KONTRAPUNKT NR 3 (41), 9 KWIETNIA 2000

„Żadnej zabawy w dwuznaczności”

Z PAWŁEM PAWLIKOWSKIM rozmawia TADEUSZ JAGODZIŃSKI
 

 

 

TADEUSZ JAGODZIŃSKI: – Brytyjczycy chętnie i nie bez dumy przyznają się do znakomitych osiągnięć swych dokumentalistów, skupionych wokół Johna Griersona w latach 30. i 40. Czy jednak ta tradycja jest jeszcze żywa? Czy można dziś mówić o brytyjskiej szkole filmu dokumentalnego?

PAWEŁ PAWLIKOWSKI: – Nie bardzo, bo twórczość tego rodzaju została dziś zdominowana przez telewizję. I raczej mamy do czynienia z przemysłem telewizyjnym, coraz bardziej globalnym, w znacznym stopniu zamerykanizowanym, który karmi się filmami dokumentalnymi. Szczególnie tak zwanymi docu-soaps, dokumentalnymi operami mydlanymi, które są tanie w produkcji, a cieszą się wielką oglądalnością.

ŻEBY WSZYSCY MOGLI ZROZUMIEĆ

– Jak choćby te opowiadające o losach ludzi w zamkniętych pomieszczeniach albo porzuconych na jakiejś bezludnej wysepce...

– To najnowszy krzyk mody w tym zakresie, ale chodzi mi też o tak popularne seriale dokumentalne, powstałe wcześniej na zlecenie brytyjskiej telewizji, jak „Lotnisko”, „Szpital dziecięcy” czy serial o pracownikach hotelu. Pomysł na realizację tego typu produkcji jest bardzo prosty. Wybiera się jakichś bohaterów w zamkniętym świecie, a potem śledzi przez rok, rejestrując pracę i zachowania. Jest to dosyć tanie, nie trzeba korzystać z dodatkowego światła, można to robić lekkimi kamerami wideo, nie trzeba niczego ustawiać...

– Cała twórczość ogranicza się do selekcji i odrzutu zarejestrowanych materiałów?

– Dokładnie, ogranicza się do montażowni. Trudno tu w ogóle mówić o reżyserowaniu. Po prostu tnie się nagrane materiały według reguł mydlanych oper. A więc mamy trzy czy cztery wątki, które tnie się i przeplata, żeby nie było nudno. Innymi słowy, twórcy żonglują tymi różnymi rozwijającymi się historyjkami tak, jak w fabularnych soap operas.

– A czy zdarzyło się Panu, że rozglądając się po branżowej produkcji poza granicami Wielkiej Brytanii, zobaczył Pan jakiś dokument i pomyślał: „no nie, tego w Anglii nie dałoby się zrobić”, albo „tego by tutaj nie pokazali”?

– Na pewno. W zeszłym roku byłem jurorem na festiwalu filmów krótkometrażowych w Krakowie, gdzie wygrał Rosjanin, Dworcewoj, bardzo oryginalnym filmem „Dzień chleba”. I tego filmu nie dałoby się nigdy w Anglii wyprodukować ani tym bardziej pokazać w telewizji. Bo jest to film szalenie kontemplacyjny, wizualny. Nie ma w nim wiele tekstu, nie wodzi się widza za nos, nie tłumaczy wszystkiego. W Anglii, z uwagi na dominację telewizji w świecie dokumentalistyki, mamy do czynienia z ogromnym naciskiem, żeby wszyscy od razu wszystko mogli zrozumieć. Żeby nie było ani jednej minuty niepojętej, ani chwili dla zadumy czy poezji. Cały czas trzeba ludziom wciskać informację. Jak tylko coś się przestaje dziać na ekranie, to trzeba od razu ładować komentarz.

– To jednak zaskakujące, bo tej tradycji, do której Brytyjczycy wciąż dość chętnie nawiązują, trudno zarzucić nachalność czy stawianie kropek nad „i”.

– Tak, ale dzisiaj wszystko się amerykanizuje. Amerykańskie zasady gry w kino czy film dokumentalny roznoszą się na całą Europę. A są to reguły bezwzględne: ludzie nie mają czasu na zadumę, więc jeśli przez dwie minuty nic się nie wydarzy na ekranie, to natychmiast zmienią kanał. A filmy, o których pan mówi, Griersona czy Flaherty’ego, powstawały jeszcze przed erą telewizyjną. Dokument traktowano wtedy jako kino.

PRZECIĘTNIE PÓŁTORA MILIONA WIDZÓW

– Dziś brytyjski dokument to wyłącznie telewizja?

– W zasadzie tak. Powstają pewnie jakieś produkcje poza nią, ale telewizja to olbrzymi przemysł, więc wszyscy się tu garną. Tu stosunkowo najłatwiej zdobywa się fundusze na realizację filmów, bo po prostu pieniądze są, a kierownicy programowi czy redaktorzy wiedzą, że istnieje głód rzeczywistości wśród telewizyjnych widzów. Ludzie chcą widzieć prawdziwe sytuacje, postacie, które naprawdę cierpią, cieszą się czy płaczą. Prywatnie mam odczucie, że ludziom znudzili się aktorzy, że chcą widzieć prawdę na ekranie. Ale z drugiej strony ta prawda musi być podana tak prosto, że to staje się banalne. I od razu trzeba sięgać po dość brutalne chwyty, żeby ludzi przykuć do ekranów. Na przykład teraz w dokumentalistyce brytyjskiej przyszła moda na filmy o pornografii. I ciągle się robi niby filmy dokumentalne, ale schlebiające najniższym gustom, bo jest w nich dosyć dużo samej pornografii. Niedawno nawet rozmawiałem z jednym z redaktorów Channel IV, który dumnie oświadczył, że oni jeszcze robią ambitne filmy, „akurat zrobili czarno-biały film ze świetnym operatorem”. „A o czym?” – pytam. „No o przemyśle pornograficznym”.

– Czy to znaczy, że twórcy filmów dokumentalnych w Wielkiej Brytanii utracili autonomię?

– Wszystko dzisiaj robi się pod kątem masowego widza. Nie ma miejsca na subtelności czy ironię. Właśnie jestem w trakcie realizacji filmu – fabularnego wprawdzie – w którym naciski telewizyjnych redaktorów i rozmaitych grup analizy rynku odczuwam dosłownie na każdym kroku. Wszystko przelicza się na liczbę widzów, koszt programu na minutę emisji. Dla nich to nauka: ilu widzów ogląda daną rzecz, kiedy ludzie wyłączają się. Dawniej moje filmy dokumentalne oglądało w Anglii przeciętnie półtora miliona widzów, z czego byłem bardzo zadowolony, bo półtora miliona to nie w kij dmuchał. Ale dziś taki wynik byłby uznany za śmiesznie mały, więc jeśli coś powstaje z myślą o takiej widowni, to zewsząd słyszy się głosy, żeby to przynajmniej było tanie.

– Porozmawiajmy więc przez chwilę o pieniądzach. Nie jest przecież tak, żeby w BBC na przykład nie można było już zrealizować ambitniejszego czy bardziej kosztownego projektu dokumentalnego?

– Zależy na jaki temat. Ale istotnie, od czasu do czasu BBC pozwala sobie na kilka drogich filmów. Jakby na zamówienie krytyków, i tych rodzimych, i zagranicznych, na rozmaitych festiwalach, żeby udowodnić że firma ciągle błyszczy, że ma ambicje. Ostatnio na przykład BBC wyprodukowała duży film Angusa McQueena o gułagu, który powstawał długo i kosztował, o ile wiem, chyba pół miliona funtów. Ale to była koprodukcja, przyłączyły się do tego różne telewizje europejskie, zdaje się też jakiś kanał amerykański. Zdarzają się również oczywiście kosztowne produkcje, zwłaszcza jeśli idzie o nakład czasu, powstające niekiedy pięć lub sześć lat. Ale to robią twórcy niezależni, fanatycy pracujący nad dziełem życia. Myślę tu przykładowo o znakomitym filmie „Crumb”, o grafiku o takim właśnie nazwisku, który można oglądać niemal jak film fabularny z wyraźnym rozwojem postaci na tle jakiegoś historycznego momentu. Z tym, że taka praca nie zawsze musi kończyć się triumfem, który zyskuje aprobatę ludzi decydujących o ramówce BBC i trafia na ekrany, więc powstały też zapewne mozolnie robione dokumenty tego rodzaju, o których nigdy nie usłyszymy.

DYKTAT KORPORACJI I PIENIĄDZA

– A do jakiego stopnia pomocne bywa w pracy nad filmem dokumentalnym zaplecze takiej instytucji jak BBC? Czy korzystał Pan w pracy nad swoimi filmami dla BBC, na przykład nad „Serbskim eposem”, z pomocy research team, zespołu ludzi, którzy zajmowali się wyszukiwaniem informacji, kontaktów itd.?

– Nie, ja to wszystko robiłem na własną rękę. Przypuszczam, że w przypadku bardziej dziennikarskiej produkcji dokumentalnej ten system działa – lepiej czy gorzej – ale w moim przypadku funkcjonowałem niezależnie. Muszę się zresztą przyznać, że miałem zupełną swobodę w tym, co robię. To było jednak jakieś siedem lat temu i w BBC istniały jeszcze enklawy dla „wariatów”. Było wtedy jeszcze kilku ekscentrycznych redaktorów, którzy dawali reżyserom wolną rękę w pracy. Dziś na przykład tak przewrotnego czy ironicznego filmu o Karadżiciu jak „Serbski epos” nie dałoby się zrobić. Dziś trzeba byłoby powiedzieć bardzo jednoznacznie, że Serbowie są mordercami albo że są niewinni. Ale żadnej zabawy w dwuznaczności, subtelności.

To sprawa polityki, silniejszego akcentowania tego, że jeśli BBC robi o czymś film, to jest to głos BBC. Ale odnoszę również wrażenie, że wiąże się to z rewolucją menedżersko-producencką, jaka miała miejsce w BBC. Z jednej strony chodziło w niej o oszczędności, większą możliwość zamawiania produkcji z zewnątrz, o odchudzenie struktur firmy, z drugiej jednak cała instytucja stała się w następstwie tych zmian bardziej skorporatyzowana. Mamy więc taką piramidę, gdzie wszystko jest nadzorowane z góry i każdy pomysł musi być zatwierdzony do realizacji na samym szczycie. Musi być częścią strategii danego kanału czy programu na konkretny rok. Bardzo mało zostało przestrzeni na inwencję pojedynczego reżysera, zwiększyła się za to kontrola. Naciski wywierane na poszczególnych redaktorów i twórców są ogromne. Odnoszę w ogóle wrażenie, że w branży dokumentalnej nastała epoka specyficznego „totalitaryzmu”, dyktatu korporacji i pieniądza, co dla oryginalnych reżyserów nie może być dobre. Choć gwoli sprawiedliwości muszę powiedzieć, że niektórym ciągle udaje się jeszcze jakoś wkręcić do różnych zakątków BBC i przeforsować jakiś ciekawy pomysł. Tylko że takich miejsc jest coraz mniej.

 

 

Paweł Pawlikowski – polski reżyser mieszkający w Wielkiej Brytanii, autor głośnych filmów dokumentalnych, pokazywanych również w Polsce, takich jak „Podróże Dostojewskiego”, „Moskwa-Pietuszki” (o Wieniedikcie Jierofiejewie) czy „Serbski epos” (o Radovanie Karadżiciu). Obecnie pracuje nad fabularnym filmem „The Last Resort” (gra słów: „Ostatni kurort” albo „Ostatnie wyjście”).

 

 

 

 

 
Tadeusz Lubelski: Podglądacze, retorzy, poeci. Czy istnieje polska szkoła filmu dokumentalnego?

Rozmawia z bezdomnymi i opuszczonymi – o filmie „Oni” Ewy Borzęckiej rozmawiają: Katarzyna Jabłońska, Anita Piotrowska, ks. Adam Boniecki i Wojciech Tochman

Kamera będzie czekała cierpliwie – z Marcelem i Pawłem Łozińskimi o projekcie KINEMATOGRAF rozmawia Tadeusz Sobolewski

Andrzej Fidyk: Chodzenie po linie

Tadeusz Pałka: Drzazga w oku

Wojciech Szumowski: Wierność widzowi – wierność prawdzie

Tadeusz Jagodziński z Londynu: Legendarny głos Davida Attenborough. Dokument: jak to się robi w Wielkiej Brytanii

Żadnej zabawy w dwuznaczności – z Pawłem Pawlikowskim rozmawia Tadeusz Jagodziński

Dokumentalne „hity” – oglądalność filmów dokumentalnym w Programie 1 TVP.

„Danie miesiąca” polecają: Marcin Baran i Paweł Lisicki

Ściąga z kultury

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl