|
KONTRAPUNKT NR 3 (41), 9 KWIETNIA 2000
„Rozmawia z bezdomnymi i opuszczonymi”
O filmie Ewy Borzęckiej „Oni” rozmawiają Katarzyna Jabłońska, Anita Piotrowska, ks. Adam Boniecki i Wojciech Tochman
KS. ADAM BONIECKI: – Proponuję
rozmowę nie tyle o samym filmie Ewy Borzęckiej, ale o granicach dyskrecji. Czy
wolno pokazywać ludzi w takim poniżeniu? Gdzie przebiega granica, której nie
można przekroczyć? Czy wystarczy uzyskać zgodę ludzi filmowanych i potem można
już np. pokazywać twarze mężczyzn, z którymi mamusia opowiadającego chłopca
jeździła do hotelu? I wreszcie pytanie o prawdę dokumentu. Z obrazu życia
kloszardów wyeliminowano ludzi, którzy im pomagają. Jest warszawski Dworzec, a
nie ma Kotańskiego, Palecznego czy Chmielewskiej.
„NA SZCZĘśCIE MAM DOMOFON”
ANITA PIOTROWSKA: – Rasowy film
dokumentalny nie ma nic wspólnego z interwencyjnym reportażem rejestrującym
nagie fakty. Stanowi soczewkę rzeczywistości, kondensację faktów. Myślę, że
siła filmu Borzęckiej polega na tym, że autorka formę dokumentu wyostrza do
granic, że udaje jej się wytrącić nas z równowagi. Podczas projekcji kilkakrotnie
miałam opory, wydawało mi się, że to, co robi, jest bardzo ryzykowne,
niebezpieczne i momentami chyba żenujące, ale myślę, że każdy z nas powinien
się z czymś takim zmierzyć.
WOJCIECH TOCHMAN: – Może autorce
chodziło o to, żeby nas walnąć między oczy? O to, żeby komuś, kto ogląda,
zrobiło się głupio? Pomyślałem, jak się zachowam, kiedy taki obdarty facet
stanie pod moimi drzwiami. Pomyślałem: Boże, na szczęście mam domofon. Zawstydziłem
się swojej myśli.
Dobrze, że u Borzęckiej nie ma
opiekunów bezdomnych, których znamy z mediów. Każdy z nich ma trochę inny
pomysł na radzenie sobie z problemem bezdomności. Borzęcka w to nie wnika i
bardzo dobrze. Ona nie rozmawia o bezdomnych i opuszczonych. Ona rozmawia z
bezdomnymi i opuszczonymi. I to jest podstawowy atut jej filmu. Film Borzęckiej
przybliża mi świat, do którego nie należę i którego nie znam, ale powinienem o
nim wiedzieć, mieć jakiś pogląd na ten temat. Oczywiście jest tam kilka mocnych
scen, np. ta z misiem. Jednemu z bohaterów – sierocie w grubych okularach –
został tylko miś ze śmietnika. I z misiem ten chłopak tańczy, jak z najbliższym
człowiekiem... Idzie dreszcz po plecach. I tu się pojawia pytanie o granice.
Ale należałoby je postawić wcześniej: kiedy pytamy, czy istnieje taki gatunek,
jak film dokumentalny. Jeżeli akceptujemy istnienie dokumentu i zgadzamy się co
do tego, że dokumenty chcemy robić i oglądać, to dajemy pewne pole wolności
reporterowi – reżyserowi.
KATARZYNA JABŁOŃSKA: – Nie jest
dobrze, że w filmie zabrakło tych, którzy próbują pomagać bezdomnym. Bez nich
opis tego świata jest niepełny. Ich obecność wcale nie musiałaby osłabić wymowy
filmu, przeciwnie – mogłaby ją nawet wzmocnić, zwłaszcza, że można było
opowiedzieć o ludziach, którzy dzisiaj pracują w „Monarze”, a wczoraj byli w
sytuacji takiej, jak bohaterowie filmu.
Wolność nie powinna oznaczać
braku granic. Uważam wręcz, że są one tutaj konieczne. Materia dokumentu jest
niezwykle delikatna. Jego bohaterem bywa przecież rzeczywiste ludzkie
cierpienie, jest nim prawdziwy człowiek. Łatwo go poniżyć i skrzywdzić, tak jak
się to stało na przykład w „Arizonie”, poprzednim filmie Borzęckiej. W „Onych”
jest inaczej. Autorka podchodzi do bohaterów z życzliwością i szacunkiem. Swój
film dedykuje ojcu, który „umiał pomagać ludziom takim, jak oni”. Być może
również dlatego zna swoich bohaterów, potrafi ich rozumieć. Bez tego chyba nie
można opowiedzieć prawdziwie o ludziach tak bardzo skrzywdzonych,
doświadczających tak wielkiego poniżenia. Tutaj potrzeba nawet czegoś więcej
niż szacunek, potrzeba wielkiej wrażliwości. Dostrzegam tę wrażliwość w
„Onych”, tym bardziej jednak jest mi przykro, że chwilami reżyserka pokazuje
coś, co powinna zachować dla siebie.
„A TERAZ POWTÓRZMY TEN PŁACZ”
KS. ADAM BONIECKI: – Ale
dlaczego? Dlatego, że widz już nie może tego wytrzymać?
KATARZYNA JABŁOŃSKA: – Nie o
widza tutaj chodzi, ale o bohaterów. Każdy człowiek ma jakąś tajemnicę, której
nie powinno się wystawiać na widok publiczny. Sceny budzące największe
zastrzeżenia są bardzo „atrakcyjne” od strony filmowej. Odczuwam je jednak jako
swego rodzaju przemoc wobec tych, których sfilmowano, zwłaszcza że w większości
są to ludzie upośledzeni, szczególnie bezbronni. Dlaczego reżyserka włączyła te
sceny do filmu, ich bohaterami nie są przecież bezdomni, o których stara się
opowiadać? Mój sprzeciw budzi filmowanie tej najgłębszej, najboleśniejszej
szczerości, czyli na przykład opowieści chłopca z misiem czy szlochającego i
modlącego się o śmierć starca.
WOJCIECH TOCHMAN: – Ależ ona go
poprosiła, żeby to zagrał! To nie było tak, że miała włączoną kamerę. Pewnie na
tzw. dokumentacji ten starzec jej to opowiedział, może nawet się naprawdę
popłakał. Potem, gdy był już obyty z kamerą, reżyserka poprosiła go: a teraz to
zróbmy, powtórzmy ten płacz. To nie jest kamera ukryta. Nie chcę przez to
powiedzieć, że rodzi się w ten sposób jakiś fałszywy obraz, nie.
KS. ADAM BONIECKI: – Czy to
znaczy, że naruszono szacunek dla tych ludzi?
KATARZYNA JABŁOŃSKA: – Docieranie
do prawdy jest rzeczą niezwykle ważną. Nie mniej ważne są jednak sposoby jakich
używamy, aby prawdę odnaleźć czy pokazać. W moim odczuciu bohaterów „Onych”
traktuje się niekiedy jak „przedmioty do oglądania”.
ANITA PIOTROWSKA: – Każdy z nas
może postawić się w roli reżyserki. Można się zastanawiać: czy ja byłabym w
stanie taki bezmiar upokorzenia i cierpienia sprzedać wielomilionowej
publiczności? Czy w ogóle byłabym w stanie tak drastyczny materiał zarejestrować?
W końcu oglądamy nie film o bezdomności jako problemie społecznym, ale film o
konkretnych ludziach. O nieprzystosowanych, wykorzenionych, odepchniętych, o
takich, których wolelibyśmy nie widzieć. Jak zatem ich opisać? Być może warto
zaryzykować i uciec się do tak kontrowersyjnej formy.
WOJCIECH TOCHMAN: – Jeśli
akceptujemy gatunek, jakim jest dokument filmowy, to przesuwamy granicę dalej
niż w reportażu pisanym. Reportaż pisany daje autorowi komfort etyczny, bo
można nie pokazywać twarzy, zmienić nazwisko, nazwę miejscowości, a cała opowieść
nadal będzie prawdziwa. Natomiast tutaj tego zrobić nie można. Tu widzimy
fioletową buzię tej kobiety. Myślę sobie, czym była dla bohaterów praca nad tym
filmem. Nie wiem, jaką mieli motywację. Nie wiemy, jakich narzędzi używała
autorka, ale sądzę, że nie przekroczyła żadnych granic. Reportaż nie może być
nudny. Tu jest szereg świetnych reżyserskich pomysłów i nie możemy mieć o to
pretensji. A to, że Borzęcka stawia faceta i robi z niego pokaz mody albo na
ulicy podgląda stare prostytutki, które chcą, by ktoś je zechciał... Nie można
mieć pretensji do kogoś o to, że jest zdolny i odważny. Borzęcka zrobiła dobry,
mocny film. Bo gdyby był letni...
KATARZYNA JABŁOŃSKA: – Gdyby był
letni, nikogo by nie obchodził, pytanie jednak, za jaką cenę ma być gorący. Czy
dla wywarcia większego wrażenia na widzach można używać nieszczęścia
prawdziwego człowieka? Nie domagam się, by Borzęcka rezygnowała z każdego ze
swoich „świetnych reżyserskich pomysłów”. Jednak niektórych z nich nie
akceptuję. Czynienie z cudzego nieszczęścia spektaklu odczuwam jako coś
nieuczciwego.
KS. ADAM BONIECKI: – Co zostało
przekroczone? Bo klucz: ja bym zrobiła inaczej – świadczy o innym typie
wrażliwości. Ale czy ci ludzie zostali podstępnie wystawieni na pośmiewisko? Te
sceny są nie po to, żeby zrobić spektakl, tylko żeby powiedzieć o czymś, o czym
bardzo trudno w tym kontekście powiedzieć: że ten chłopiec z misiem, tak samo
jak każdy z nas, straszliwie potrzebuje miłości, że samotność jest czymś nie do
wytrzymania...
KATARZYNA JABŁOŃSKA: – Od
dokumentalisty oczekuję oczywiście także tego, żeby opowiadał atrakcyjnie, nie
to jest jednak najważniejsze. Istotniejsze wydaje mi się to, w jaki sposób
traktuje on swojego bohatera. Nie zapominajmy też, że dokument jest sztuką.
Dokumentalista ma wiele sposobów, żeby film uczynić atrakcyjnym, niekoniecznie
musi wszystko odsłaniać i dopowiadać.
WOJCIECH TOCHMAN: – Nie wiem, co
sądzi na ten temat Borzęcka, ale ja na jej miejscu powiedziałbym tak: zrobiłem
to dla filmu, a nie dla tych ludzi. Bo reżyser nie jest od tego, by pomagać
bezdomnym. Jest reżyserem, artystą. Jeżeli ktoś mówi, że robi film po to, żeby
pomóc bezdomnym, niech lepiej od razu idzie do przytułku i tam pracuje.
ANITA PIOTROWSKA: – Wielu
dokumentalistów zwraca uwagę na pewien paradoks. Z jednej strony w ludziach
istnieje głęboka potrzeba „obnażenia się” przed kamerą. Szczególnie w ludziach
wyrzuconych na margines, którzy nie mają możliwości wygadania się. Jednak ci
sami ludzie często reagują agresywnie, kiedy mają do czynienia z gotowym
filmem. Mają pretensje do twórcy, że wystawił ich na widok publiczny, że wykradł
jakąś część ich prywatności. Reżyser powinien mieć świadomość istnienia takich
mechanizmów i nie dopuścić, by jego bohater czuł się potem zażenowany. Ponieważ
człowiek cierpiący może stracić kontrolę nad emocjami, zadaniem autora filmu
jest tych granic strzec.
„TO JA WYZNACZAM GRANICE”
KATARZYNA JABŁOŃSKA: – Panie
Wojciechu: czy wszystko, co opowiadają bohaterowie pańskich reportaży, pan
później wykorzystuje w tekstach?
WOJCIECH TOCHMAN: – Nie
wykorzystuję wszystkiego, choć często bohater mówi: wszystko pan może napisać.
Ale ja muszę chronić bohatera. Zdarzyło mi się kilka razy, że w ogóle
zrezygnowałem z napisania reportażu, bo dowiedziałem się zbyt dużo. Ale
zdarzyło się też inaczej: napisałem zbyt dużo i sumienie gryzie mnie do
dzisiaj. Prawda jest taka, że to autor wyznacza sobie granice, których nie
wolno mu przekroczyć. Bohater, współpracując z reporterem, godzi się na to, że
autor reportażu zrobi z nim w tekście, co będzie chciał. Jeśli reporter jest
uczciwy i wrażliwy, zwykle wszystko dobrze się kończy.
KS. ADAM BONIECKI: – Czy w filmie
Borzęckiej ci ludzie byli wykpieni?
ANITA PIOTROWSKA: – Nie ukrywam,
że kilka razy chciało mi się śmiać, ale takim rodzajem śmiechu, który
natychmiast się urywa i zmusza do namysłu. Śmiechu nie z tych ludzi, bo to
raczej sytuacje bywają czasem groteskowe. Generalnie nie miałam wrażenia, że
Borzęcka naigrywa się ze swych bohaterów. Śmiech zresztą wcale nie musi
wykluczać współczucia. Autorka ucieka się do pewnych retorycznych chwytów, ale
takie jest jej święte prawo jako twórcy. Wolno jej stosować groteskę, wolno
korzystać z pewnych skrótów i przerysowań. A już sprawą każdego z nas jest to,
jak sobie z tym poradzi. Filmy w rodzaju „Onych” są ważne, bo zmuszają nas do
natychmiastowej konfrontacji nie tylko z przedstawionym problemem, ale przede
wszystkim z samym sobą.
KS. ADAM BONIECKI: – Czyli należy
zachęcać dokumentalistów, żeby się nie bali?
ANITA PIOTROWSKA: – Tak. Twórcy
filmu dokumentalnego – o ile chcą nam przekazać coś naprawdę istotnego – mogą
pewne sprawy wyostrzać, a nawet dopuszczać się drobnych manipulacji, co jest
teraz nagminne w dokumencie. Ważny jest ostateczny efekt i zaznaczam, że nie
mam tu na myśli wulgarnego telewizyjnego efekciarstwa czy wierności zasadzie:
cel uświęca środki. Myślę, że film Borzęckiej oddziałał na mnie dlatego, że
choć są w nim sceny, do których mam zastrzeżenia, sceny, o które się tu
spieramy, to nie jest mimo wszystko montaż atrakcji. Film się kończy, a my
jesteśmy poruszeni, jakoś osobiście dotknięci. Ten film nas zmienia, przynajmniej
mnie zmienił.
KATARZYNA JABŁOŃSKA: – Co to
znaczy, że można manipulować?
ANITA PIOTROWSKA: – To znaczy, że
można prowokować pewne sytuacje, aranżować na użytek dokumentu. Chodzi mi
właśnie o prowokację, „manipulacja” to zbyt mocne słowo, budzi negatywne
skojarzenia. Ogólny wydźwięk filmu powinien być ludziom przyjazny i Ewa Borzęcka
– choć posłużyła się ryzykownymi środkami – taki efekt osiągnęła.
KATARZYNA JABŁOŃSKA: Granica
między manipulacją a prowokowaniem pewnych sytuacji może być bardzo nieostra i
niebezpieczna.
WOJCIECH TOCHMAN: – Tym słupem
granicznym jest zasada: nie szkodzić bohaterowi, nie robić mu krzywdy. Czy
Borzęcka zrobiła krzywdę swoim bohaterom?
KATARZYNA JABŁOŃSKA: – W kilku
miejscach przekroczyła granicę, która w moim odczuciu jest nieprzekraczalna.
Nie musiała tego robić. Bez tego film też byłby mocny.
KS. ADAM BONIECKI: – To znaczy,
że zanadto ich obnażyła w ich niedoli, w ich biedzie, w upośledzeniu?
KATARZYNA JABŁOŃSKA: – Obnażyła
to bardzo trafne słowo. Obnażanie człowieka w jego bólu, nieszczęściu, wydaje
mi się działaniem przeciw niemu. Nie wolno tego robić.
„JESTEM WDZIĘCZNY, ŻE MOGŁEM BYĆ Z NIMI”
KS. ADAM BONIECKI: – Jakie
motywacje mogli mieć bohaterowie, którzy zgodzili się wystąpić w tym filmie?
WOJCIECH TOCHMAN: – To bardzo
ważne pytanie, na które tutaj nie odpowiemy, bo nie wiemy. A jest to tak ważne,
że mogłoby zmienić tok naszej dyskusji.
KS. ADAM BONIECKI: – Wszystko
dlatego, że na Borzęckiej spoczywa cień poprzedniego filmu. Zastanawiałem się,
czy przy robieniu tego filmu można było zastosować bodźce tego samego rodzaju –
np. zakupione przez reżysera butelki taniego wina. Tu sprawa jest bardziej
skomplikowana niż picie. Tu jest tak dużo treści, tak dużo komunikatów o tych
ludziach, dużo autentycznej, jak sądzę, intymności. Na mnie ogromne wrażenie
zrobił napis na początku filmu: ta dedykacja pamięci ojca. To jest deklaracja,
wyznanie wiary. Trzeba być cynikiem, żeby coś takiego napisać i zająć się
manipulacją.
KATARZYNA JABŁOŃSKA: – Mówiłam
już o tym, że autorka „Onych” potrafi słuchać i rozumieć swoich bohaterów. To
nie jest łatwe, trzeba przedrzeć się przez całą tę, często odpychającą,
zewnętrzność. Borzęcka się przedziera. Pewnie także dlatego bohaterowie
zgodzili się na udział w jej filmie. Mówienie o motywacjach jest jednak w tym
przypadku szczególnie trudne, bo część bohaterów „Onych” to ludzie upośledzeni,
nie do końca zdający sobie sprawę, w czym uczestniczą i jakie są tego
konsekwencje.
Równie ważnym pytaniem, jak to –
dlaczego ludzie godzą się odkrywać swoją intymność przed kamerą, jest to –
dlaczego inni tak chętnie tę intymność oglądają. W człowieku istnieje potrzeba
zobaczenia z bliska także cierpienia i zła. Media tę potrzebę zaspokajają aż
nadto: wojna na żywo, śmierć na żywo... Następuje tutaj niebezpieczna eskalacja
– odważyłabym się nazwać to zjawisko pornografią zła i cierpienia. Być odważnym
to potrafić przeciwstawić się tej tendencji, nie wpisywać się w kulturę
ekshibicjonizmu i podglądania.
KS. ADAM BONIECKI: – To nie jest
takie proste. Widziałem we Włoszech transmitowaną na żywo relację tragedii,
która się rozgrywała kilkanaście kilometrów ode mnie. Dziecko wpadło do jakiejś
studzienki, odbywała się akcja ratunkowa. Całe Włochy śledziły to z przejęciem.
Dziecko żyło, oni usiłowali je uratować. Mieli z nim kontakt. Akcja zakończyła
się śmiercią dziecka. Było to pokazane z całą pasją. Filmowcy, owszem, mieli
wspaniały materiał, ale cały czas pracowali z szacunkiem. Był to materiał
„sensacyjny”, a jednocześnie nie był. Jestem wdzięczny, że mogłem być z nimi, z
tymi rodzicami, że jakoś brałem udział.
• Katarzyna Jabłońska – krytyk filmowy, sekretarz redakcji miesięcznika „Więź”.
• Anita Piotrowska – krytyk
filmowy, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”, ostatnio opublikowała
m.in. leksykon „Panorama kina najnowszego 1980 – 1995”.
• Ks. Adam Boniecki – dziennikarz,
od roku 1999 redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”.
• Wojciech Tochman – dziennikarz,
autor reportaży publikowanych w „Gazecie Wyborczej”, ostatnio opublikował
książkę „Schodów się nie pali”.
|