklaracji ,,Dominus Iesus” można interpretować na kilka sposobów. Można z mniej lub bardziej usprawiedliwionym zdumieniem stwierdzić, jak łatwo „ustawiła” odbiór tego dokumentu powierzchowna i pełna uproszczeń interpretacja mediów, prowokując wielu ludzi, którzy z oczywistych przyczyn nie mogli choćby tylko pobieżnie zapoznać się z tekstem i kontekstem Deklaracji, do wyrażania jednoznacznych negatywnych osądów albo „poważnego zaniepokojenia” z powodu postawy Kościoła katolickiego i płynącego z niej zagrożenia dla ekumenizmu i międzyreligijnego dialogu. Nie wiem, czy taką reakcję przewidywali i czy liczyli się z nią autorzy Deklaracji. Nawet jednak jeśli nie, to przecież mogą na wywołane przez ,,Dominus Iesus” wrażenie patrzeć nie tylko z rozczarowaniem i niepokojem. Ujmując rzecz najprościej: pokazało się, że jest o czym mówić, że sam rdzeń wyznania wiary Kościoła wywołuje dzisiaj, podobnie jak dawniej, poważne pytania i silne emocje wielu ludzi, że więc nie jest im obojętny – wbrew tym, którzy ogłaszali koniec epoki chrześcijańskiej.

Tego ostatniego stwierdzenia nie należy w żadnym razie traktować jako przejawu niewczesnego kościelnego triumfalizmu czy łatwej pociechy (że wcale jeszcze nie jest z nami tak źle, jak się czasem mówi). Jeśli to naprawdę wyznanie wiary Kościoła porusza tych wszystkich, którzy tak silnie zareagowali na deklarację ,,Dominus Iesus”, to w centrum naszej uwagi powinno być tylko i wyłącznie to wyznanie wiary – a nie jego publiczny (czy publicystyczny) oddźwięk i wynikające stąd potwierdzenie publicznej roli instytucji, która je sformułowała. Inaczej mówiąc, nie powinniśmy dać się złapać w pułapkę tego samego nieporozumienia, które zdominowało reakcje znacznej części opinii publicznej: że w całej tej sprawie chodzi o Kościół katolicki, rozumiany jako jedna z wielu zorganizowanych społeczności religijnych, która kosztem innych usiłuje zawłaszczyć wiarę i zbawienie oraz absolutyzuje sama siebie.

 

Najważniejszym bezpośrednim powodem opublikowania Deklaracji była, zgodnie z nią samą, konieczność przeciwstawienia się takiej właśnie ,,relatywistycznej mentalności, która rozpowszechnia się coraz bardziej” (,,Dominus Iesus” 5). Nie można tego zrobić inaczej, jak tylko powtarzając wyznanie wiary, w którym Kościół odnajduje prawdę o sobie samym – albo silniej: w którym Kościół odnajduje sam siebie jako Kościół Jezusa Chrystusa – miejsce i drogę zbawienia. Żeby zrozumieć, czym dla samego Kościoła jest takie wyznanie wiary, trzeba koniecznie wyjść poza – przyznajmy: łatwo się w takim wypadku narzucającą – perspektywę instytucji czy zhierarchizowanej wspólnoty, która sama się określa w stosunku do innych religijnych wspólnot i osób, albo usiłuje narzucić innym „jedynie słuszną” interpretację samej siebie. Tu chodzi o coś więcej i nie należy o tym zapominać przy czytaniu i interpretacji ,,Dominus Iesus”.

Deklaracja jest oczywiście jedną z wielu zobowiązujących interwencji Urzędu Nauczycielskiego Kościoła. Jej formalną wagę teologiczną można precyzyjnie określić. Jednakże skupienie uwagi na tym jedynie aspekcie całej sprawy łatwo prowadzi do szkodliwych uproszczeń i do niezrozumienia istoty rzeczy. Jednym z najtrudniej zauważalnych uproszczeń w odbiorze i interpretacji takich tekstów jest mianowicie odczytywanie ich jedynie albo głównie w kluczu „przywołania do porządku” przez powołaną do tego kościelną instancję „innych” – to jest mniej lub bardziej precyzyjnie określonych adresatów – tych, którzy „odbiegają od wytyczonej linii” wiary i nauczania. Nawet jeśli w Deklaracji można znaleźć wiele elementów doraźnej interwencji w teologiczne dyskusje i spory naszych czasów, jej rdzeń stanowi powtarzające się w niej wielokrotnie firmiter credendum est – należy mocno wierzyć.

Wyznanie wiary jest w swojej istocie czymś o wiele silniejszym i głębszym niż jakiekolwiek samookreślenie się kogoś w stosunku do innych. Jest tak dlatego, że wyznanie wiary najpierw bezwzględnie zobowiązuje wyznającego i dopiero z perspektywy tego zobowiązania określa jego relacje do innych. Wyznanie wiary Kościoła ze swojej istoty nigdy nie wyłącza więc tego, który je składa, i nie jest skierowane ani jedynie, ani na pierwszym miejscu do innych, żeby ich pouczyć, wyprowadzić z błędu i przywrócić na właściwą drogę. Wyznanie wiary jest najpierw wezwaniem i wyzwaniem dla samego wyznawcy – to on pierwszy musi odkryć jego zawartość i siłę, i on pierwszy musi mu sprostać.

Może zabrzmi to trochę zbyt patetycznie, ale w kontekście różnego rodzaju „kościelno-politycznych” interpretacji deklaracji ,,Dominus Iesus” trzeba powiedzieć tak: kto choć trochę zna wielkich chrześcijan naszych dni, którzy biorą odpowiedzialność za wyznanie wiary, o którym mówimy: Jana Pawła II i jego najbliższego współpracownika, Józefa Ratzingera, ten wie, że to, co zostało przed chwilą powiedziane o wezwaniu i wyzwaniu, któremu najpierw musi sprostać sam wyznawca, oni sami traktują z najwyższą powagą. Właśnie dlatego mają nie tylko „instytucjonalne” czy urzędowe, ale także pełne moralne prawo swoje wyznanie wiary przedstawić publicznie – jako wezwanie do wszystkich i do każdego, kto by chciał się wraz z nimi do tej wiary nawracać.

Dzisiaj nie jest łatwo przedstawiać takie wezwania. Żyjemy w świecie, w którym taki sposób zwracania się do drugiego budzi zaskoczenie i opór. Trudno się dziwić. Zarazem trudno nie pomyśleć o słowach zapisanych kiedyś przez Ewangelistę Marka o odniesieniu Heroda do Jana Chrzciciela: ,,słuchając go odczuwał wielki niepokój, a przecież chętnie go słuchał” (por. Mk 6,20). Gwałtowność reakcji na zawarte w Deklaracji wezwanie do wiary w wyłączność zbawienia w Panu Jezusie Chrystusie i Jego Kościele pokazuje, że wezwanie to trafiło w czułe miejsce i że przynajmniej z tego punktu widzenia bynajmniej nie było zbędne.

Wbrew pozorom, ludziom szukającym wypełnienia własnego życia nie wystarcza przedstawiany dziś przez wielu jako oczywistość paradygmat względności wszystkich ludzkich dróg i różnych postaci religijnego sensu życia. Jednakże dobrą odpowiedzią na tę niewystarczalność nie jest bynajmniej absolutyzowanie jednej postaci religii w stosunku do innych. Jest wprawdzie taka pokusa i wielu – także chrześcijan – ulegało jej i ulega. Nie jest jednak sprawą człowieka sądzić w takich rzeczach. Dlatego i Deklaracja tego nie czyni. Kiedy mowa w niej o absolutnym znaczeniu zbawienia darowanego nam w Jezusie Chrystusie i kiedy w stosunku do niego określa się zbawczą konieczność Kościoła, nie zostaje bynajmniej zabsolutyzowana i przeciwstawiona innym jedna postać religii, ale przeciwnie: wyznajemy razem z całym Kościołem, że każdy człowiek, każda ludzka historia i każda ludzka społeczność jest uwzględniona w tym, co w Jezusie stało się raz na zawsze i dla wszystkich.

Jak długo poruszamy się wewnątrz logiki przeciwstawienia tego, co absolutne, bezwzględne i niezastąpione, temu, co względne, uwarunkowane i zmienne, jesteśmy skazani na niezrozumienie istoty wiary Kościoła w zbawienie raz na zawsze i dla wszystkich dokonane w Jezusie Chrystusie. To „raz na zawsze” łączy i jednoczy bezwzględność Bożego wybrania wszystkich ludzi i każdego z osobna, po to, żebyśmy wszyscy ,,zostali uratowani i doszli do poznania prawdy”, z względnością czasów, miejsc i okoliczności, w jakich wybranie to się uwidacznia i dopełnia.

Kościół widzialny nie jest niczym innym, jak widzialnym skutkiem zwołania ludzi, których raz na zawsze wybrał i zbawia Bóg w Jezusie Chrystusie. Dlatego od samego początku sam siebie nazywa qahal, ekklesia – czyli właśnie zwołaniem. Nie jesteśmy jednak zwołani dla samego zwołania, ani też na jakiekolwiek miejsce, ale na to jedno, na którym jako mysterion w słowie i znakach obecna jest cała rzeczywistość tego, co raz na zawsze stało się w Panu Jezusie. Jesteśmy Kościołem, ponieważ zostaliśmy przez Boga Trójjedynego zgromadzeni na tym właśnie miejscu. Bylibyśmy godni politowania i pogardy, gdybyśmy, doświadczając tego przez dobroć Boga, nie mówili o tym sobie samym i wszystkim, którzy zechcą słuchać.

 

Kiedy słyszę kogoś, kto z oburzeniem mówi, że Kościół katolicki wyklucza go jako niewierzącego lub „wierzącego inaczej” ze zbawienia, mogę się uśmiechnąć nad surrealizmem takiej wypowiedzi, ale pod jej powierzchnią słyszę tę samą tęsknotę i to samo silniejsze od wszystkich tymczasowych uwarunkowań i barier przekonanie, które komuś innemu kazało powiedzieć: ,,Wszyscy ludzie, wywodzący się z różnych krajów i tradycji, zostają powołani w Chrystusie do udziału w jedności rodziny dzieci Bożych. (...) Jezus obala mury podziału i zaprowadza nie znaną dotąd i doskonałą jedność przez uczestnictwo w Jego tajemnicy. Ta jedność jest tak głęboka, że Kościół może mówić za św. Pawłem: »Nie jesteście już obcymi i przychodniami, ale jesteście współobywatelami świętych i domownikami Boga«” (Ef 2,19; Fides et ratio 70; Dominus Iesus 23).

Ks. Tomasz Węcławski

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl